HEY
20.07.2007
Jarocin Festival
Jarocin
____________________

BILET

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
24.07.2007

Do ostatniej chwili ważyły się losy tego wyjazdu. W momencie ogłoszenia tego koncertu wiedziałem, że chcę na nim być - na festiwalu w Jarocinie jedna z najważniejszych dla mnie grup ma obchodzić swoje piętnaste urodziny. Nie dość że kultowe miejsce w historii polskiego rocka, to jeszcze jedyny taki koncert. Tym bardziej, że zapowiadano niespodzianki i specjalny program koncertu.

Ostateczną decyzję o wyjeździe podjąłem na dzień przed gigiem. Jak zwykle, wszystko na wariackich papierach - na szczęście udało się jeszcze bez problemu kupić bilety we wrocławskim Media Markt. Nie pozostało nic innego, jak dotrzeć na miejsce. Podróż nie należała do najłatwiejszych - ponieważ jechaliśmy bezpośrednio z Wałbrzycha (bilety kupując po drodze), mieliśmy do przebycia ponad 180 km w jedną stronę. Pogoda była wyjątkowo niesprzyjająca tego dnia: pomimo padającego deszczu, upał był nie do wytrzymania.

W końcu dotarliśmy na miejsce. Zaraz po wjeździe do Jarocina poczuliśmy ten specyficzny festiwalowy klimacik. Standardowe widoki typu pielgrzymki ubranych na czarno i umazanych błotem ludzi, czy przesypiający zdobytego, jeszcze zanim festiwal zdążył się na dobre rozkręcić, kaca gdzieś w rowach młodzi ludzie. Ale tak poza tym to było całkiem kulturalnie. Z początku czułem się trochę nieswojo, ale wystarczyło chwilę pokręcić się po okolicy i uraczyć się serwowanym obficie złocistym napojem, by wczuć się w ten klimat.

Przed wejściem stała chyba kilometrowa kolejka do budki z biletami. Tutaj plus dla nas za rozsądną akcję kupienia biletów we Wrocławiu. Oszczędziliśmy na tej operacji chyba ze 2h stania w kolejce. Pozytywnie zaskoczyły nas natomiast bramki. Plastikowych butelek nie można było wnieść, ale miły pan służył kubeczkami, do których można było przelać sobie przytaszczoną ciecz. Kilka kroków dalej nie mniej miła pani założyła mi jarocińską opaskę na łapkę. I od tej pory chulaj dusza.

Gdy przybyliśmy, grało akurat Pogodno. Szczerze mówiąc, formacja zrobiła na mnie ograniczone wrażenie. A wręcz wzbudziła pewien niesmak niezbyt wybrednym sposobem porozumiewania się z publicznością. Niewiem, o co tam chodziło, ale było to wszystko takie sobie. Skorzystaliśmy więc z okazji i poszliśmy rozejrzeć się za czymś do picia. Wróciliśmy z powrotem, by posłuchać Indios Bravos - kapeli, którą założył Piotrek Banach po odejściu z Hey. O ile nie przepadam za reggae (jakkolwiek się to pisze), bo to muzyka nudna, monotonna i idiotycznie czasem wesoła, tak występ Indios Bravos przypadł mi do gustu. Ciekawe kompozycje z niebanalnymi melodiami, pozytywny wokalista Gutek i brzmienie momentami mocno odchodzące w stronę rocka.

Podczas tego koncertu po raz pierwszy poczuliśmy także Heyowy klimat, gdyż Indios Bravos zagrali aż trzy kompozycje, które kiedyś nagrał także jubilat: Between (z płyty Ho), Czas Spełnienia (piosenka kapeli Banacha jeszcze sprzed Heya) oraz To Co Czujesz (Brygady Kryzys). To ostatnie było zagrane na bis i właśnie na tym ostatnim kawałku znakomicie reagowała publiczność. Dało się odczuć, po co tak naprawdę wszyscy tam jesteśmy. No i już pojawiły się ciary.

Jak dla mnie, to właśnie po Indios Bravos na scenie powinien pojawić się Hey, ale niestety zaserwowano nam jeszcze jedną porcję flaków z olejem, w postaci Myslovitz. Ten zespół powinien dostać nagrodę dla najnudniejszego i najbardziej usypiającego zespołu w Polsce. No takie nasze Depeche Mode, można powiedzieć. A do tego strasznie gejowskie. Nie zdziwiłbym się, gdyby podczas koncertu wszyscy pod sceną pozasypiali. To musiałby być zabawny widok ze sceny: wokalista otwiera oczy, patrzy na ludzi, a tu wszyscy śpią i słychać takie jedno wielkie zbiorowe chrapanie. Może ktoś pokusi się kiedyś, żeby zorganizować takiego flash moba? Koncert Myslovitz nadaje się do tego jak znalazł.

Oczywiście cały ten koncert spędziliśmy z dala od sceny, racząc się dobrodziejstwami wioseczki gastronomicznej, ale i tak nie dało się uniknąć przykrego obowiązku słyszenia tego, co dobiegało ze sceny. Na szczeście grali niewiele ponad godzinę i gdy tylko skończyli, udaliśmy się pod samiutką scenę.

Gwiazda wieczoru, a zarazem szanowny jubilat, nie kazał na siebie długo czekać. Po krótkiej zapowiedzi na scenie pojawili się starzy znajomi: Bob, Żaba, Jacek, Paweł i Kasia. Po krótkim przywitaniu zaczynają grać... I od razu było wiadomo, że koncert będzie wyjątkowy, po na początek słyszymy Fate! Tym samym kawałkiem Hey skończył krótki występ konkursowy w Jarocinie 15 lat temu, który był pierwszym krokiem w ich karierze...

Jarocińska publiczność tłumnie zgromadzona pod sceną, a zespół bez żadnego wytchnienia gra dalej. Kolejny klasyk z Fire, tym razem Zobaczysz. Początkowy riff brzmi znakomicie i do tego ta agresywnie kołysząca perkusja.

Następnie słyszymy podejrzanie wesołe dźwięki, które ciężko rozpoznać. Co to będzie? Nowa piosenka? Nic z tych rzeczy. Po chwili włącza się Kasia: "Przeprowadźmy mały sprawdzian wytrzymałości duszy na ból..." i staje się jasne, że to kolejny hit z Fire - Eksperyment! Tyle że w zupełnie nowej, bardziej nowoczesnej aranżacji. Wprowadzono np. mostkowe pauzy przed refrenami, co w bardzo fajny sposób zmienia dynamikę utworu. Publiczność jest już rozkręcona i głośno śpiewa, zagłuszając Kasię!

Jak na razie pierwsze trzy utwory koncertu słyszałem po raz pierwszy na żywo. Zespół dalej gra starocie z Fire, tym razem serwując standardowe Schizophrenic Family. Pod sceną robi się niezły ścisk podczas opętańczego pogo! Zostaję wgnieciony w dzielące mnie od barierek młode fanki zespołu. Można to nazwać "miękkim lądowaniem" :). One jednak nie miały zbyt zadowolonych min...

Ale wróćmy do tego, co dzieje się na scenie. A stamtąd znów dobiegają trudne do rozpoznania dźwięki, co to będzie tym razem? I znów poznałem kawałek dopiero w momencie, gdy Kasia zaczęła śpiewać: "Nóżka na nóżkę, tak go zwą..." Kolejny odgrzebany hicior z dawnych lat w nowej aranżacji! Zespół brzmi świetnie, jest w znakomitej formie, piosenki są grane z niesamowitą energią, widać że ten występ sprawia im dużo frajdy. Jasne także staje się, że setlista ułożona jest chronologicznie: niniejszym przeszliśmy do następnego punktu programu, mojej ulubionej płyty Ho.

Następny kawałek był jak dla mnie absolutnym gwoździem programu. Cudownie - w wersji tym razem prawie identycznej, jak ta na płycie. Piosenka, którą pieszczotliwie określam mianem "tej o krasnalach". Każdy fan Heya był chyba tak samo zdumiony jak ja. Ciary nie schodzą mi z pleców i zdzieram sobie gardło śpiewając refren: "Jeśli znów podniesiesz głos, odejdę tam / Ty pogubisz kości żyjąc sam". Niesamowity moment koncertu, cudowna (nomen omen) atmosfera.

Wiatr wzbiera coraz bardziej, coś dzieje się z pogodą. Dym sceniczny w zabójczym tempie ją opuszcza. Większość zespołu znika w kuluarach, zostaje tylko Żaba i Kasia, by odegrać dwa kawałki akustycznie: najpierw Ho, potem Ja Sowa. Oba chóralnie odśpiewane przez całą jarocińską publiczność. Nadmienię w tym miejscu, że po cichu liczyłem na Sowę w oryginalnej, elektrycznej aranżacji... Ale mimo wszystko, nie ośmielam się narzekać :).

To by było tyle jeśli chodzi o Ho i przechodzimy do Pytajnika, kawałkiem Gdy Mnie Sen Zmorzy. Znów zaczynają się rzeczy, których nigdy wcześniej nie słyszałem na żywo. Ten kawałek ma niesamowitą linię melodyczną i takowoż klimat... Repertuar na ten koncert dobrany jest po prostu doborowo.

Kolejny kawałek zaczyna Bob charakterystycznym rytmem na perkusji. Robi się ostro, bo zaczyna się As Raindrops Fell - wszyscy pod sceną skaczą. Dzieje się także rzecz tak niesamowita, co niepokojąca: zgodnie z tytułem kawałka, zaczyna padać deszcz, jak na zamówienie. Z początku delikatnie, więc nikomu to specjalnie nie przeszkadza, a znakomicie podkreśla atmosferę wydarzenia.

Hey trwa w ostrym klimacie, serwując bardzo szybkie Je-łe. Kolejny kawałek dawno nie grany przez zespół regularnie na koncertach i kolejny, którego nigdy nie słyszałem na żywo. Szybki riff i przejścia na perkusji i charakterystyczny refren, z wykrzykiwanym przez Kasię "Je-łe! Je-łe!", co akurat lepiej i mądrzej brzmi w wersji angielskiej utworu :).

Zaraz potem chwila na uspokojenie - słyszymy intro do kolejnego klasyka, utworu Wczesna Jesień. Znakomita okazja, by w strugach deszczu powydzierać się trochę i zaserwować sobie chore gardło.

Po tym kawałku jednak można przestać już mówić o deszczu, a zacząć mówić o ulewie. Do tego strasznie wieje, co sprawia że krople wpadają mi do oczu i już przez chwilę wydaje mi się, że wraz z nimi wypłynęła mi soczewka. Byłyby niezłe jaja. "Przepraszam, czy ktoś pomoże mi szukać w błocie szkła kontaktowego?" Na szczęście okazało się, że mi się li tylko przesunęło i po chwili wszystko wróciło do normy.

W międzyczasie na scenie pojawiła się tajemnicza postać w wielkiej białej kurtce. Przyglądam się i przecieram oczy ze zdumienia: potwierdziły się wcześniejsze spekulacje, to Piotr Banach we własnej osobie! Niesamowita chwila, razem na scenie ponownie od 8 lat! Miałem więc niepowtarzalną okazję zobaczyć Hey na żywo w oryginalnym składzie. Emocje sięgneły zenitu, tym bardziej ze względu na kawałek, jaki Piotrek zagrał ze swoimi starymi przyjaciółmi, a był to Anioł. Efekt piorunujący, dosłownie i w przenośni: aura także zaczęła szaleć, zupełnie jak jarocińska publiczność i za sceną zaczęły walić pioruny! Możecie sobie wyobrazić ten obrazek: Kasia śpiewająca refren "Anioł stróż opuścił mnie", obok Banacha na scenie, wszystko w strugach deszczu na tle błyskającego się nieba!

Jako ostatni z tej płyty był chyba największy hit - List. Chwila wyciszenia, charakterystyczny rytm na talerzach i "pływająca" gitara prowadząca. Pogoda nie ustępuje, znów znakomicie podkreślając atmosferę. Niestety robi się niebezpiecznie. Okablowanie i odsłuchy zaczynają podmakać, wiatr tak silnie manipuluje deszczem, że moknie prawie pół sceny. Pojawiają się organizatorzy, rozkazując przerwanie koncertu. Kasia ogłasza do mikrofonu, że muszą przerwać ze względów bezpieczeństwa. Publiczność jednak wykazała się wyrozumiałością i zamiast buczeć, zaczęła skandować "dziękujemy" i śpiewać "sto lat" (po raz któryś już zresztą tego wieczoru).

Wszyscy jednak zostają pod sceną licząc, że muzycy coś wymyślą i jeszcze wyjdą na scenę. Tak też się stało, po kilku minutach wszyscy pojawili się na scenie ponownie i zaczęli przesuwać odsłuchy i resztę sprzętu w głąb sceny. Udało się cofnąć do takiego miejsca, gdzie deszcz nie dosięgał. Hey zaczął grać dalej - od Kataszy. Potem trochę skakania przy [sic!], Cisza, Ja I Czas i Muka. Ewidentnie setlista była już skracana, bo podejrzewam, że zespół zagrałby więcej utworów z tych płyt. Wiadomo także było, że największe hity trzymane są na koniec. Tego końca jednak nie doczekaliśmy. W czasie Missy Seepy było już naprawdę źle - Żabie walnął wzmacniacz i wkurzony w połowie piosenki opuścił scenę. Pawłowi siadły efekty gitarowe. Co chwilę słychać było charakterystyczny "strzał" w mikrofonie. Wiatr wiał coraz mocniej i dalsze kontynowanie koncertu wiązało się z olbrzymim ryzykiem, którego ani zespół, ani organizatorzy nie mogli się dopuścić. Teoretycznie wszystko mogło się usmażyć. Koncert ostatecznie przerwano. Kasia przedwcześnie żegnając się z publicznością rozpłakała się, zachowując się tak, jakby ta pogoda była jej winą.

Nam jednak specjalnie nie przeszkadzało to, że byliśmy przemoknięci do suchej nitki, że czekał nas jeszcze 20-minutowy spacer do samochodu, że nie mieliśmy w nim żadnych ubrań na zmianę, i że czeka nas jeszcze ponad 100 km drogi powrotnej. Ten koncert wart był tego wszystkiego. Takich emocji jeszcze na Heyu nie było! Imponujący repertuar, gościnny występ byłego lidera zespołu Piotrka Banacha - coś takiego już się nie powtórzy! Godna podziwu była także zawziętość zespołu, by pomimo wszelkich trudności, grać dalej, ponosząc wielkie ryzyko. Brawo!

Baty natomiast należą się organizatorom, za to, że nie przygotowali się na taką ewentualność. Zważywszy na aurę w Polsce i w ogóle w Europie w przeciągu ostatnich paru miesięcy, można było to przewidzieć. Nie było nawet folii, by przykryć kable na scenie...

Podsumowując... Wyjazd wart był całego tego wysiłku, włożonego w dotarcie do Jarocina i powrót z niego. To był jeden z absolutnie najlepszych koncertów w całym moim życiu!

000webhost logo