HEY
06.05.2006
Pola Marsowe
Wrocław
____________________

GALERIA

____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
12.09.2006

Tak właśnie zaczyna się przygoda z Heyem. 6 maja na wrocławskich Polach Marsowych podczas Juwenaliów. Na koncert udałem się z czystej ciekawości. Hey był ulubioną kapelą pewnej mojej koleżanki :-). Nie, żeby usiłowała specjalnie zarazić mnie nią, raz może miałem okazję posłuchać w jej towarzystwie i nie wywołała we mnie jakichś większych emocji (mówię nadal o kapeli :)). Ja natomiast jak ognia unikałem polskich zespołów - kto mnie zna, ten wie. Coś więc musiało być na rzeczy, że spośród bardzo bogatego grafiku tegorocznych Juwenaliów we Wrocławiu, postanowiłem udać się właśnie na Heya.

Do czynienia z zespołem miałem dosłownie jedynie przez 2 dni bezpośrednio poprzedzające gig. Uznałem, że należy przynajmniej szczątkowo zapoznać się z jego twórczością, zanim udam się na koncert (wiadomo, wcześniej znałem tylko największe singlowe hity. Tak naprawdę to Hey kojarzył mi się tylko z powodzią, 4 Porami i Teksańskim, którego słyszałem zresztą tylko na ogniskach :)). Najpierw za pomocą internetu rozeznałem się w aktualnie granym repertuarze. Okazało się, że zespół gra prawie całą swoją najnowszą płytę, Echosystem, a jako, że ta zbierała dobre recenzje, postanowiłem moją Heyową edukację zacząć od niej. No nawet fajne piosenki, niektóre bardzo fajne. Można iść :). I w zasadzie tyle - po 2 dniach słuchania Echosystemu udałem się na gig.

Luda w okolicach stadionu było tego dnia naprawdę mnóstwo. To dlatego, że nałożyły się na siebie dwie duże imprezy. Na Polach Marsowych - Juwenalia, na stadionie obok - Grand Prix w żużlu. Atmosfera imprezy również była dla mnie czymś nowym - dotąd unikałem juwenaliowych spędów, więc walające się dookoła już od wczesnych godzin popołudniowych ciała pijanych studentów były doświadczeniem niecodziennym.

Po standardowym piwku na dobry początek, udaliśmy się pod scenę. Pomimo, że pod nią zgromadzona była już pokaźna ilość studentów, nie było żadnego problemu, by dostać się pod same barierki. Ten luksus opłacić musieliśmy obejrzeniem i wysłuchaniem całego koncertu kapeli bezpośrednio poprzedzającej koncert Heya - Oceanu. Na początku brzmiało to nawet ciekawie. Przestało być ciekawe po mniej więcej dwóch numerach, gdy okazało się, że każdy następny jest bardzo podobny do poprzedniego. Wszystkie piosenki były praktycznie utrzymane w tym samym tempie i oparte na tym samym schemacie - agresywne "skoczne" zwrotki i melodyjne refreny. Taka muzyka, której obecnie jest mnóstwo. Do tego niezwykle irytujące maniery wokalisty i kontakt z publicznością nawiązywany w denerwujący sposób. Z ulgą odetchnąłem, gdy Ocean zniknął ze sceny.

W czasie, gdy Hey instalował się na scenie, urządzono jeszcze jeden konkurs, który z tego co pamiętam polegał na rzucie moherowym berecie w dal. Spory ubaw mieliśmy z jednego mocno zaprawionego Lechem gościa, który wykonując skok na scenę źle odmierzył odległość i wylądował pod nią. Po licznych próbach odebrania mikrofonu prowadzącemu, został usunięty z terenu imprezy przez ochronę.

A potem zaczęło się. A ja połknąłem bakcyla. Pomimo, że jeszcze wówczas nie znałem repertuaru, atmosfera koncertu udzieliła mi się w pełni. Pamiętam, że zwróciłem wtedy uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza - znakomite brzmienie i sprawność techniczna muzyków. I chociaż w Heyu nie ma instrumentalnych fajerwerków, to całość brzmiała po prostu bardzo profesjonalnie. Druga kwestia - najważniejsza - to oczywiście Kasia Nosowska. Pamiętam, że oglądając występ Heya na Przystanku Woodstock w 2004 roku śmiałem się z tego, że Kasia stoi w bezruchu przy mikrofonie. Tego dnia zrozumiałem, że na tym właśnie polega główna siła Heya. To niesamowite, ile charyzmy bije od tej skrajnie skromnej, czasem wręcz infantylnie zachowującej się na scenie, stojącej prawie nieruchomo przy mikrofonie kobiety. Ale to trzeba poczuć. Bo w trakcie koncertu Heya scena aż kipi od emocji, trzeba je tylko umieć dostrzec i usłyszeć. Przede wszystkim w rewelacyjnym głosie Kasi.

Z ciekawostek warto nadmienić o pokazie fajerwerków, który wieńczył imprezę żużlową na stadionie. Stało się to akurat w trakcie piosenki Cisza, Ja i Czas. Połączenie niesamowite, zresztą incydent Kasia skwitowała dowcipnym komentarzem.

Ten dzień zmienił moje postrzeganie polskiej sceny muzycznej. Okazuje się, że mamy w polskim rocku jakość, której nie musimy się wstydzić przed światem (nie mówię tu o metalu). Jakość, która mnie satysfakcjonuje.

www.000webhost.com