HEY
17.11.2006
WFF
Wrocław
____________________

BILET

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
24.11.2006

Jesienna trasa Heya była czymś bardzo przeze mnie wyczekiwanym, po bardzo miłych przeżyciach koncertowych w czasie lata. Zaliczenie 8 występów tej kapeli w tym roku pozwoliło mi dosyć dobrze przesiąknąć jego specyficzną atmosferą koncertową, ale na pewno nie zdążyłem się nią znudzić. Tym bardziej, że spodziewałem się większych zmian repertuarowych - i doczekałem się.

Ponadto była to dla mnie pierwsza okazja, by udać się na koncert w WFF-ie. Może wstyd się przyznać, ale tak jakoś się złożyło. Wprawdzie miesiąc wcześniej planowałem udać się na Kult, ale niestety stan zdrowia ostatecznie mi na to nie pozwolił. Nadeszła więc najodpowiedniejsza pora, by nadrobić zaległości.

Hala Wytwórni Filmów Fabularnych wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Miejsce jest po prostu doskonałe na tego typu imprezy. Przede wszystkim genialnie oddziałuje na narząd węchu częstując go obficie delikatną stęchlizną. Szatnię obsługiwali bardzo mili ludzie, co pozwoliło przymknąć oko na dosyć wysokie opłaty za umieszczenie swojego odzienia na jednym z tysiąca wieszaków. Kolejnym plusem było smaczne i niedrogie piwo, którym dość obficie raczyliśmy się przed udaniem się na harce pod sceną.

Gdy zjawiliśmy się na miejscu, trwał właśnie występ pierwszej kapeli - Naiv. Punkujący z lekka państwo zaskoczyli nas nieco swoją wersją Where Is My Mind, którą słyszeliśmy z szatni. Pomyślałem, że w tej sytuacji gwiazdy wieczoru już go sobie odpuszczą, tym bardziej, że w rotacji na tej trasie znajdowało się nieco więcej utworów, niż podczas wakacji (gdzie cover The Pixies był standardową pozycją w setliście). Akurat w tym przypadku się myliłem.

Happysad został bardzo ciepło przyjęty przez wrocławską publiczność, ale na mnie wywarł mieszane wrażenie. Ot, taki spokojny melodyjny rock, w sam raz na uszy niewymagającej publiczności będącej słuchaczami radia. Porwany nie zostałem, ale też nie wypłoszono mnie spod sceny. A naprawdę miła reakcja publiczności sprawiła, że atmosfera robiła się coraz przyjemniejsza.

I w końcu pojawił się Hey. Bez intra, bez fajerwerków, bez długiej rozgrzewki na przedłużanym riffie. Weszła Kasia i od razu zaczęła śpiewać zwrotkę z Manto (pierwszy kawałek który nie był grany na koncertach od dłuższego czasu). Muszę przyznać że lubię go zwłaszcza za tekst, który niewiem dlaczego ale mi się podoba :). Dalej było już typowo dla Heya - zaczęła się Muka, a pod sceną zaczęła się zabawa! Kolejny segment setlisty to porcja solidnych utworów z Echosystemu - tutaj przypomniały mi się beztroskie czasy wakacyjnych koncertów plenerowych, z którymi kojarzy mi się mocno zwłaszcza Całą Noc.

Następnie chwila wytchnienia i pierwszy z wyczekiwanych przeze mnie momentów. Mocno brakowało mi tego utworu w wakacyjnych setlistach, ale w końcu się doczekałem. Mru-Mru, ballada, przy której trudno się nie rozkleić, przynajmniej lekko. A na żywo brzmi rewelacyjnie, bo jeszcze z tym charakterystycznym rockowym pazurem, spotęgowanym przez nagłośnieniowców. Efekt doskonały - piękna atmosfera. Zapłonęły zapalniczki.

Następnie kolejny stały punkt z Echosystemu - dobrze radzący sobie w koncertowych warunkach utwór Mówię. Dalej niesamowicie nastrojowa i jednocześnie nieco awangardowa Cudzoziemka w Raju Kobiet. Zaraz po niej kolejna niespodzianka w secie czyli ostry Mikimoto - Król Pereł. Na tym kawałku pod sceną rozgorzało solidne pogo. Robiło się coraz goręcej :).

Jednak dla mnie (jak również dla wielu fanów zespołu, jak się później dowiedziałem) prawdziwym gwoździem programu była Wczesna Jesień. Na tekst utworu składa się ledwie kilka słów, ale jego moc i specyficzna wymowa, zwłaszcza w kontekście obecnej pory roku, powoduje prawdziwy kalejdoskop emocji, szczególnie podczas tak dobrego wykonania na żywo. Po prostu perełka - a do tego genialne wokalizy Kasi. Brawo!

Następnie poleciały hity - stare i nowe, m.in. Cisza, Ja I Czas, Mimo Wszystko (również świetnie wypadający na gigu), Antiba i 4 Pory. Potem kolejna niespodzianka - mający premierę na tej trasie kawałek z Echosystemu W Imieniu Dam. Od dawna twierdzę że ten utwór świetnie nadaje się na koncerty i aż dziw, że dopiero teraz zaczął być wykonywany (można powiedzieć, że wyparł z setlisty SOS, którym rozpoczynały się koncerty na poprzedniej trasie). Główny set zakończyła wyproszona przez fanów Katasza.

Zaskoczyła nieco kolejność kawałków granych na bis - tu też Hey poczynił pewne zmiany. I chociaż trudno tu mówić o rewolucji, bo są to raczej standardy, to jednak sam fakt małego misz-maszu zasługuje na pochwały :). A tak w ogóle to zaczęło się nietypowo, bo od Byłabym (poprzedzonego krótkim interludium gitarowo-perkusyjnym w wykonaniu Żaby i Boba). Potem Fire'owskie standardy czyli Zazdrość i Schizophrenic Family (ze świetną grą świateł!). Pierwszą serię bisów zakończyło wspomniane już wcześniej przeze mnie Where Is My Mind.

Potem ludzie już zaczęli wychodzić, ale gdzieżby koncert Heya mógł się odbyć bez rutynowego wykonania Teksańskiego? I to właśnie ta wesoła piosenka oraz refleksyjna Dolly z opuszczającymi kolejno scenę muzykami zakończyły ten wieczór.

Gdybym był marudny, to bym powiedział, że można było jeszcze bardziej tym repertuarem wstrząsnąć. Ale dla mnie bilans był w pełni satysfakcjonujący - było aż 5 kawałków, których nie słyszałem jeszcze na żywo. A ponieważ Hey trochę kombinuje z listami z koncertu na koncert, prawie na każdym jest 1 utwór, który nie pojawia się ponownie - i chociażby dlatego warto wybrać się na jeszcze jeden koncert i zaliczyć dyszkę...

000webhost logo