HEY
29.09.2006
Dom Zdrojowy
Lądek Zdrój
____________________

GALERIA

MEET & GREET

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
03.10.2006

Pożegnanie koncertowego lata odbyło się w Lądku Zdroju, gdzie wybraliśmy się na pierwszy w jesiennym sezonie koncert Heya pod dachem. Tak się też śmiesznie złożyło że był to mój pierwszy gig tego zespołu nie odbywający się w plenerze. No ale jako że staż fana mam krótki, nie było innej możliwości :). Podczas podróży, zwyczajowa ekscytacja związana z koncertem mieszała się ze smutkiem, bo to w końcu ostatni wakacyjny "raz" i w dodatku ostatni weekend wakacji. Trudno mi jest sobie wyobrazić, żebym mógł się znaleźć gdzieś indziej, chociaż z drugiej strony później znalazłem się kompletnie gdzie indziej, ale to historia na zupełnie inny temat :).

Miejsce na koncert było na maxa nietypowe, bo oto mamy salę kinową na 200 osób, ciasną, małą - koszmar każdego cierpiącego na klaustrofobię. Na biletach miejsca numerowane - mamy IX rząd. Pojawiła się przerażająca myśl - czy to oznacza, że na rockowym koncercie zmuszeni będziemy siedzieć, w dodatku w IX rzędzie? (dodam, że następny, X, był już ostatnim.) Krótka rozmowa z obsługą utwierdziła nas w niemiłym przekonaniu, że z godnym odbiorem i uczestnictwem będzie problem, gdyż miejsca pod sceną jest niewiele.

W końcu wpuszczono nas. Na dobry początek usiedliśmy grzecznie tam, gdzie nam kazano. Tam oczekiwaliśmy na rozpoczęcie gigu. To samo niemiłe wrażenie, co na Alu w Kędzierzynie - siedzieć na takim koncercie to jak najgorsza kara. Taki obrót rzeczy jest po prostu czymś niegodnym. W końcu przy dźwiękach SOS zespół i Kasia pojawili się na scenie, no i pewien procent widowni poderwał się z miejsc, w tym oczywiście my. Jednak naśladownictwa wśród pozostałej części zgromadzonej sali nie dostrzegłem i po chwili już stało tylko dosłownie kilka osób. A po dwóch chwilach oprócz nas, jeszcze jeden fan w pierwszym rzędzie. No, coś jest nie tak. Niby aplauz gorący i radość ogólna jest, a jednak siedzą? To brzmi jak jakieś okrutne zakłamanie.

Po pierwszym kawałku, poczułem na moim ramieniu dłoń jakiegoś dziadka siedzącego za mną, usiłującego dać mi w ten sposób do zrozumienia, że życzy on sobie, żebym usiadł. Podjęcie decyzji o opuszczeniu tych durnych krzesełek zajęło mi mniej więcej ćwierć sekundy. Po chwili już staliśmy przy scenie, z boku na wysokości pierwszego rzędu krzesełek, bo najwyraźniej zasłanianie ludziom jest zabronione. Oprócz nas cały czas bawił się ten jeden gościu, ale po chwili również temu siedzącemu za nim skończyła się cierpliwość i wywiązała się awantura. Do dyskusji po chwili dołączył ochroniarz, efektem czego koleś opuścił salę. Bez komentarza...

Jednak koncert trwał dalej, a my zyskiwaliśmy coraz większą rzeszę naśladowników, ustawiających się za nami pod ścianą oraz po drugiej stronie salki. Ogólnie rzecz biorąc zabawa rozkręcała się coraz bardziej, a Kasia w charakterystyczny dla siebie, subtelny, lecz złośliwy sposób, kpiła sobie z siedzących osób. Skończyło się na tym że już podczas Luli Lali pod sceną zgromadzili się fani czynnie uczestnicząc w koncercie. Poczułem się niemalże jakbym był pionierem hehe :).

Atmosfera była, jak zawsze na koncercie Heya, fenomenalna. Oświetlenie sprawdzało się przyzwoicie, trochę gorzej było z nagłośnieniem. Zespół w dobrej formie, po kilkutygodniowej przerwie od ostatniego pleneru granego w Siemianowicach. Wymagającą publiczność doczekała się pełnego setu z dwoma seriami bisów, w tym wyproszonych przeze mnie i jeszcze jakiegoś fana z widowni akustycznych Ho i Ja Sowa.

Niezapomniana była forma wywoływania zespołu na drugą serię bisów. Przy zgaszonych reflektorach, cała sala chóralnie odśpiewywała Moją I Twoją Nadzieję. Oczywiście ostatnim kawałkiem w drugiej serii bisów był właśnie ten utwór.

Żeby wieczór był pełny, nie mogło zabraknąć meet & greet. Wycwaniliśmy się i zaparkowaliśmy auto dokładnie za busem zespołu i cierpliwie czekaliśmy, aż się pojawią. No i pojawili się. Niestety spotkanie było dosyć krótkie, bo Kasia była już dosyć zmęczona a my nie jesteśmy pozbawieni sumienia, ale jednak chwilkę pogadać się udało, takowoż zrobić pamiątkową fotkę :).

Podsumowując, koncertowe wakacje pożegnane zostały godnie. Nie wyobrażam sobie, abym mógł tego dnia znaleźć się gdziekolwiek indziej, niż pod sceną na jakimś dobrym koncercie. Sezon letni za nami, ale przed nami sezon jesienny, miejmy nadzieję, że równie udany!

000webhost logo