PACO DE LUCIA
02.12.2007
Hala Stulecia
Wrocław
____________________

BILET

GALERIA

____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
26.12.2007

Wrocław po raz kolejny odowodnił, że przekształca się w polską stolicę muzyki. A już na pewno muzyki gitarowej: grywa tutaj absolutnie topowa śmietanka najznamienitszych gitarzystów świata. Regularnym gościem jest Al Di Meola, jednak tym razem odwiedził nas jego kolega po fachu - Paco de Lucia, którego chyba szerzej przedstawiać nie trzeba. Jakby jednak jakimś cudem dla kogoś nazwisko to było obce (wstyd!), nadmienię, że to właśnie wraz z Paco de Lucią i Johnem McLaughlinem nagrał Al bodaj najpopularniejszą płytę: Friday Night in San Francisco.

Każdy z muzyków jednak dysponuje bogatym dorobkiem solowym. Nigdy dotąd jakoś nie miałem okazji zagłebić się w twórczość latynoskiego wirtuoza, uznałem więc, ze koncert we Wrocławiu jest doskonałą okazją, by się nareszcie ku temu skłonić.

Koncert de Lucii odbył się w ramach finału Wrocławskiego Festiwalu Gitarowego - Gitara 2007. Z kupnem biletów już na kilka tygodni przed koncertem był problem, a Hala Ludowa wypełniona była po brzegi. Warto nadmienić, że skorzystali na tym jak zwykle straganiarze - ale droższy niz zwykle gofr z bitą śmietaną smakował nad wyraz dobrze. Takiego koncertu nie wypada słuchać i oglądać na z pustym żołądkiem.

Jeśli przyrównać wspomnianych wcześniej gitarzystów do zespołów metalowych, to Al Di Meola byłby Metalliką - artystą wiecznie poszukującym, zmieniającym stylistykę niemal z nagrania na nagranie, romansującym z muzyką komercyjną, szanowanym przez część fanów i krytykowanym przez tych, którzy nie mogą pogodzić się z odejściem od stylu, który wyniósł go na piedestał. Paco de Lucia natomiast byłby Iron Maiden - konsekwentnie poruszającym się po sprawdzonej przestrzeni stylistycznej, która przyniosła mu sławę dawno temu i pozwala godziwie żyć do dzisiaj. Fani jego muzyki mogą czuć się bezpieczni - Paco trzyma się swoich korzeni i żadne mu w głowie skoki w bok.

Dlatego widząc dekorację sceny w Hali Ludowej w mig przypomniały mi się obrazki z nagrania video słynnego Friday Night in San Francisco, czy innych koncertów tria. Paco nic się nie zmienił - no, może poza tym, że przybyło mu kilku zmarszczek i trochę siwizny. Reszta bez zmian: palemki w tle, biała koszula z czarną kamizelką. Podczas gry, obowiązkowo założona nogę na nogę a'la Don Johnson. I 10 palców, które żyją własnym życiem - płacąc za bilet dostajemy dokładnie to, czego się spodziewamy.

A po zgaśnięciu reflektorów, na scenie zaczyna się istny żywioł flamenco. Klasyczna gitara Paca wspierana jest przez bogate instrumentarium: instrumenty perkusyjne (gra na nich El Pirana), drugą gitarę (Nino Josele), gitarę basową (Alain Perez), flet (Domingo Patricio) oraz dwie wokalistki (Montse Cortes i Chonchi Heredia). Hiszpański folklor w pełnym tego słowa znaczeniu - zapominamy, że znajdujemy się w post-komunistycznej hali w zapyziałej Polsce. Są tylko palemki i gorące latynoskie rytmy oraz melodie.

Co ciekawe, mistrz promował wydaną już dość dawno płytę Cositas Buenas (2004). Jeszcze nie spotkałem się z tym, aby promować "nowy" album 3 lata po jego premierze :). Ale ponieważ, jak już wspomniałem, wcześniej nie miałem okazji zapoznać się z tym materiałem, rzecz była dla mnie bardzo świeża.

Koncert podzielony był na dwie części. W pierwszej większość utworów Paco wykonał solo, lub jedynie z towarzyszeniem instrumentów perkusyjnych. W drugiej połowie pełną parą na scenie szalał już cały zespół. Dopiero podczas tej części koncertu wolno było robić zdjęcia. Co ciekawe, wszyscy przestrzegali zakazu podczas pierwszej części, ale jak tylko zaczęła się druga, pod sceną zbiegło się mnóstwo ludzi (ewidentnie nie byli to li tylko przedstawiciele mediów akredytowanych), a z całej hali widzowie razili Hiszpanów setkami fleszy. Zrozum tu panie nasz mądry naród.

Wrocławskiej publiczności (a raczej polskiej, bo zjechali się fani gitary z całej Polski) koncert wyjątkowo przypadł do gustu - czego dowodem gorąca stojąca owacja na koniec koncertu. Efektem tego zespół pojawił się na bis, by wykonać energetyczną wiązankę starszych utworów Paco.

Wieczór był magiczny. Udało się osiągnąć znakomity efekt przeniesienia duszy w zupełnie inne miejsce i zatrzymania czasu. Obcowanie ze sztuką tej rangi zawsze jest niezwykle wzbogacającym doświadczeniem. Oby więcej takich koncertów we Wrocławiu. Znaczy się.. Jeszcze więcej!

www.000webhost.com