HEY
31.08.2007
Lyski
____________________

BILET

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
06.11.2007

Tak się złożyło, że ten koncert w Lyskach miał być moim piętnastym koncertem Hey, na jakim byłem. Zespół w tym roku obchodzi zaś piętnastolecie istnienia. Poza tym Kasia Nosowska dzień wcześniej miała urodziny. Jeśli połączymy te trzy fakty do kupy to co otrzymamy? Oczywiście, dobry powód, by przygotować na tę okoliczność jakiś miły upominek dla Kasi i zespołu. Postanowiłem więc wykorzystać koncertową bazę danych, jaką jest ta strona i przygotować specjalny album, w którym zawarłem wybrane wspomnienia i fotografie z tych czternastu poprzednich koncertów i wręczyć go zespołowi właśnie na koncercie piętnastym - w Lyskach.

Poza tym zawsze przychodzi moment, gdy trzeba się wybrać na ten "smutniejszy" koncert. Dlaczego "smutniejszy"? Bo kończący tak naprawdę letni sezon koncertowy. To był ostatni wakacyjny koncertowy wypad, w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Odbywający się 10 dni później Unplugged to już zupełnie inna bajka, wyjazd o innym charakterze, z inną ekipą i na zupełnie inny koncert. Ale 31 sierpnia w Lyskach byliśmy na ostatnim plenerowym gigu Hey.

Lyski to zabawnie nazywająca się miejscowość niedaleko Rybnika. Większość trasy pokonywaliśmy autostradą, więc podróż nie była zbyt uciążliwa. Były co prawda jeszcze drobne kłopoty ze znalezieniem miasteczka, ale mimo wszystko stosunkowo szybko trafiliśmy na miejsce. Pozytywnie zaskoczył mnie rozmiar imprezy. To była już V edycja Magii Rocka. Zaproszono aż 10 zespołów, w tym sporo szerzej znanych - wśród nich znalazły się m.in. Lipali, Bracia, Oddział Zamknięty i właśnie Hey.

Tuż przed wejściem udało mi się taniej zakupić bilet wstępu. Sprzedawali je wściekli motocykliści, którym obiecano, że będą dla nich tańsze wejściówki, tymczasem kazano im zapłacić niemal tyle, co każdemu. W ramach protestu, sprzedawali swoje wejściówki po niższej cenie zwykłym ludziom, robiąc organizatorów tym samym w balona (bilety bowiem niczym się nie różniły). Zaoszczędzone złotówki pozwalały przeznaczyć je na napoje chłodzące tudzież gumową zapiekankę.

Ludu z okolicznych wiosek i miast zjechało się bez mała kilka tysięcy. Impreza połączona była ze zlotem motocyklowym, więc nie brakowało wszędzie dookoła dwukołowych potworów. Scena, jak to zwykle bywa, nie była imponujących rozmiarów, ale nagłośnienie dawało radę. Bez większych problemów dało się słuchać muzyczki nawet stojąc w kolejce do toi toi-ów. Jednocześnie pod sceną było zupełnie znośnie - całkiem porządnie przygotowana impreza.

Konferansjerką zajmował się tym razem Końjo. Człowiek co najmniej kontrowersyjny, ale zdawałoby się, że na taką fuchę najlepszy. Jego rymowane żarty momentami nawet śmieszyły, ale szybko stały się nużące - po około 10 minutach już niczym nie zaskakiwał. Zabawnie jednak było wysłuchać konkursowych wykonań Białego Misia w wersji metalowej :).

Przejdźmy jednak do sedna sprawy. Gdy dojechaliśmy na miejsce, zaczynał się koncert Braci. Byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tego zespołu i nigdy w życiu z własnej woli nie wybrałbym się na ich koncert. Jakoś źle mi się konotowali panowie Cugowscy, nie muszę chyba mówić, dlaczego. Pod otoczką gitarowego grania spodziewałem się pseudo-rockowej szmiry na miarę Virgin. Jakże mile zostałem zaskoczony, gdy okazało się, że Bracia grają bardzo dobry klasyczny hard rock, opierając swoje kompozycje na motorycznych, ciężkich i szybkich riffach. Do tego wszystkiego przyzwoite wokale (którymi dwaj bracia wymieniają się w czasie spektaklu) i koncert zaaranżowany jak stare, dobre rockowe koncerty przełomu lat 80-tych i 90-tych: mieliśmy więc solo gitarowe, solo basowe (basista był chyba uczniem Pilichowskiego, stylem gry bardzo przypominał Wojtka) i... solo na perkusji! Wszystkie zaskakująco dobre. A już absolutnie Bracia kupili mnie świetnym coverem Deep Purple - Woman from Tokyo. Jestem pewien, że przy najbliższej okazji wybiorę się na ich koncert, gdy będą grali w sąsiedztwie.

Potem był Oddział Zamknięty - który słyszeliśmy już na juwenaliach przed Buldogiem. Kapela z tradycjami, która niestety w ogóle mnie nie pociąga. Ich sceniczne wyczyny pozostawiają mnie zawsze kompletnie obojętnym, chociaż pod sceną robi się niezły bałagan. Pod koniec gigu nawet zaprosili kilkanaście młodych panienek na scenę, ale co z tego, skoro żadna z nich nie zdjęła nawet bluzki.

Bogaty rozkład imprezy sprawił, że gwiazda wieczoru - Hey, pojawił się bardzo późno na scenie. Stało się około 01:20. Mimo to pod sceną czekało wielu fanów i do samego końca wytrwało sporo ludzi. Set był krótki, a koncert trwał niewiele ponad godzinę - zespoł już następnego dnia grał koncert w Skarżysko-Kamiennej, należało im się więc trochę wypoczynku. Ale mimo wszystko warto było przyjechać - na bisy było dawno już nie słyszane przeze mnie na żywo Schizophrenic Family i Where Is My Mind?. Kasia nieźle szalała na scenie, pokazując bardzo bogaty układ choreograficzny podczas Missy Seepy. Poza tym pomimo zmęczenia, była w dobrym humorze i dużo bawiła się swoim głosem. Pod sceną można się było spokojnie pobawić - ludzi było sporo, ale też odpowiednio dużo przestrzeni.

Niestety nie wyszło M&G i planowane wręczenie prezentu, ale naprawdę trudno mieć pretensje. Chociaż pewna grupka młodzieży, krzycząca za odjeżdżającym busem była najwyraźniej innego zdania. Ludzie nie mają litości dla swoich "idoli".

A ja prezent wręczyłem przy znacznie lepszej okazji - 10 dni później w Warszawie...

000webhost logo