HEY
03.09.2006
Centrum Piknikowe
Polkowice
____________________

GALERIA

MEET & GREET

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
27.09.2006

To już niestety ostatni plenerowy koncert Heya w tym roku, na który postanowiliśmy się wybrać. Zespół jeszcze tydzień później grał w Siemianowicach, ale to już trochę za daleko :). Tym razem padło więc na Polkowice i imprezę pod tytułem... Dni Polkowic :). Czyli kolejny dzień pod tytułem "poznajmy wszystkich mieszkańców danego miasteczka, a w szczególności rodziny z 10-letnimi dzieciakami i dresów".

Przez większość drogi do Polkowic siąpił delikatny deszczyk, co nie dawało nam dobrych perspektyw na pogodę w czasie gigu. Ale staraliśmy się patrzeć optymistycznie na sprawę, bo jak dotąd zawsze, gdy od rana padał deszcz (Berlin, Thanks Jimi), to tuż przed głównym koncertem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki słoneczko wyłaniało się zza chmur i nagle robiła się piękna pogoda.

I faktycznie, gdy dotarliśmy do Polkowic i wyruszyliśmy by obadać sytuację, było jakby trochę lepiej. Okazało się, że impreza jest dosyć gruba - dużo polkowickiego luda się zlazło. Oczywiście większość z tego luda pasowała do opisu dwa akapity wyżej - ale dały się też zauważyć sporadycznie grupki młodzieży, które nie zjawiły się tu przypadkiem. Scena zrobiła dobre wrażenie - nieduża, położona blisko od barierek, ze znakomitym nagłośnieniem. Na minus należy policzyć pseudo-amfiteatralną budowę obiektu i kamienno-drewniane ławeczki w pewnej odległości od sceny. Poza tym ludzie nas tam po prostu przerazili. Gdy tylko zaczynał siąpić delikatny deszczyk, publiczność porastała rozłożonymi parasolami. Nawet ta grupa stojących ciasno pod samą sceną... No szok. Już pal licho tych ludzi, bo ludzie z reguły są gupi (sic! :)), ale ochrona nie powinna pozwalać im włazić na teren imprezy masowej z parasolami, tak samo jak nie wolno wnosić bomby, kijów baseballowych i siekier. To znaczy chyba nie wolno, ale nikogo z takowymi na imprezie nie widziałem. Chociaż nie zdziwiłbym się, jakbym zobaczył.

Po odnalezieniu noclegu, zostawieniu bagaży i auta oraz powrocie na teren imprezy z lekka się przeraziliśmy. Swój koncert grała Kasia Cerekwicka, ku uciesze licznie zgromadzonych pod sceną dzieciaków. A nie ma nic gorszego niż koncert w towarzystwie rozwydrzonego bachorstwa. W ogóle to o tej porze te kurduple powinny już leżeć w łóżkach i spać! Dokąd ten świat zmierza... Anyway. Poszliśmy zwyczajowo napić się piwa. Ogródek piwny niestety dość daleko od sceny i bez możliwości wychodzenia z plastikowymi kubeczkami poza jego ogrodzenie. Ale nie to było najgorsze! Piwo był chrzczone i to w nieprzyzwoitych proporcjach! Czułem smak wody mineralnej, w dodatku jakiejś obleśnej, może nawet Staropolanki. Na drzewo! Więcej piwa nie kupiliśmy.

Gdy strasznie wyjąca Cerekwicka skończyła, postanowiliśmy udać się pod scenę. Jak miłe było nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że ta cała dzieciarnia udała się na bok i stała przy barierkach czekając na swoją wieeelką idolkęęę Kasię C.! A pod sceną puściutko :). Mogli nam jeszcze położyć czerwony dywan pod barierki :). Bardzo miły obrót sprawy, nie powiem - ustawiliśmy się centralnie pod mikrofonem Kasi (N.) i czekaliśmy.

Z nudów obserwowaliśmy co się dzieje z bandą rozwydrzonych bachorów. W pewnym momencie kilkoro z nich zrezygnowało i wróciło pod scenę, komentując: "Mam nadzieję, że druga Kasia nie okaże się taką pipą i da autografy". Z przerażeniem pomyślałem, że to całe tałatajstwo wróci pod scenę i będzie koło mnie stało przez cały koncert. Na szczęście większość z nich zgarnęli rodzice do domu. Oczywiście dopiero po tym, jak Cerekwicka rozdała autografy. Ale był pisk! Chyba słychać było w całych Polkowicach. No cóż, takie uroki takich imprez :).

No ale, skupmy się na tym, co najważniejsze. W końcu Hey pojawił się na scenie... I od razu niespodzianka - zaczęli od Is It Strange? Potem było dosyć standardowo, ale tak mniej więcej podczas Całą noc zaczął lać rzęsisty deszcz. Z każdą chwilą było coraz intensywniej, a podczas A Ty? to po prostu nie dało się otworzyć oczu. Kilka osób wyszło, ale pod sceną nadal trwała obfita grupka wytrwałych fanów. Kasia bardzo współczuła zmokniętym ludziom, zachowywała się tak, jakby to z jej winy padało. Patrzyła na nas tak, jakby miała ochotę podbiec do nas i przykryć nas wszystkich jakimś wielkim płaszczem. A to przecież tylko deszcz! Mi tam nie przeszkadzał, a dodał fajnego klimatu. To jest koncert rockowy a nie rurki z kremem :).

Zespół chcąc jednak jakoś wynagrodzić nam poświęcenie, zagrał wcześniej Teksańskiego. Jednak to nie był koniec zmian. Zamiast [sic!] usłyszeliśmy Cudzoziemkę - świetnie zabrzmiała przy takiej pogodzie! Potem dolecieli ze standardowym setem do końca, by następnie zagrać "wszystko o co prosiliście". Po Byłabym przyszła więc pora na Ho i Ja Sowa. Jak zwykle chóralnie odśpiewane przez fanów zebranych pod sceną, piękny moment. Następnie energetyczny przerywnik w postaci Antiby by powrócić do spełniania życzeń fanów - usłyszeliśmy Kataszę i List. Tak zakończył się główny set, a przecież jeszcze bisy!

Bisy były tego dnia trzy - Zazdrość, Schizophrenic Family i Chyba. Zespół zagrał chyba wszystkie piosenki, jakie mógł :). Bardzo miło że zaszło tyle zmian z secie, szczególnie jak się było już na siódmym koncercie :).

No i żeby tradycji stało się zadość, przypięczetowaliśmy wieczór kolejnym spotkaniem z Kasią. Wtedy też dowiedziałem się, że planowana jest trasa jesienna na okolice października i listopada. Hmm...

000webhost logo