HEY
10.09.2007
Teatr Roma
Warszawa
____________________

BILET

GALERIA

MEET & GREET

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
16.10.2007

Niektórzy wyznają zasadę, że relacje z wydarzeń typu koncert należy pisać w możliwie krótkim odstępie czasu od momentu, w którym się odbył. Na gorąco, tak żeby możliwie wiele emocji, który wówczas nam towarzyszyły, zawrzeć w tekście. Przypuszczam jednak, że gdybym tak postąpił w tym przypadku, relacja mogłaby przesadnie obfitować w przesłodzone epitety opisujące zachwyt nad tym niesamowitym wydarzeniem muzycznym. W tym roku dzieje się bowiem coś magicznego - Hey nieźle szaleje. Opłacało się nie tak znów dawno temu szczerze polubić twórczość tego zespołu. Wprawdzie staram się jeździć na wszystkie koncerty, które mogę, ale w tym roku Hey już drugim koncertem na stałe wpisał się do panteonu największych muzycznych uniesień, jakich w całym życiu dane mi było doświadczyć.

Wszystko zaczęło się od pewnego letniego wieczoru, kiedy to niczego się nie spodziewając wszedłem na forum zespołu. Tam moje oczy od razu przykuł temat z dwoma magicznymi wyrazami w tytule: MTV UNPLUGGED. O tym, że coś akustycznego się szykuje, wiedziałem już wcześniej, bowiem Kasia uchyliła rąbka tajemnicy po koncercie w Jarocinie. Ale teraz ta wiadomość stała się faktem. Oto przede mną pojawiła się możliwość uczestniczenia w koncercie, z którego będę miał najlepszą z możliwych pamiątek: oficjalnie wydane nagranie na półeczce z moją płytową kolekcją. Zadziałałem więc, jak należy, nie bacząc, że po raz kolejny będę musiał pojechać do stolicy - miasta, które jakiś czas temu przestałem regularnie odwiedzać. Nie upłynęło wiele czasu, a na moją skrzynkę mailową przyszła wiadomość, iż jestem posiadaczem wejściówki ne Hey Unplugged. Będzie grubo! - pomyślałem.

Emocje przed koncertem sięgały zenitu. Znaków zapytania było wiele. Tradycja MTV Unplugged sugerowała, że będą goście, że będą covery, że będzie inaczej. Na kogo padnie? Większość fanów zgodnie obstawiała "starych znajomych" zespołu: Lecha Janerkę, Edytę Bartosiewicz, Renatę Przemyk... Ale to było zbyt proste, zbyt oczywiste. Atmosferę podkręciła krótka wypowiedź Jacka Chrzanowskiego dla Teraz Rocka, w której zasugerował, że zespoł podchodzi do tematu o wiele poważniej, niż podczas podobnego koncertu, który odbył się w 1993 roku. Wtedy, jak wspominają sami członkowie zespołu, podeszli źle do tematu, gdyż jedyną różnicą między wersjami piosenek było to, że zostały zagrane na gitarach akustycznych. W większości przypadków żadnych zmian aranżacyjnych i Kasia z dziwnie modulowanym głosem.

Podekscytowani i zaintrygowani ruszyliśmy więc w poniedziałkowy poranek do Warszawy ekipą wrocławsko-bolesławcowo-kluczborską. Wesołe kompanki podróży nie pozwalały ani przez moment przysypiać za kierownicą, co miało swoje ogromne plusy, zwłaszcza dla kogoś, kto ma z tym problemy :). Podróż jednak było bardzo męcząca - rozliczne remonty dróg skutecznie wydłużyły czas podróży. Zapowiadane korki na Alejach Jerozolimskich okazały się jednak zupełnie niegroźne - ruch był wstrzymany w przeciwną stronę. Pod teatr dojechaliśmy więc bez żadnych problemów. W pobliżu centrum powiększyliśmy naszą ekipę o kolejnych forumowiczów i razem czekaliśmy na wielkie "otwarcie bram"!

Po wejściu do środka wszystko po kolei podkreślało wyjątkowość wieczoru. Powitali nas uroczyście ubrani kelnerzy, częstujący całkiem smacznym winem czerwonym i białym - do wyboru. Pomimo, że byłem postacią kierującą pojazd, uznałem, że w tej sytuacji nie mogę darować sobie niewinnej lampki wytrawnego trunku. Bez względu na to, co to było za wino - smakowało w tych okolicznościach wyjątkowo smacznie. Na miejscu spotkałem koleżankę z innego forum - metallikowego overkilla, która towarzyszyła mi już przez resztę wieczoru.

Tak sobie czekaliśmy popijając winko i gaworząc, aż nagle zjawiła się pani reporterka i towarzyszący jej kamerzysta i nakręcili krótki materiał o fanach do tzw. "Making of". Gdzieś tam powinienem być w tym materiale, skandujący nazwę zespołu w towarzystwie licznie przybyłych fanów. Były także indywidualne rozmowy z fanami, ale postanowiłem się nie wychylać. Przyjechałem tam w innych celach.

W końcu zjawił się kierownik produkcji i zaprowadził nas, jako pierwszych, tam gdzie było przeznaczone dla nas miejsce czyli... Na samą scenę. O tym dowiedzieliśmy się w ostatniej chwili - jako setka szczęśliwców, zaproszona drogą oficjalnego forum zespołu, będziemy siedzieć tak blisko zespołu, jak to tylko możliwe - w samym centrum akcji, na scenie. Na specjalnie przygotowanych do tego czerwonych poduszkach. Ekscytacja siegnęła szczytu, gdy weszliśmy do środka i ujrzeliśmy scenę. Zaparło mi dech, bowiem ilość krzeseł na scenie sugerowała niezwykle bogate instrumentarium - "jest dobrze", pomyślałem sobie.

Z racji tej niewielkiej odległości spoczywała na nas olbrzymia odpowiedzialność - to nas zespół będzie słyszał najlepiej, to my tu będziemy ich dopingować. Nie sekcja "sztywnych vipów", dla której przeznaczone są standardowe miejsca pod sceną - poinformował kierownik. Odbyliśmy kilka prób klaskania na dzień dobry. Po zjechaniu w dół białej kotary, miało być "nasze" 5 sekund, które dzieli początek nagrania od rozpoczęcia gry przez muzyków. Prób było kilka i za każdym razem wychodziło coraz lepiej.

W końcu pojawili się muzycy - celem ostatniego nastrojenia instrumentów. Jasne stało się, jak bogate będzie instrumentarium tego wieczoru: sekcja dęta, pianino, akordeon, lira korbowa, perkusjonalia (z uroczą perkusistką przywodzącą mi na myśl Agnieszkę Trzeszczak) i sekcja smyczkowa (2 wiolonczele i 4 skrzypce), tuż za którą sam się umiejscowiłem. A ściślej - za plecami pięknej skrzypaczki, o wyjątkowo zwiewnej sukience. Było na co popatrzeć, nie tylko w pojęciu muzycznym! Zaczęło się także robić naprawdę gorąco... Dlatego, że tuż za moimi plecami znajdował się ogromny reflektor, który bardzo szybko nieźle się rozhajcował!

Na statywie jednego ze skrzypaczy obok nut znajdowała się setlista - z trudem powstrzymywałem się, by na nią nie patrzeć. Jednak ludzie zgromadzeni dookoła rozpoczęli w porę przerwaną dyskusję na jej temat... Siłą rzeczy poznałem większość utworów, zanim koncert się zaczął. Poprzednio coś takiego zdarzyło mi się w Erfurcie i tak jak wtedy okropnie żałowałem, tak teraz uczucie to było równie silne.

No i oczywiście sam zespół - Marcin, Jacek i Paweł grający na akustycznych gitarach (także akustycznym basie), Bob ze "szczoteczkami" na odpowiednio przytłumionej perkusji oraz oczywiście - Kasia. Pojawiła się na scenie jako ostatnia, gdy wybiła "godzina zero" - wszyscy bardzo precyzyjnie trzymali się timingu, punktualnie co do minuty - rzecz niespotykana na "zwykłych" koncertach.

A więc zaczyna się! Zaczynają gitarzyści charakterystycznym riffem ze stareńkiego Fate - reszta instrumentów milczy, gdy Kasia zaczyna śpiewać. Dopiero wraz z wejściem perkusji (Bob znów grał ten połamany rytm, który był pomijany we współczesnych wersjach live tej piosenki) włączyły się smyczki - i już pierwsze ciary na plecach. To jest to! Wrażenie nie do opisania - pomyślałem sobie, że uczestniczę w Heyowym S&Mie - to była czysta magia! Smyczki dodały utworowi niesamowitej dramaturgii. Dobry początek, ale... No właśnie, to dopiero początek!

Zespół postawił głównie na swoje nowe kompozycje, setlista więc była zdominowana przez Echosystem i music.music. Wybór ten może się nie podobać, ale gdy koncert się skończył, zrozumiałem, dlaczego tak się stało. Droga muzyczna, jaką obrał Hey i Marcin Macuk (który, jak się później okazało, był dyrektorem muzycznym całego przedsięwzięcia - jego rękę było doskonale słychać w większości aranżacji) pasowała doskonale do tych kompozycji. Muszę powiedzieć, że te starsze wypadły odrobinę gorzej. Ale o tym później.

Drugą pozycją w setliście było A Ty?. Kawałek bez większych zmian aranżacyjnych, z fajnie podkreśloną melodią przez sekcję smyczkową. Tą słyszałem zresztą najlepiej przez cały koncert, gdyż siedziałem obok niej. Trąb prawie w ogóle nie słyszałem, ale taka była cena za rewelacyjnie małą odległość od centrum akcji. Coś za coś. Anyway, piosenka wypadła świetnie - Żaba mógł trochę poszaleć z solówką przed ostatnim refrenem. Jest dobrze, jedziemy dalej!

Kolejnym utworem było Moogie - tego akurat nie mogę zrozumieć. W moim skromnym odczuciu, najmniej atrakcyjna pozycja tego wieczoru. Sądzę, że jeśli emisja TV będzie okrojona, to ten utwór będzie jednym z tych, które się w niej nie znajdą. Dalej Byłabym - jedna z pięknych ballad z Echosystemu. W tej "unpluggedowej" aranżacji zaparła dech w piersiach.

Następnie znów cofamy się w czasie do pierwszej płyty - i słyszymy dawno już nie grane na koncertach Dreams. W zupełnie nowej aranżacji. Tak odmiennej, że poznaliśmy wraz z resztą fanów piosenkę dopiero w momencie, gdy pojawił się tekst. Muzyka została prawie całkowicie zmieniona! I uproszczona, trzeba rzec. Poza tym z dosyć smutnej, poważnej, wręcz przygnębiająej ballady zrobił się utwór może nie tyle wesoły, co zdecydowanie... skoczny. Czuć głęboko umoczone paluchy Macuka, ale jeśli jego rola jest czymś dyskusyjnym i kontrowersyjnym, to ten aspekt przejawia się najjaśniej właśnie w tej kompozycji. Mnie najbardziej zaskoczył fakt, że solo na basie, które zwykł odgrywać Jacek - zagrały skrzypce.

Dla odmiany, jeden z kolejnych kawałków - W Imieniu Dam, zabrzmiał świetnie. No i te awangardowe wstawki - "huuuu!" śpiewane przez nas wraz z Kasią. Trochę się boję, czy będą one słyszalne na nagraniu, gdyż mikrofony (bardzo niemądrze) zostały umieszczone nad tzw. sekcją "sztywniaków". Cóż, realizacją nagrania zajęło się TVP - nic dziwnego, że zabrakło wyobraźni przy realizowaniu pewnych kluczowych kwestii. Niestety w związku z tym mam daleko posunięte obawy o efekt końcowy, ale ostatecznie staram się być dobrej myśli. W końcu ta muzyka obroni się sama! Sądzę, że klimatu koncertu nie zepsuje nawet zła realizacja.

Wróćmy do samej muzyki. Kolejny utwór uważam osobiście za absolutny highlight tego koncertu. Kasia w końcu odważyła się wykonać utwór swojej ulubionej wokalistki - PJ Harvey. Jakby tego było mało, do pomocy zaprosiła nietuzinkowego gościa - na scenie pojawiła się pięknie zapowiedziana i nieobecna na niej już od pewnego czasu Agnieszka Chylińska. Niezwykle ciepło przez nas przyjęta, trzeba dodać. Co by o niej nie mówić, to także kawał historii polskiego rocka! A sama Aga już bardzo wydoroślała - w końcu jest matką i ma już na karku 30 lat - wypada zachowywać się więc ciut dojrzalej. Najważniejsze jednak jest to, iż stworzyła niesamowity duet z Kasią na scenie wykonując brawurowo (nie boję się w tym kontekście posłużyć trochę nadużywanym w polskim piśmiennictwie wyrazem) piękną piosenkę PJ Harvery - Angelene. Dziewczyny fajnie podzieliły się rolami - Kasia śpiewała łagodne zwrotki, a Aga z charakterystycznym pazurem uzupełniła je refrenami. Duet niesamowity, nietuzinkowy - skromna, nieśmiała Kasia i wulkan energii, jakim jest Agnieszka - doskonale do siebie pasowały. Chylińska przy tej okazji udowodniła swoje nieprzeciętne umiejętności wokalne - było czego posłuchać!

No i to spontaniczne, rzucone przy zejściu ze sceny przez Agnieszkę "Grajcie dalej, kurwa!" - tak jak Kasia, tak i ja mam szczerą nadzieję, że nie zostanie to usunięte na wydawnictwie. Jest bardzo niewiele sytuacji, w których wypada posłużyć się wulgaryzmem, w dodatku kobiecie - którą z definicji uważa się za istotę bardziej elegancką od rubasznego faceta. To było zdecydowanie jedna z tych nielicznych sytuacji - żadne inne słowo nie pasowałoby tu lepiej!

Skoro już przy coverach jesteśmy. Po dwóch kolejnych Heyowych piosenkach, czyli Mru Mru i Luli Lali (to drugie, zdawało się z początku najbardziej nietrafioną w zestawie piosenką, gdy tylko zostało zagrane, pogląd ten odwrócił się o 180 stopni) na scenie pojawił się kolejny gość - Budyń z Pogodna (trochę ta współpraca Nosowskiej z Pogodnem robi się niepokojąca, ale jak najbardziej uzasadniona w przypadku akurat tego numeru). Usłyszeliśmy wesołą i - nomen omen - pogodną piosenkę Iggy'ego Popa - Candy. Kolejny raz zestawienie przeciwieństw - spokojna Kasia i wygłupiający się Budyń. Niesamowita energia, wokalizy, wygłupy, miny, jednym słowem - radość. Kolejny highlight tego koncertu, cudowny duet!

Po tej porcji wrażeń usłyszeliśmy Mimo Wszystko - tego utworu nie mogło zabraknąć na koncercie, z uwagi na obecność prawdziwych smyczków i akordeonu - instrumentów, które pojawiają się w albumowej wersji utworu. Można tutaj powiedzieć także, że doszło do trzeciego duetu wokalnego z Pawłem, który wraz z Kasią odśpiewuje refreny: "Kochaj mnieeeee, mimo wszystko". Ładnie zagrali.

Podobnie było z To Tu - ta piosenka, podobnie jak A Ty?, było dość łatwa do rozpoznania, w porównaniu z pozostałymi (chociaż zaczynała się zupełnie inaczej). Następnie kolejne zaskoczenie - skrócona i kompletnie przearanżowana (na jeszcze łagodniejszą piosenkę) Cudzoziemka. Ten kawałek zawsze wyzwala ciary, a do tego znów wspieraliśmy Kasię naszymi wokalnymi "a huuu!". Ponownie jednak obawiam się, że nie usłyszymy się na nagraniu. Szkoda, może będzie chociaż coś widać.

Na sam koniec mega niespodzianki, których... Wszyscy i tak się spodziewali. Bo czym innym Hey mógłby zakończyć koncert, jak nie Zazdrością i Teksańskim? Wypadało jednak zrobić to w sposób wyjątkowo niebanalny. Gwarantuję Wam, że będziecie zaskoczeni tymi wersjami. Nie chcę tu się rozpisywać na ich temat. Zobaczcie nagranie z koncertu, to zobaczycie o czym mówię. Koncert skończył się... HUCZNIE!

Po Teksańskim muzycy żegnają się z publicznością i schodzą ze sceny. Przychodzi pora na bisy, którymi są, zgodnie z moimi przewidywaniami... Powtórki poszczególnych utworów. Realizacja nagrania, które ma ukazać się na płycie, rządzi się swoimi prawami i tak też było w tym przypadku. Kwestią otwartą pozostało, czy utwory będą grane od razu, czy powtórzone po kolei na koniec. Tym razem postawiono na to drugie. Publiczność już wyraźnie zmęczona (te czerwone poduszeczki wcale nie były tak wygodne), nie reagowała tak spontanicznie i żywiołowo, jak za pierwszym razem. Dlatego mam jednak nadzieję, że zostaną te pierwsze wersje - może nie tak doskonałe pod względem technicznym, ale niezastąpione pod względem atmosfery.

Pomimo bolącej dupy, pomimo niemal płonących pleców, pomimo zmęczenia po 5 godzinach podróży i niezbyt optymistycznie nastrajająca perspektywą spędzenia drugiego tyle w samochodzie w nocy... Oglądałem cały koncert ze szczęką na podłodze. To było coś niesamowitego, w każdej sekundzie koncertu czułem, że uczestniczę w czymś wyjątkowym. Nie tylko dlatego, że gig ukaże się na DVD. Dlatego, że Hey obchodzi w tym roku 15. urodziny i szaleje na maksa. Najpierw Jarocin, teraz to. Można marudzić... że za dużo Macuka, że utwory nie te (gdzie Ja Sowa, po co Moogie?), że można było ciekawiej... Nie odważę się. Szanuję zespół za niesamowitą odwagę, jaką wykazał się, grając ten koncert. Pozwolili sobie podążyć w kilku (bo na pewno nie jednym!) zupełnie innych kierunkach, niż dotąd. Na ogół robi się tylko jeden odchył na płytę... Tak jak na music.music był to odchył w stronę elektroniki. Tu jest inaczej. To dowód otwartości na niezwykłe bogactwo muzyczne, które tkwi w różnych gatunkach. Ten gig był feerią barw, kolorów, spojrzeniem przez kalejdoskop na coś, co setki tysięcy fanów znają na pamięć. Spodziewam się, że czeka to wydawnictwo masa krytyki. Mi też nie wszystko się podobało, ale na tym polega bycie artystą, by mieć jaja, by zrobić coś pod prąd, sprzecznego z oczekiwaniami odbiorcy.

To był wielki koncert, wielkie wydarzenie. Oglądajcie emisję na MTV 18 października o 20.00 - zapewniam, że warto! Nawet jeśli nie jesteście fanami Hey. Ja już nie mogę się doczekać, aż zobaczę ponownie to, co dane mi było przeżyć 10 września w warszawskim Teatrze Roma.

Droga powrotna to jak zwykle temat na osobną opowieść... Były przygody, było pozowanie do fotoradarów, 130 km/h pod prąd i inne takie adrenalinki... Wszystko jednak odpowiedzialnie i bezpiecznie, żeby nie było. Ale to była PRZYGODA.

 

000webhost logo