METALLICA
03.06.2008
Slavia Stadium
Praga
____________________

BILET

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
30.08.2008

Drugie w tym roku (i bynajmniej nie ostatnie!) spotkanie z Metalliką odbyło się w czeskiej Pradze zaledwie 6 dni po koncercie w Chorzowie. To jak dotąd najkrótsza przerwa między dwoma koncertami Metalliki, na które się wybraliśmy (ale tylko do września tego roku :)).

Do Pragi przywykliśmy już jeździć na koncerty, podróż minęła więc bez większych problemów. Po drodze wstąpiliśmy do JG, aby odebrać naszego poczciwego koncertowego kompana Ronniego. Potem już tylko trzeba było przebrnąć przez górki i prosto na autostradę. Tam miało miejsce coś nieoczekiwanego - totalne załamanie pogody i mega ulewa! Na szczęście obyło się bez przykrych niespodzianek (przy takiej pogodzie na autostradzie naprawdę o to nietrudno), aczkolwiek ktoś przed nami nie miał tyle szczęścia... (fotkę zobaczyć możecie w galerii)

Po przybyciu na miejsce okazało się, że mamy spory bagaż czasu, więc spokojnym krokiem udaliśmy się pod stadion. Przed wejściem na obiekt była jeszcze jedna misja do spełnienia - trzeba było sprzedać wolny bilet (niestety mój ojciec w ostatniej chwili musiał zrezygnować z wyjazdu). To okazało się łatwym do spełnienia obowiązkiem, długo więc nie potrwało jak znaleźliśmy się w środku.

Jeszcze tylko krótka wizyta w toalecie i już wchodzimy na obiekt. Okazało się, że bilety na płytę mają wspólne wejście z jednym sektorem trybun, wobec czego mogliśmy wolny czas sobie (w miarę) wygodnie przesiedzieć na krzesełkach, obserwując występ supportującego Metallikę Machine Head z góry. Trzeba przyznać, że był to ciekawy widok - wyjątkowo spektakularnie wyglądał z tej perspektywy las rąk podniesionych do góry. Atmosfera zaczęła robić się coraz bardziej gorąca, aczkolwiek zmęczenie podróżą zaczęło dawać mi się coraz bardziej we znaki i postanowiłem się jeszcze chwilę zdrzemnąć (okazało się, że muzyka Machine Head idealnie uspokaja i ululała mnie niczym Myslovitz w Hali Orbita).

W końcu, po koncercie Machine Head, przyszła pora na wbicie na płytę. To było niełatwe zadanie, gdyż okazało się, iż pula biletów na ten sektor była zdecydowanie zbyt liczna! Możecie zobaczyć w galerii, jak to wyglądało. Zupełnie inaczej niż w Chorzowie, gdzie wyglądało to tak jakby biletów (tzn. opasek) było zaś zbyt mało. Dziwne. A do tego dokładał się fakt, że stadion Slavii jest zdecydowanie mniejszy (chociaż nowszy i bardziej nowoczesny) od chorzowskiego. Ale Czesi nie od dziś słyną z dziwnych rozwiązań organizatorskich.

Wraz z paroma znajomymi Polakami zaczęliśmy więc wbijanie, ale nie było to łatwe. Czesi normalnie są niezwykle mili, gdy spotykamy ich na ulicy lub w sklepie. Ale na koncertach to są jakieś totalne buraki, niestety. Stali jak kołki i mieli olbrzymie pretensje, że ktoś, kto w końcu zapłacił taką samą cenę za bilet jak oni, ośmiela się przebywać w tym samym miejscu. Trzeba było więc opracować strategiczny plan przedostania się pod scenę. Najpierw przebiliśmy się na tyły i zatrzymaliśmy się mniej więcej w pozycji centralnej względem sceny (to było jeszcze relatywnie łatwe). Następnie poczekaliśmy już na początek koncertu, chcąc wykorzystać młyn do przeforsowania naszych pozycji bliżej sceny.

Co genialnie wygląda na papierze, czasem beznadziejnie sprawdza się w rzeczywistości. Nasz plan podzielił los pamiętnych schematów Kojota polującego na Strusia Pędziwiatra. Nie spełniło się bowiem podstawowe założenie, dotyczące młynu. Minęło Ecstasy, chłopaki z pełnym powerem zaczęli grać Creeping Death, a... Czesi nadal stali jak kołki. Ośmielę się stwierdzić, że nie zauważyli, że zaczął się koncert.

Pozostał więc plan awaryjny - czyli motyw tzw. piłki pinballowej. Postanowiliśmy rozpętać nasze własne pogo, niczym piłka pinballowa odbijając się od Czechów, którzy pełnili rolę bumperów i ramp. Ba, wydawali nawet podobne odgłosy do stołów bilardowych, najbliżej tematyki huligańskiej - na efekty dźwiękowe składały się czeskie bluzgi i odgłosy kopania nas.

Cel jednak uświęca środki - tą metodą udało nam się pokonać aż połowę dystansu, nim natrafiliśmy na barierę, której nijak nie dało się sforsować. Pozostało więc zakasać rękawy i poddać się zabawie, zapominając o drętwocie otaczających nas południowych sąsiadów.

Metallica grała dosyć podobną setlistę na koncertach w ramach tej trasy, z drobnymi ustępstwami na kawałki które nie były grane na poprzednim koncercie w danym kraju. Tak samo więc jak setlista chorzowska różniła się jak tylko mogła od tej z 2004 roku, podobnie był z praską. Symulacja przeprowadzona przeze mnie przed gigiem pozwoliła dość precyzyjnie określić, czego na pewno nie usłyszymy. Na pewno więc można było wykluczyć: Fuel, Harvestera, Sanitarium, Roam i Whiplasha. Ale po kolei.

Ponieważ w 2004 roku na drugim miejscu zagrany był Fuel, tym razem przyszła pora na Bellz. Nie przeszkadza mi to, pomimo że kawałek słyszany był już z milion razy. Na koncertach jednak zawsze dobrze się sprawdza. Nie ma to jak ciężki basik Roba w tym kawałku, a także niezapomniana melodyjka grana podczas intra.

Trzeci kawałek to na tej trasie prawie zawsze Ride - tak też jest tym razem. Nie mógł zastąpić go Roam, słyszany na gigu w 2004. Zresztą Ride to jest taki killer że jak dla mnie mógłby być w setliście zawsze. Chociażby ze względu na wspaniałą środkową część z solówką Kirka i świrowaniem Larsa - która nigdy nie wychodzi dwa razy tak samo!

Czwarty kawałek to pierwsza zmiana w porównaniu z chorzowską setlistą. Zamiast Harvestera usłyszeliśmy The Four Horsemen. Tutaj akurat obyło się bez squirtu, bo jakoś ten kawałek jest mi dość obojętny. Trudno jednak odmówić mu uroku i świetnych riffów.

Następnie slot balladowy i to był po raz drugi (i ostatni na tym legu!) Unforgiven. Kawałek także zawsze ciepło witany na gigach, brzmi bardzo monumentalnie. No i fantastyczne brzmienie gitary akustycznej Jamesa: ciary. Kawałek ten słyszałem na żywo dopiero po raz trzeci (po raz pierwszy w Berlinie w 2006 roku).

Następnie, podobnie jak w Chorzowie, Justice. Chłopaki zaczęli grać ten kawałek po 18-letniej przerwie w 2007 roku i wygląda na to, że na stałe zadomowił się on w setliście. Trzeba przyznać, że na żywo daje radę i nie dłuży się tak, jak na płycie :).

Potem kolejny odgrzebany po latach kawałek czyli Devil's Dance, który po raz pierwszy usłyszeliśmy w Chorzowie. Tutaj po raz kolejny Rob nadaje ciężkości temu utworowi, dzięki mocnemu marszowemu intro na basie. Tutaj trzeba także wspomnieć o dość solidnej wtopie Larsa, gdy trochę za wcześnie skończył on jedno z przejść, ale szybko się poprawił :).

W kolejnym slocie w Chorzowie słyszeliśmy Disposable - kolejnego killera, którego uwielbiam. Tutaj jednak niespodzianka - No Remorse zagrany w Europie po raz pierwszy od początków trasy St. Anger czyli 2003 roku! Miła niespodzianka, ten kawałek zawsze dobrze sprawdza się setliście. Headbanging gwarantowany!

Następnie drugi slot balladowy, i całe szczęście - zamiast Sanitarium usłyszeliśmy Fade. Dopiero trzeci raz na żywo! Stanowczo za mało przy nieźle przejedzonym już Sanitarium. Fade jak zwykle brzmi głęboko i mięsisto na żywo - miód na uszy! Szkoda tylko że Lars przestał bawić się otwieranym hihatem, ale nie robi tego już od 2005 roku.

Po Fade tradycyjnie Master - tu nic nie zaskakuje, jak zwykle tylko publiczność dostaje szału i żywiołowo śpiewa refreny (nawet ta czeska!). Potem kolejna zmiana na dobre w porównaniu z chorzowską setlistą - zamiast Whiplasha mamy niezwykle mocne i energetyczne wykonanie Damage Inc.

Następnie krótkie solo Kirka na czystym brzmieniu (tym razem "nieco" lepsze niż w Chorzowie :)) i seria klasyków - NEM, Sad, One i Sandman. Tutaj nie ma się co po raz kolejny rozpisywać na ten temat. Z jednej strony troszkę przynudza ten fragment koncertu, a z drugiej trudno wyobrazić sobie gig bez nich. Można także wspomnieć dosyć karygodną wpadkę Jamesa na początku One. W pewnym momencie złapał on niewłasciwy akord. Początek One to jeden z najczęściej niweczonych przez chłopaków fragmentów koncertu :). W Chorzowie też była wtopa (aczkolwiek tam James wybrnął z niej nieco zgrabniej :)).

Bisy to nadzieja na kolejne niespodzianki, ale coś na tej trasie chłopaki postanowili postawić na sprawdzone kawałki. Słyszymy więc ponownie Last Caress i So What, które są wprawdzie świetne, ale niestety trochę krótkie. A na sam koniec tradycyjnie Seek. Dużo ognia i zabawy.

Tak dotarliśmy do końca gigu w Pradze, ale tak naprawdę te dwa koncerty były dopiero przedsmakiem tego, co czeka nas we wrześniu. Czyli - wielka premiera Death Magnetic z dwoma specjalnymi koncertami: w Berlinie i w Londynie - i na oba się wybieramy! Czy może być bardziej gorąco? Szczegółowe relacje z tych wydarzeń zostaną przeze mnie napisane i zamieszczone zaraz po powrocie z Anglii, czyli po 18 września. Będzie co czytać i co wspominać!

www.000webhost.com