HEY
29.07.2006
Stadion OSiR
Polanica Zdrój
____________________

BILET

GALERIA

MEET & GREET

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
26.09.2006

Jeszcze nie zdążyliśmy "wypocząć" po "wypoczynku" nad morzem, a tu już kolejny wyjazd. Tym razem przyczynkiem do wypadu stał się koncert Heya w Polanicy Zdroju, a przy okazji zaliczyć można było wizytę w Czechach i Górach Stołowych. Weekend jak zwykle intensywny, jednak to, co najważniejsze - koncert, jest w tej chwili jednym z najmilszych wspomnień tego lata. Jadąc do Polanicy nie mieliśmy pojęcia, ile niespodzianek wydarzy się tego dnia.

Na osobny akapit zasługuje miejsce naszego noclegu. Ponieważ kwestia pobytu w Polanicy miała rozciągłość czasową jednej doby, specjalnie nie wybrzydzaliśmy z kwaterą. Oby było blisko do koncertu i niedrogo :). No ale może czasem warto jednak trochę powybrzydzać :). Dość powiedzieć, że następnego dnia domek opuszczaliśmy z lekką ulgą, bo im więcej czasu tam spędzaliśmy, tym bardziej czuliśmy się jak w... szpitalu psychiatrycznym.

Koncert okazał się być główną atrakcją typowo festyniarskiej imprezy - dni Polanicy czy czegoś takiego. Ale przyznać trzeba, że całość robiła naprawdę sympatyczne wrażenie. Wejście kosztowało niedrogo, a w zamian dostaliśmy bardzo ładne bilety na pamiątkę. Na miejscu solidnie uraczyliśmy się wyjątkowo smacznym Piastem. Przed Heyem występowały dwa zespoły: Grans i Leafless Tree. Jeden z nich ujął nas wyjątkowo sympatyczną przeróbką głównej piosenki ze starego polskiego programu dla dzieci o przygodach Pi i Sigmy. "Matplaneta różniczkuje, pierwiastkuje i całkuje..." :)

Jednak między tymi dwoma supportami a Heyem w programie imprezy było przewidziane jeszcze coś. Mistrzostwa świata w piciu wody mineralnej na czas - oczywiście obleśnej Staropolanki. Polegało to na tym, że należało wypić pięć buteleczek 0,33 l w jak najkrótszym czasie. Była nawet relacja bezpośrednio do Faktów w TVP. Oczywiście my już spokojnie oczekiwaliśmy na koncert w pierwszym rzędzie. Nie było to jednak łatwe do wytrzymania. Bowiem po tylko jednej wizycie w toalecie, jeszcze dużo tego Piasta było we mnie i ja go czułem, jak chlupocze. Osiągnąłem stan graniczny szybkiego wchłaniania tego napoju, skutkujący niemiłym uczuciem odruchu wymiotnego na myśl o kolejnym jakimkolwiek łyku jakiegokolwiek płynu. Patrzenie w tym stanie na 30 kolejnych zawodników wlewających w siebie najgorszą wodę mineralną na świecie, było skrajnym igraniem z losem.

Poza tym przez te ich mineralne ambicje plan imprezy mocno się zniekształcił. Hey był zaplanowany na 20.00, a przez to nieprzyzwoite opóźnienie, zaczęli o 21.15. Mając w pamięci chamskie zachowanie organizatorów ze Świnoujścia, baliśmy się, czy znów nie odbije się to na długości setu.

Na szczęście nasze obawy były niesłuszne. Ale po kolei. Przez cały czas zastanawiałem się, czy moja prośba skierowana do Kasi w Świnoujściu zostanie wysłuchana, i czy usłyszę tego wieczoru upragnioną Sowę. W przerwach między utworami przypominaliśmy o tym Kasi, zresztą nie tylko my - przyłączyło się do nas kilka fanów zebranych wokół sceny. Jednak pod sam koniec głównego setu, dopadły nas mocne wątpliwości. Po Where Is My Mind?, gdy zespół standardowo gra Dolly przed zejściem ze sceny, na scenie dała się zauważyć mała konsternacja. Kasia powiedziała, że na koniec zagrają... Zazdrość. No to Żaba zaczął grać Moją I Twoją Nadzieję. Nie ma co, dogadali się :). Kasia podeszła do niego, szarpnęła za ramię i już po chwili rozbrzmiał charakterystyczny riff do 7 Nation Army. Ja już jednak przeraziłem się, że to koniec koncertu - Zazdrość bowiem na ogół grana jest na bis. Po skończonym kawałku Hey zniknął ze sceny. Jednak publiczność domagała się bisu.

I w tym momencie stała się rzecz piękna. Techniczny wniósł dla Marcina stołek. A to mogło oznaczać tylko jedno... Będą akustyczne kawałki! Kasia przy akompaniamencie Żaby zaśpiewała Ho a następnie Ja Sowa - a wtórowali jej zebrani dość licznie pod sceną fani. Był to kapitalny moment koncertu, bo ta ekipa potrafiła docenić gest ze strony zespołu i podziękować wypełniając przerwy między zwrotkami euforycznym wrzaskiem i oklaskami. Kasia uśmiechała się.

Potem zmiana nastroju i mamy energetyczne Schizophrenic Family - dobrą okazję do poprawienia bólu karku sprzed tygodnia. Następnie prawie zagrana już wcześniej Moja I Twoja Nadzieja :) - kawałek którego nie chciałem usłyszeć na żywo, bo wydawało mi się, że każdy Polak słyszał go już tyle razy, że ma serdecznie dosyć. Okazało się jednak, że świetnie sprawdza się na koncercie, a jego wykonanie nadal cieszy i staje się wyjątkowym momentem koncertu.

Po tych 4 klasykach zespół kolejny raz zszedł ze sceny i kolejny raz został wywołany przez nienasyconą publiczność. Mieliśmy więc drugą serię bisów: fenomenalnie klimatyczne Is It Strange?, Kataszę i na sam koniec Chyba. Gardło zdarte do granic możliwości. Po koncercie festyniarskim zwyczajem miał miejsce pokaz fajerwerków :). Bardzo przyzwoity trzeba przyznać!

Postanowiłem, że koniecznie muszę podziękować osobiście Kasi za Sowę, więc ustawiliśmy się przy barierkach. Autokar zespołu i namiot schowane jednak były gdzieś w cieniu za sceną i kompletnie nic nie było widać. W pewnym momencie dostrzegłem Roberta i zawołałem go, ale gdzieś zniknął. Po chwili dostrzegłem, jak ochroniarz przynosi jakiejś małej dziewczynce kartkę - prawdopodobnie z autografami. Nadzieje malały, ale cały czas wytrwale czekaliśmy. Gdy dzieciaki sobie poszły, zostaliśmy sami z dwójką innych, przemiłych fanów.

Nagle podchodzi do nas ochrona i prosi o rozstąpienie się, żeby wjechać mogły dwa busy. Wjeżdża jeden bus, potem drugi... Barierki otwarte, więc przedostaliśmy się za nie jasko trzeci bus :). A stamtąd droga do namiotu, w którym siedział zespół, była już prosta...

O dziwo nikt z nas z niego nie wygonił, przeciwnie - wszyscy z Kasią na czele byli bardzo mili. Usiadłem sobie obok Kasi przy stoliku i chwilę pogadaliśmy. Potem zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie, a następnie poprosiłem jeszcze o wspólną fotę chłopaków (w namiocie brakowało tylko Jacka). Oczywiście dałem też płytę do podpisu. Siedzieliśmy tak z nimi dobre kilkanaście minut, a najlepsze było to, że panowała bardzo miła, wręcz przyjacielska atmosfera. Pożartowaliśmy trochę, pośmialiśmy się, a potem odprowadziliśmy Kasię do busa. Hehe spacer z Nosowską, mało kto może pochwalić się czymś takim :). Na koniec zapowiedzieliśmy się na Sopocki gig, na co Kasia ze zdziwieniem zapytała: "A to my gramy w Sopocie?"

Kolejny wieczór MAX - doskonały koncert, idealna setlista i na koniec przemiła nasiadówa za kulisami z zespołem - czy trzeba czegoś więcej? Wypadałoby dochować tradycji i wykąpać się w morzu - niestety mieliśmy do niego jakieś 700 km :). Dlatego poprzestaliśmy na piwku na deptaku...

000webhost logo