HEY
03.05.2007
Wyspa Słodowa
Wrocław
____________________

BILET

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
15.05.2007

Minęło już pół roku odkąd przedawkowałem. Złoty strzał miał miejsce 7 grudnia w Opolu. Chociaż byłem mocno uzależniony i wydawało mi się że to jest właśnie to czego pragnę, dziesiąta dawka okazała się mordercza. Tymczasowo zabiła moją miłość do przedmiotu uzależnienia. Nawet nie potrzebowałem odwyku. Przez te sześć miesięcy nawet nie czułem żadnych ciągot. Była mała pokusa późną zimą, ale pozostałem wobec niej niewzruszony. Wreszcie, 3 maja we Wrocławiu postanowiłem znów spróbować. Czy smakowało tak jak zawsze?

Cóż... Smakowało trochę inaczej... Jakby lepiej. To dlatego, że to nie był już ten produkt. Mocno namieszano w składnikach. Chyba tego właśnie potrzebowałem - zmiany. A zmian było naprawdę dużo, najwięcej od roku. Więc niby to samo, a jednak co innego.

To był pierwszy mój koncert na Wyspie Słodowej - mogliśmy ocenić więc jak to będzie na Alu, który zagra w tym samym miejsciu już 12 sierpnia. Miejsce jest urocze - dookoła Odra, drzewka i parasole z piwkiem. Do tego pogoda dopisała - było bardzo ciepło i słonecznie. Przybyło strasznie dużo ludzi, zrobiły się z tego takie prawie Juwenalia, choć jednak ciut kulturalniejsze (jak przypomnę sobie co się działo rok temu na Polach Marsowych, to cieszę się że Hey tym razem nie wystąpi na właściwych Juwenaliach).

Na miejsce przybyliśmy krótko przed występem Heya i od razu udaliśmy się do jednej z kolejek po piwo. Nie zdążyliśmy jednak przebyć nawet połowy drogi, jak ze sceny zaczęły dobiegać dźwięki muzyki granej na żywo przez rzeczony zespół :). Rozstawianie gratów poszło zadziwiająco szybko, gdyż wszystkie perkusje były już ustawione wcześniej na podestach. Uczucie więc było nieco podobne, jak na Gilmourze, gdy podczas początku koncertu staliśmy w kolejce do WC.

Poza tym już na samym początku Hey niezwykle zaskoczył - otwieraczem koncertu był powiem kawałek... Sio! Przemiła niespodzienka, bo utwór zdecydowanie nie z tych "hiciorowych", a jeden z moich ulubionych! Wprowadził w fajny klimat, stonowany, ale za chwilę rozbrzmiała tytułowa piosenka z albumu [sic!] i już było ostro! Byliśmy już pod sceną gdy tłum rozpoczął opętańcze pogo :). Dawno już nie byłem na takim koncercie i trochę wyszedłem z formy - ale miło sobie od czasu do czasu przypomnieć jak to jest na porządnym rockowym gigu :).

Niespodzianek było jednak tego wieczoru znacznie więcej. Po porcji standardowych hitów zespół zagrał Że - kolejny dawno nie grany kawałek z płyty Karma, świetnie brzmiący na żywo! Następnia Muka, kolejna okazja by trochę poprzelatywać nad barierką. Po tym krótka, aczy intrygująca zapowiedź Kasi - utwór, który nigdy wcześniej nie był grany na żywo! Przyznam się szczerze, że pierwsze kilka taktów zupełnie nic mi nie powiedziało. Ten stan nie zmienił się również, gdy zespół skończył grać. Potem okazało się, że to Missy Seepy z płyty music.music - kolejna mało znana piosenka. Zaskakująco dobrze zabrzmiała na żywo! Myślę że sporo kawałków Heya jest niedocenionych dlatego, że nie bywają grane live. Wtedy zyskują dodatkowego blasku i mogą się bardzo spodobać!

Po Missy Seepy przyszła pora na jeden z tych utworów Heya, które porywają swoją prostotą. Prosta muzyka, prosty tekst zamykający się w kilku słowach, kilka trafnych spostrzeżeniach, z których Kasia słynie - a jaka magia. Ten kawałek to Wczesna Jesień - zawsze zabijający na koncertach, zwłaszcza wokalizami w refrenach. Potem kolejna niespodzianka - cover Republiki, Telefony. Zrobiło wrażenie, niepowiem. Kasia zaśpiewała ten kawałek z takimi emocjami, jakby była jego autorką. Przekaz był niesamowicie autentyczny.

Potem kilka standardów - w większości materiał Echosystemowy. Aż tu nagle, znów coś niespodziewanego zamyka główny set - Z Rejestru Strasznych Snów. Hey zostawia zahipnotyzowaną publiczność pod sceną, a sam z niej znika. Pomimo jednak że nie jest dziś gwiazdą wieczoru, wychodzi z powrotem, by zagrać dwa bisy.

Na pierwszy ogień największy koncertowy przebój z Karmy - Katasza. Jak zwykle chóralnie odśpiewana przez fanów. Na sam koniec potężna dawka ostrego czadu w postaci Antiby - utworu po raz pierwszy chyba granego w segmencie bisowym. Sprawdził się w tej sytuacji jednak znakomicie - fani dali z siebie wszystko.

Hey smakował tego wieczoru wyjątkowo dobrze. Naprawdę mocno odświeżona setlista, a do tego w jaki sposób! Sporo kawałków z płyty uznawanej za najbardziej niedocenioną w karierze zespołu: Karmy. Przypomnijmy raz jeszcze: Sio, Że i Katasza. Zabrakło za to czegokolwiek z Fire i Ho, chociaż to akurat był plus koncertu. Myślę że zarówno publiczność, jak i zespół zmęczeni są ciągłym odgrywaniem 3 złotych szlagierów ogniskowych z pierwszej płyty: Zazdrości, Mojej i Twojej Nadziei oraz Teksańskiego. Bardzo dobrze że tym razem obeszło się bez nich! Brawa dla zespołu za ten odważny krok.

000webhost logo