HEY
19.05.2006
Miasteczko Studenckie
Łódź
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
23.08.2006

Decyzja o wyjeździe na ten koncert została podjęta wyjątkowo spontanicznie. Dnia bezpośrednio go poprzedzającego, późnym wieczorem, towarzysz Arkapa opowiadał na gadu gadu naszej przyjaciółce z Łodzi o naszym niedawnym odkryciu (którego dokonaliśmy 2 tygodnie wcześniej na juwenaliowym koncercie Heya we Wrocławiu). Koleżanka w żartach więc rzuciła, żebyśmy wpadli do Łodzi, bo "jutro gra Hey". No, najlepszy dowód na to, że trzeba uważać na słowa! Następnego dnia rano już byliśmy w drodze do Łodzi :).

Po krótkiej instalacji w mieszkaniu pochopnie rzucającej zaproszenia przyjaciółki :) udaliśmy się na miasto celem zebrania reszty łódzkiej ekipy a następnie udania się na miejce zdarzenia, którym był campus Uniwersytetu Łódzkiego. Trzeba pochwalić liczebność kapel tego dnia - oprócz Heya grali także Blenders, Vavamuffin, Hurt, Big Cyc i... Brygada Kryzys. Niestety, przyjechaliśmy praktycznie prosto na koncert Heya, a o tym że na imprezie obecna była również Brygada Kryzys dowiedziałem się po fakcie... Okazja by spotkać oba te zespoły na jednej scenie może się prędko nie powtórzyć, ale mówi się trudno.

Z moim całkowitym niezrozumieniem spotkał się fakt, że to wcale nie Hey był główną gwiazdą wieczoru, ale występujący po nich Big Cyc. Szerzej decyzji tej komentować nie zamierzam, niech starczy fakt, że ulotniliśmy się spod sceny gdy wiadomo było, że Hey już się na niej nie pojawi. Jeszcze tą kolejność byłbym w stanie zaakceptować, bo w końcu co to za różnica - ale co za nią idzie, zespół nie mógł pozwolić sobie na zagranie pełnego setu. Ale i tak było nieźle - 21 pozycji w setliście to w końcu też nie tak mało :).

Po zjawieniu się na miejscu, ogarnięciu sytuacji udaliśmy się na zwyczajowe piwko. Po nim na scenie odbywały się już jakieś bezpośrednio poprzedzającego Heya konkursy - należało więc już bunkrować sobie miejsce pod barierką. Kilka zwinnych ruchów i już byliśmy pod samą sceną. Dla odmiany (w odniesieniu do wrocławskiego koncertu) tym razem pokaz fajerwerków mogliśmy podziwiać przed koncertem, a nie w jego trakcie. No cóż, miły to akcent - ale pokaz porywający nie był :).

Jeszcze trochę oczekiwania i rozbrzmiało intro, które płynnie przyszło w otwierający set SOS z ostatniej płyty zespołu, Echosystem. Kasia została bardzo ciepło przyjęta przez wyjątkowo licznie zgromadzoną łódzką gawiedź studencką. Dla mnie zaś koncert był ten przede wszystkim zdecydowanie bardziej świadomy - od ostatniego razu zdąrzyłem już lepiej poznać dyskografię zespołu i zaznajomić się z wykonywanymi na koncertach utworami. Wtórowanie Kasi w śpiewaniu tekstów wymaga pewnego przyzwyczajenia, szczególnie, kiedy jest się facetem. W Heyu jednak pod przykrywką w większości mocno kobiecych tekstów, przekazywane są emocje które nazwać można bardzo uniwersalnymi. Ich odbieralność wymaga odnalezienia specyficznego korytarza myślowego, który umożliwi męskiemu umysłowi odpowiednie i zadowalające dekodowanie treści piosenek.

Gdy już przejdzie się przez ten etap zabawa i wrażenia towarzyszące koncertowi są nie do opisania! Opowiadając komuś jak było na koncercie Heya zawsze staram się usilnie podkreślić to, co nie bardzo jestem w stanie wyrazić słowami. Ogólnie rzecz biorąc na koncercie każdego wykonywcy towarzyszą odbiorcy nieco inne wrażenia i odczucia, ale tutaj jest to coś z całkowicie innej bajki. Uczestnictwo w koncercie Heya jest przeżyciem o zupełnie innymi wymiarze. Oczywiście pewne elementy pozostają niezmienne; można się wyśpiewać, wykrzyczeć, wyskakać, wymachać i wywogóle. Ale to tylko otoczka - fizyczna, z duchem zaś dzieje się coś niespotykanego - o ile oczywiście potrafi się to w tej muzyce odnaleźć. Następuje czasem chwila ciszy, refleksji, zadumy, niewyartykułowanego przepływu niemej energii. Wzruszenia. Obserwacji. Zatrzymania czasu. Chłonięcia chwili. Wyrycia w świadomości bardzo silnych śladów, powracających jeszcze długo później w formie wspomnień.

Tak właśnie zapamiętałem ten koncert, jako nauczenie się obcowania z muzyką Heya. Nie przeszkadzał nawet skrajny ścisk i co chwila przelatujące nad głową ciała. Potłuczone żebra i biodra oraz nadwyrężone nogi i ręce przestały o sobie przypominać już po tygodniu, mimo wszystko koncert pamiętam nadal tak dobrze, jakby odbył się wczoraj.

000webhost logo