HEY
25.08.2006
Molo
Sopot
____________________

BILET

GALERIA

SETLISTA

MEDIA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
24.09.2006

Ostatni weekend sierpnia był najbardziej hardkorowym weekendem całych wakacji. Trasę drugiego naszego wypadu nad morze wyznaczały 3 koncerty, dzień po dniu: w piątek - Hey w Sopocie, w sobotę - Gilmour w Gdańsku i w niedzielę - Hey w Warce (jako że jest to pod Warszawą, było nam "po drodze"). Jak nietrudno się domyślić, nie było podczas tych paru dni zbyt wiele czasu na wypoczynek :).

Tym razem koncert Heya odbywał się ponownie na Przystani Żywiec - w Sopocie odbywała się ostatnia impreza z tego cyklu. Tym razem nie na samej plaży, ale zwyczajowo na sopockim molo. Mieliśmy pewne obawy co do tego, czy znów zespół nie będzie zmuszony skracać setu, tak jak to miało miejsce w Świnoujściu. Na szczęście Hirek Wrona tym razem nie był uwzględniony w rozpisce. Był za to uwzględniony Marek Niedźwiedzki i jego trójkowa lista. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, w jakiej kolejności organizatorzy przewidują poszczególne "atrakcje". Na stronach internetowych informacje ulegały wielokrotnym zmianom. Na szczęście okazało się, że ostatecznie Hey gra na końcu - o długość setu byliśmy więc spokojni.

Trzeba przyznać, że ludzie na imprezę stawili się dość licznie. Pomimo późnego przybycia (tego samego dnia zrobiliśmy ponad 350 km - a czasu starczyło nam tylko na godzinę wypoczynku), bez problemu dostaliśmy się pod samą scenę. Niestety, oczekując na gig, musieliśmy się z tego miejsca ewakuować z powodu problemów zdrowotnych :). Jak się potem okazało, skutki były wcale nie takie złe. Gdy zespół szykował się już do wyjścia na scenę, siedzieliśmy z boku przy barierkach i obserwowaliśmy co się dzieje. I tu pierwsze zaskoczenie - po chwili słyszymy że Robert wybija rytm z... Listu. Każdy poprzedni koncert Heya zaczynał się od SOS, a tu taka niespodzianka. Po chwili na scenie pojawiła się Kasia i reszta chłopaków, a my ustawiliśmy się z prawej strony przy barierce. To miejsce było naprawdę niezłe. Jak wiadomo scena na Przystani Żywiec miała charakterystyczny "dziub" - w związku z czym centralne ustawianie się pod sceną wcale nie było równoznaczne z byciem najbliżej akcji. Z boku mieliśmy inną perspektywę, ale naprawdę znakomitą widoczność - jedynym minusem było to że Bob był schowany za filarem.

Kolejnym plusem był fakt, że staliśmy przy samej kolumnie. I o ile normalnie jest to zgubne (stałem dokładnie naprzeciw głośników na Juwenaliach we Wrocku i o mało mi głowa nie pękła, a Kasi prawie w ogóle nie było słychać), tak tutaj wrażenia słuchowe były po prostu doskonałe. Każdy instrument idealnie słyszalny, łącznie z Kasią - prawa dla nagłośnieniowców! Wprawdzie wytrzymać się to dało, gdyż było dosyć cicho, więc można się domyślić, że w dalszej odległości od sceny, całość robiła mniejsze wrażenie, ale tam gdzie się ustawiliśmy, było po prostu doskonale. Ze względu więc na gorsze samopoczucie i duże zmęczenie po podróży, tym razem postawiliśmy na słuchanie i patrzenie, zamiast na czynną zabawę.

Zresztą to, co się działo centralnie pod sceną, po chwili zaczęło przypominać koncert Łódzki, a tego akurat dnia nie miałem najmniejszej ochoty na taką rzeźnię. Słuchając w spokoju gigu, można było wychwycić wiele smaczków wokalnych i gitarowych, których normalnie się nie słyszy. W ogóle Hey tego dnia był w znakomitej formie i to była prawdziwa uczta dla uszu. Ciekawi byliśmy, czy zmiana pierwszego kawałka jest równoznaczna z wywróceniem do góry nogami całego setu, ale okazało się, że zaraz potem poleciał SOS i dalej już typowo: Echosystemowe Leżę tu, Całą noc i A Ty?. Niesamowita atmosfera wytworzyła się na Mimo Wszystko. Niby taka radiowa balladka, a jednak na koncercie nabiera dodatkowej mocy. Właśnie tutaj Kasia sporo bawiła się swoim głosem w bardzo subtelny sposób.

Miłym akcentem były bardzo satysfakcjonujące bisy. Zaczęło się od Is It Strange? - starej piosenki, którą obecnie Kasia śpiewa w zupełnie inny sposób, tak delikatny, że nie sposób przy niej nie odpłynąć. A te wokalizy na końcu... Po prostu doskonałe, zawsze wywołują ciary. Potem standardowo - Zazdrość i dynamiczne Schizophrenic Family. Następnie niespodzianka i jak zwykle świetnie sprawdzająca się na koncertach Katasza.

Nie mogło zabraknąć utworu, którego jeszcze nie dane nam było usłyszeć na żywo - tym razem była to Cudzoziemka w Raju Kobiet, która zakończyła set. Muszę przyznać, że dotąd pałałem do niego (utworu) umiarkowaną niechęcią, ale po usłyszeniu go na żywo zmieniłem zdanie... Znakomicie podkreśla "heyową" atmosferę na koncercie... no i śpiewając tekst, łatwo się pomylić :).

Koncert rewelacja, no i poznaliśmy inne oblicze uczestnictwa w gigu Heya. Potem oczywiście zwyczajowo puszczono skoczną muzyczkę i wypacykowane cizie i panowie w obcisłych sweterkach mogli trochę pobansować :). My zaś plażą, spokojnym spacerem udaliśmy się na zasłużony odpoczynek... Jutro kolejne emocje!

000webhost logo