HEY
06.06.2009
Wyspa Słodowa
Wrocław
____________________

GALERIA

____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
22.06.2009

Nie mogło zabraknąć tego lata wizyty na koncercie Hey - wprawdzie czasy zaliczania dziesięciu koncertów rocznie już minęły, ale miło przypomnieć sobie klimat tamtych dni - zwłaszcza pamiętnych wakacji AD. 2006 :). Pomimo deszczowej pogody, atmosfera była gorąca. Postanowiłem zaszaleć jak za dawnych czasów i wpakowaliśmy się pod samą scenę, nie bacząc na konsekwencje.

Może właśnie dzięki pogodzie nie było to takim problemem, jak zdarzało się wcześniej, gdyż w przerwie po koncercie Myslovitz towarzystwo odpowiednio się przerzedziło. A z moim nastawieniem do tego zespołu trzymałem się z daleka od sceny, dopóki nie przestali grać. Chociaż muszę ich za jedną rzecz docenić - potrafią sprawić, że wydaje się, że ich piosenki ciągną się w nieskończoność, i wcale nie trzeba do tego palić trawy.

Oczywiście na sam koncert ludzie licznie zeszli się z powrotem pod sceną. Zaczęło się klasycznie i melancholijnie - od mojej ulubionej Ja Sowa, w odświeżonej aranżacji. Oczywiście w składzie dwuosobowym - na scenie tylko Żaba i Kasia. Po tym krótkim akustycznym wykonaniu Kasia kwieciście przywitała się z wrocławską publicznością, informując, że na ten koncert mogłaby przyjść "w kapciach", ponieważ od 2 tygodni mieszka we Wrocławiu nieopodal. Wprawdzie nie padło wyjaśnienie, skąd ten stan rzeczy, ale wtajemniczeni wiedzą, że jest to nierozerwalnie związane z nagraniami wokali na nową płytę, która ma ukazać się na jesień.

Dla mnie osobiście, najlepszym punktem koncertu było Cudownie - zresztą z otwartymi ramionami przyjmuję wszystkie utwory z mojej ulubionej płyty Ho, ale ten kawałek należy do tych na wiele lat zapomnianych i do tych, które wróciły do repertuaru przy opazji jubileuszowego jarocińskiego koncertu. Deszcz wprawdzie nie lał aż tak mocno, ale silne wspomnienia z jednego z najlepszych koncertów, na jakich byłem, udało się przywołać niezwykle skutecznie. Podobnie jak z niesamowitego MTV Unplugged (tego pierwszego), a to nie za sprawą ogranego do bólu Teksańskiego, lecz Angelene. Kasia tym razem odeszła od naśladowania maniery Agnieszkowej w drugiej zwrotce i chwała jej za to - dopiero teraz ten utwór brzmi tak, jak powinien - zaśpiewany w całości w jej stylu.

Texan oczywiście też był, ale gdzieś w środku setu, ku mojemu zaskoczeniu. Drażni mnie trochę fakt, że ciągle grana jest wersja Unplugged - te aranżacje powinny pozostać wyłącznością tamtych wykonań, a na regularnych koncertach chętniej widziałbym klasyczną wersję.

I jak to Hey - koncertowe przeżycia wszelakiej maści. Były momenty lirycznego wzruszenia, na takich utworach jak Cudzoziemka, Mru Mru (piękne wykonanie tego wieczoru), czy Byłabym. Były momenty beztroskiego skakania na [sic!], Cisza, Ja i Czas czy A Ty? Były momenty zdzierania gardła na Eksperymencie, Muce czy Zazdrości. Czyli wszystkie elementy dobrej zabawy na koncercie Hey. Przydałoby się pójść na jeszcze jeden koncert, może uda się nawet wcześniej niż nadejdzie promo nowej płyty. Taka atmosfera jest nie do odtworzenia nigdzie indziej.

000webhost logo