PARAMORE
04.12.2009
Columbiahalle
Berlin
____________________

GALERIA

MEET & GREET

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
09.12.2009

14 miesięcy trwało oczekiwanie na pierwszy koncert Paramore w Europie, odkąd odkryliśmy ten zespół. Po koncercie w Monachium, który odbył się 1 września, cała reszta potoczyła się już lawinowo. Zaledwie po kilku dniach ogłoszono daty europejskiej trasy promującej nową płytę. W międzyczasie zdążyliśmy zapisać się do oficjalnego fanklubu, żeby mieć swobodny dostęp do biletów przed premierą i szansę na wylosowanie M&G. Prawo przyciągania sprzyjało nam od samego początku - wszystko poszło po naszej myśli, a oprócz Berlina, postanowiliśmy wybrać się także do Kolonii. Bo wątpliwości, że warto zobaczyć Paramore więcej niż 1 raz na tej trasie, nie mieliśmy żadnych.

Oczywiste było, że taki koncert, jak ten w Monachium, już się nie powtórzy. Ciasny klub dla 200 szczęśliwców, bezpośredni kontakt z muzykami umożliwiający przybicie piątki - trudno było sobie wyobrazić, żeby ten wieczór przebić koncertem w większym obiekcie. Tym bardziej, że lokalizację przekładano aż dwukrotnie (!) ze względu na nadspodziewanie wysokie zapotrzebowanie na bilety. Niewiele większy od Ampere Columbia Club wyprzedał się bardzo szybko, koncert przeniesiono więc do Huxley's Neue Welt. Tam jednak również zabrakło biletów, ostatecznie przeniesiono więc imprezę do Columbiahalle. Koncert został wyprzedany po raz trzeci, ale na szczęście nie zdecydowano się przenieść go do O2.

Dzięki obecności w fanklubie, zarówne mnie, jak i Fixxxerowi, udało się wygrać wejściówki na M&G. Ponieważ mogliśmy zabrać kogoś ze sobą, na spotkaniu obecny był także Arkapa, dzięki czemu cała ekipa miała okazję poznać osobiście Hayley, Josha, Zaca, Jeremy'ego i Taylora.

Zanim to się jednak stało, musieliśmy dostać się do Berlina. Tu nie obyło się bez małych przeszkód. Nie będę zanudzał szczegółami, ale przez wizytę kibiców na dworcu kolejowym przy lotnisku Schonefeld, o mało nie spóźniliśmy się na spotkanie. Jakaś wyższa siła jednak nad nami czuwała i gdy już mieliśmy nie zorientować się, że należy się przesiąść w metrze drugi raz, Fixxxera coś tknęło i na 20 sekund przed stacją skminiliśmy, że tu należy zmienić linię.

Dobiegliśmy na miejsce w ostatniej chwili. Oczywiście okazało się, że nikt nie przyszedł po nas punktualnie (fani mieli zostać zgarnięci przez obsługę dokładnie o 18). Ale po paru minutach ochrona już prowadziła nas tylnym wejściem do klubu. Myślałem, że długo będziemy czekać na zespół, ale koleś z obsługi nie skończył nawet tłumaczyć zasad, patrzę, a tu idzie ktoś, kto wygląda jak Hayley... I jeszcze kilka osób, wyglądających jak zespół... Wszystko działo się tak nagle, że nawet nie było czasu się nad tym zastanowić! W popłochu zażyliśmy tik taki i w myśl zasady, że najlepsze zostawia się na koniec, ustawiliśmy się na końcu kolejki, do której członkowie zespołu podchodzili po kolei.

Na pierwszy ogień Zac - sympatyczny, ale mało rozmowny koleś, w zasadzie podpisał tylko co miał do podpisania i koniec. Następnie Josh - zawsze "nieśmiały" na koncertach, okazał się być sympatycznym i wygadanym kolesiem. Ucieszył się na wieść, że jesteśmy z Polski. Przekazałem w jego ręce także prezenty dla zespołu w imieniu polskich fanów. Był trochę zaskoczony wiadomością, że zespół w Polsce ma dużo fanów i że czekają na ich koncert. Zaproponowałem, że może w przyszłym roku zespół przyjechałby do Polski, na co Josh odpowiedział, że bardzo chętnie i że porozmawia o tym z ich agentem koncertowym.

Następnie podszedł Taylor, z którym Fixxxer przywitał się słowami "Hello Kirk Hammett from Metallica!", co zaowocowało wesołym ożywieniem atmosfery i krótką rozmową na temat rzeczonego zespołu. Zaproponowałem, żeby zespół zagrał kiedyś cover Metalliki, ale skromny Taylor powiedział, że nigdy nie osiągnie takiego poziomu, jak Kirk.

Po chwili jednak nogi zrobiły mi się jak z waty, bo zbliżała się Hayley. Moment się trochę przedłużał, bo dziewczyna, która była przed nami, wpadła w histerię i nie mogła wydusić z siebie słowa. Hayley jednak cierpliwie czekała, aż dziewczyna się wysłowi. W końcu przyszła nasza kolej. Moment, na który wszyscy dłuuuugo czekaliśmy. Najpierw Fixxxer, potem ja i na koniec Arkapa. Przekazaliśmy prezenty i... złamaliśmy kilka zasad M&G, dzięki czemu nasze spotkanie miało zdecydowanie bardziej bliski i prywatny charakter. Swoją rozmowę z Hayley zachowam dla siebie, napiszę tylko, że jest to najcieplejsza osoba, jaką kiedykolwiek poznałem.

Po Hayley był jeszcze Jeremy, ale byłem w takim stanie, że ledwo trzymałem się na nogach, w związku z czym (wstyd się przyznać..) trochę go zignorowałem. Fixxxer jednak poinformował także jego, że jesteśmy z Polski, na co Jeremy zareagował bardzo entuzjastycznie, najwyraźniej myśląc, że to gdzieś na końcu świata, bo pytał, jak to daleko. No cóż, nie tak daleko, drogi Jeremy. Miejmy nadzieję, że przekonasz się w przyszłym roku, gdy będziecie grali tutaj koncert.

Po podpisywaniu i pogawędkach przyszła pora na wspólną fotkę, którą możecie podziwiać w galerii. Na fotce ze mną Hayley ma trochę dziwną minę, bo oczywiście aparat musiał się zaciąć i Arkapa nie mógł zrobić zdjęcia :).

Po spotkaniu zostaliśmy zgodnie z obietnicą odeskortowani na początek kolejki, a nawet za nią. Pozwolono nam ustawić się już za barierkami, pod bramą do klubu. To samo obiecywano nam po soundchecku z Green Day'em, jednak słowa nie dotrzymano i po prostu wyrzucono nas z obiektu, a my sami musieliśmy się martwić, jak dostać się do kolejki. Miło, że fanklub Paramore traktuje fanów lepiej.

Oczekiwanie na wejście nie trwało długo - po chwili już biegliśmy do pierwszego rzędu. Barierki w naszych rękach, w najbardziej dogodnym miejscu - dokładnie między Joshem, a Hayley. Pozostało przeboleć jakoś supporty, o których nie mieliśmy w ogóle żadnego pojęcia.

Gdy jednak na scenie pojawiły się młode dziewuszki trzymające gitary i nienagannie ubrane, uśmiechnęły nam się michy, bo zapowiadało się, że nie będzie tak źle, jak mogłoby się wydawać. Now, Now Every Children nie było może żadną rewelacją, ale zgodnie stwierdziliśmy, że był to najlepszy support przed dużym koncertem, jaki mieliśmy okazję widzieć. Trudno się z tym nie zgodzić - prawdziwie "tru"-metalowe zespoły pokroju Machine Head przed Metalliką na ogół strasznie męczą. No cóż, trochę przestało nas bawić podziwianie wielkich, grubych, starych, długowłosych, spoconych facetów, machających łbami podczas terkającej z prędkością światła podwójnej stopy. Trochę ta typologia godzi w nasze poczucie estetyki w chwili obecnej. Jesteśmy na to zbyt infantylni :)

Organizacja była bardzo sprawna. Zaraz po krótkim występie, dziewczyny same sobie zwijały sprzęt i już po kilku minutach grali Paper Route. Jak zobaczyłem gitarzystę/wokalistę z reklamy Marlboro trochę się zląkłem... Jak wydobył z siebie cieniutki gejowski głosik jednak, to trudno było się nie uśmiechnąć. Ale dobra, wyglądali jak wyglądali... Niestety muzycznie okazali się bodaj największym nudziarstwem, jakie słyszeliśmy. Naprawdę, Children zaprezentowali o wiele ciekawszy występ. Plastikowy, mdły do bólu pop, członkowie zespołu jakby dobrani z innych kapel... Niewiem kto to wymyślił. Ale koleś z reklamy Marlboro do pary z jakimś cherlawym pseudo-raperem w bluzie z kapturem to naprawdę przedziwna kombinacja. Koncert był na tyle porywający, że przez większość czasu wpatrywałem się w światełko na wzmacniaczu. Jedyny ciekawszy moment był, gdy jeden z członków zespołu wyszedł do tłumu z... cymbałkami (sic!), położył je na widowni i grał przez... niewiem, jakieś 10 sekund.

No i na koniec YouMeAtSix. Dosyć ciekawa kapela z Wysp Brytyjskich. Wokalista niepotrzebnie może małpował zachowanie Hayley na scenie, bo muzycznie koncert był ogólnie OK. Basista wyglądający jak Ozzy i perkusista - nawet niezłe ciacho. Łapałem z nim dobry kontakt wzrokowy i nawet fajnie grał. Na początku wprawdzie było trochę problemów technicznych - co chwilę padała część nagłośnienia, aż w końcu padło całkowicie. Wokalista rzucił mikrofonem o scenę i poszedł za kulisy. Po chwili wrócił, wszystko wróciło do normy i zespół kontynuował koncert. Oglądanie ich nie było nawet aż takie bolesne. Publiczność euforycznie bawiła się na świetnie zrobionym coverze średniej piosenki beznadziejnej piosenkarki - Poker Face niejakiej Lady Gaga. Jeśli ktoś nie zna tej piosenki, to nie radzę zapoznawać się z oryginałem. Od biedy można zapoznać się z wersją You Me At Six, ale jej wersja studyjna też jest przeciętna. Dopiero wersja koncertowa robi wrażenie, z bardzo dobrym głównym riffem.

Anyway, został już tylko jeden zespół tego wieczoru... Ale za to ten najważniejszy. Trzeba było jeszcze chwilę poczekać, aż scena zostanie przygotowana dla Paramore. Oczekiwanie się nie nużyło, gdyż zająłem się w międzyczasie udzielaniem darmowych wykładów o tym, jak bycie małą dziewczynką nie upoważnia nikogo do uzurpowania sobie prawa do wyganiania wysokich ludzi do tyłu. Nie do wiary, jak bardzo bezczelnym można być w młodym wieku. Na szczęście wystarczy raz huknąć na takiego małego awanturnika, a już będzie do końca wieczoru grzeczny. Zresztą owe dziewczynki masowo mdlały przez cały wieczór, więc to była tylko kwestia czasu, aż większość z nich opuści przestrzeń pod sceną :)

W końcu zgasły światła, na scenie pojawili się Zac, Jeremy, Taylor i Josh, który rozpoczął charakterystyczną melodią nowe koncertowe intro, napisane specjalnie na tą trasę. Słyszymy w nim fragment niewykorzystanego tekstu Hayley do Brick By Boring Brick. Szkoda, że rzecz ta nie znalazła się na albumie - jest to małe dzieło samo w sobie i byłoby równie dobrym intrem do albumu, co do koncertu. Refleksyjną melodię i delikatny wokal Hayley przecinają potężne bębny, wspierane dodatkowo z boku przez Taylora, w tym czasie wokalistka odsuwa się od mikrofonu opętańczo skacząc i tupiąc, a wszystko w półmroku z postaciami muzyków oświetlonych tylnym światłem. Kapitalny efekt, rewelacyjnie nakręcający atmosferę na początku koncertu. Intro osiąga w pewnym momencie swój punkt kulminacyjny, by potem trochę "odpuścić" - przy dźwięku pojedynczych, długo wybrzmiewających akordów i rytmicznie uderzanej stopy publiczność zaczyna klaskać i ma ostatni moment by nabrać oddechu przed eksplozją energii podczas...

IGNORANCE! Zac nabija, Josh i Taylor tną główny riff, Hayley fika po całej scenie, wszystkie reflektory włączone, zaczyna się zabawa! Najlepsze jest jednak to, że długo nie muszę czekać na powtórkę mojej ulubionej sytuacji z Monachium. Zaraz na początku pierwszej zwrotki, Hayley podbiega do miejsca, w którym stoimy, rozpoznaje mnie w tłumie, wskazuje łapką, szeroko się uśmiecha i śpiewa kilka pierwszych wersów patrząc mi prosto w oczy. Następuje kosmiczna wymiana energii. Trudno wyobrazić sobie lepszy początek koncertu!

Zaraz przed drugą zwrotką, na chwilę milkną wszystkie instrumenty i sama tylko publiczność dyrygowana przez Hayley wyśpiewuje frazę "Ignorance is your new best friend!" Kapitalny moment, rzecz jest tak głośna, że wydaje się, że każda jedna osoba obecna w Columbiahalle śpiewa tak głośno jak tylko może. Zadowolona Hayley płynnie przechodzi do drugiej zwrotki: "This is the best thing, that could have happen".

Po Ignorance przyszedł czas na pierwszą piosenkę, której nie mieliśmy okazji usłyszeć wcześniej na żywo w Monachium - I Caught Myself z soundtracku do Twilight. Przyznam szczerze, że niespecjalnie wcześniej przepadałem za tą piosenką i nie sądziłem, że zespół kiedykolwiek zacznie ją grać na żywo. Jakże się myliłem! Świetny kawałek do śpiewania na koncercie. W środkowej części, podczas krótkiego sola Josha, możemy podziwiać klasyczny headbanging w wykonaniu Hayley.

Następnie Zac nabija i po chwili słyszymy monumentalne intro do That's What You Get. To prawie jak Master na koncercie Metalliki :) Tylko że tak nie przynudza :D Kolejny świetny koncertowy kawałek do śpiewania przez fanów i uradowana Hayley biegająca po scenie. Tutaj również udaje się nawiązać świetny kontakt wzrokowy, co staje się już praktycznie normą przez resztę koncertu :).

Po krótkim intrze Josha do naszych uszu dociera kolejny kawałek z nowej płyty - Looking Up, który w kontekście tekstu nabiera na koncercie zupełnie nowego znaczenia. Śpiewane w drugiej części razem z Hayley "Whoo-oo-oaa" pomiędzy wersami "I can't believe we almost hung it up" i "We're just getting started" były jednym z najlepszych momentów koncertu. Trudno także nie odnosić do tego, co się obecnie dzieje słów "It's not a dream anymore, it's worth fighting for". Najlepszym momentem jest jednak wykrzyczane przez Hayley klasyczne "WE! ARE! PAARAAAMOOOREEE!" podczas pauzy przed ostatnim refrenem.

Po krótkiej przerwie i przemowie Hayley w której dedykuje ona następny utwór wszystkim, którzy widzieli ich na żywo wcześniej - rozbrzmiewa charakterystyczny motyw na gitarze i słyszymy pierwszy tego wieczoru kawałek z All We Know Is Falling - mianowicie Emergency. Odrobina klasycznego, nieco smutnego Paramore zawsze jest mile widziana. Jest jednak w tym smutku światełko nadziei - czyli solo Josha w wolnej części - mój ulubiony moment na całym albumie. Tym razem ów motyw wsparty delikatnymi, subtelnymi wokalizami Hayley. Podczas ostatniego refrenu Jeremy podbiega do nas, szczerzy szeroko miche i rzuca kostkę prosto do Fixxxera - by po chwili, podczas ostatniego riffu, wymachiwać basem na wszystkie strony wbrew grawitacji. Czysta energia!

Zespół bezpośrednio z Emergency przechodzi w nową aranżację Crushcrushcrush, która chyba podoba mi się najbardziej z dotychczasowych. Kapitalna, ciężka, hardrockowa w najlepszym tego słowa znaczeniu. Zac pokazał kilka nowych fajnych przejść. Zmiany linii melodycznej Hayley też fajnie urozmaicają kawałek - zwłaszcza zaśpiewane niżej "alone" w wersie "all quiet evening alone". Jak zwykle środkowa część z diabelskimi różkami i chóralnym śpiewaniem.

Następnie do naszych uszu dociera kolejny, tym razem nieco spokojniejszy kawałek z nowej płyty - Turn It Off, który zadziwiająco dobrze sprawdził się na koncercie. Fajna linia melodyczna i wstawki Josha jak zwykle dają radę. Ale to znak rozpoznawczy większości utworów Paramore :) Wokalizy przed ostatnim refrenem są jednak tak zabójcze, że nie zdobywam się na odwagę śpiewania ich razem z Hayley :) Outro piosenki ponownie fajnie urozmaicone krótkimi, delikatnymi wokalizami Hayley.

Przyszedł czas na wzruszający fragment koncertu - The Only Exception, wykonywane przez Paramore regularnie dopiero od tego legu trasy (podczas trasy po Stanach wykonali go tylko raz, w rodzinnym Nashville). Piękna ballada, podczas której znów dochodzi do wymiany spojrzeń między Hayley a mną, co sprawia że po plecach spływają mi nieopisywalne ciary. Końcowy refren Hayley pozwala śpiewać samej publiczności, co wraz z palącymi się zapalniczkami daje piękny efekt - lepszy niż NEM :) Szkoda tylko, że mój ulubiony moment drugiej zwrotki - "And up until now I had sworn to myself that I'm content with loneliness" spędzam nie śpiewając, ale wydostając nad swoją głową mdlejącą panienkę :) Ale to było normą podczas tego koncertu, działo się dosłownie kilka razy w każdym utworze. Wracając jednak do The Only Exception, ponownie, piękne wokalizy w mostku, który jest zarazem najlepszym momentem utworu i jednocześnie popisem wokalnym Hayley.

Ale dosyć tego romantyzmu, bo oto nadchodzi Pressure! A wiadomo, tutaj Paramore zamieniają się w cyrkowych akrobatów :) Słynnego flipa nie mogliśmy zobaczyć w Monachium, gdyż klub był niebezpiecznie mały na takie ekwilibrystyczne ekstrawagancje. Najpierw jednak cała druga zwrotka zaśpiewana wyłącznie przez berlińską publiczność - o dziwo ludzie znali tekst i wyszło świetnie! Podczas ostatniego refrenu Hayley kładzie się tyłem do publiczności na odsłuchu, by było dobrze widać, co się dzieje - po flipie Josh podbiega do nas i cieszy miskę, najwyraźniej będąc zadowolonym z naszej entuzjastycznej reakcji :)

Następnie Zac nabija a nasze uszy miażdży ciężki riff - jak się okazało obaj sobie wtedy z Fixem pomyśleliśmy: co to Whiplash? Ale po chwili Hayley zaczęła śpiewać pierwszą zwrotkę i już poznałem utwór - okazało się, że oto nadszedł najbardziej wyczekiwany przeze mnie fragment koncertu, z moim ulubionym Careful. Po prostu pod sceną było tak głośno że ciężko był rozpoznać riff :) Najciekawsza chyba instrumentalna aranżacja, Josh pozwalający sobie na większe niż zazwyczaj headbangowanie i Hayley śpiewająca tekst rewelacyjnie podsumowujący naszą obecną filozofię życiową - moc! Podczas kończącego refreny "mooore" nie mogłem zdecydować, czy świrować pawiana do Hayley, zapodającą chyba najciekawszą linię melodyjną na albumie, czy na Zaca, który wyciska z siebie siódme poty szesnastkami na hihacie i werblu. Przydałoby się mieć zeza rozbieżnego i podzielność uwagi zarazem! LOL

Czas na odrobinę hedonizmu w najczystszej postaci. Czyli utworu, który ochrzciliśmy z Fixxxerem mianem naszego nowego hymnu - Where the Lines Overlap. Czy muszę mówić, dlaczego tak się stało? Kolejny rewelacyjny kawałek koncertowy, w którym publiczność jest chyba ważniejsza niż nawet sam zespół. Śpiew był tak głosny, że myślałem, że zdmuchnie dach w Columbiahalle. "No one is as lucky as us" - tekst, z którym na równi może identyfikować się zarówno zespół, jak i fani, przeżywający wspólnie piękne chwile celebrując muzykę na żywo! Nie można zapomnieć o nowym zakończeniu utworu, w którym zamiast Hayley na klawiszach, kończącą melodię śpiewają fani!

Przed Decode krótka wypowiedź Hayley, w której wspomina m.in. o fanach, którzy jeżdżą na więcej niż jeden koncert.. Pokazując przy tym kilka konkretnych osób, no i cóż mogę rzec chyba pokazała też na nas (czego szczerze mówiąc nie zauważyłem wtedy, ale filmik z youtube nie kłamie LOL). Josh zaczął coś mówić do mikrofonu z tyłu, nie było go słychać na przodach, ale słychać było w odsłuchu Hayley, więc przerwała przemowę, po czym powtórzyła za Joshem "Germany is awesome". Następnie dokończyła myśl i podziękowała tym, którzy jeżdżą na więcej niż jeden koncert i w ten sposób wspierają zespół. Potem usłyszeliśmy świetną wersję Decode i zespół zszedł ze sceny.

Długo nie trwało wywoływanie na bisy, w trakcie którego techniczni wnoszą siedzenia. Przed akustycznym fragmentem koncertu, jakaś dziewczyna wyciąga aparat w kierunku sceny. Hayley podchodzi do niej i pyta się czy zrobić jej zdjęcie. Ochroniarz podaje aparat, wokalistka robi zdjęcie i oddaje aparat dziewczynie, po czym siada na skrzyni z przodu i mamy akustyczny występ z prawdziwego zdarzenia - piękne Misguided Ghosts, podczas którego Hayley zapomina znowu tekstu i już robi się wesoło na scenie. Piosenka zaśpiewana kapitalnie, zarówno przez Hayley jak i berlińska publiczność.

Po chwili rozbrzmiewa mariachi intro - nieco przedłużone, podczas którego Josh trochę wygłupia się na gitarze. Dałem się nabrać i myślałem, że to takie extended version :) Fixxxer wyprowadził mnie z błędu. Mizbiz to oczywiście czyste szaleństwo - Hayley biega i się wygłupia, publika głośno śpiewa. Fajny moment mamy na pierwszej zwrotce - podczas "hourglass" Hayley podchodzi do nas i robi charakterystyczny "klepsydrowy" gest, a wtórujemy jej ja i Fixxxer - co zostaje skwitowane szerokim bananem na jej twarzy :) Kapitalnie przekomiczny moment jak zaraz przed ostatnim refrenem, pod koniec solówki Josha, Hayley próbuje kopnąć w tyłek uciekającego Jeremy'ego, a potem z ledwością zdąża podbiec do sceny w odpowiednim momencie :) Nie mniej urocze są zmiany linii melodycznej w ostatnim refrenie - za każdym razem śpiewa to prawie zupełnie inaczej.

I klamra łącząca intro z końcem - czyli Brick By Boring Brick, prawdopodobnie najlepsza obecnie piosenka w dorobku Paramore. Przemyślana pod każdym względem, ze świetnymi partiami do odśpiewania przez całą publiczność. Nawet w tak nowym utworze słychać już delikatne zmiany linii melodycznej u Hayley. W ostatniej partii na scenę wlecieli muzycy występujący w supportach i był jeden wielki karnawał. Cała sala śpiewała ostatnie "parapa para pa para" i koncert skończył się w atmosferze hucznego finału hucznej imprezy. Zabrakło tylko jakiegoś pyro albo czegoś takiego :). Podczas żegnania się z publicznością stała się rzecz bez precedensu - Zac, rzucający na ogół tylko parę pałeczek gdzieś daleko w publiczność, podszedł z jedną pałką do Arkapy i wręczył mu bezpośrednio - w nagrodę za airdrumming przez prawie cały koncert. Nigdy nie widziałem Arkapy tak szczęśliwego! Należało mu się.

Wypadałoby podsumować jakoś koncert, ale przecież to dopiero pierwsza część tej opowieści. Magii ciąg dalszy dział się dwa dni później w Kolonii - ale o tym w następnej relacji! Stay tuned!

Fixxxer
10.12.2009

Wyjątkowo dużo odniesień do Metalliki, ale trudno się dziwić. Jakiś rok temu zamartwialiśmy się z Kotem czego będziemy słuchać za 5-10 lat gdy Metallica odejdzie na emeryture. Dziś już mamy pewność, że w naszych sercach jest następca, który poważnie naruszył Metallowe fundamenty.

Co do samego koncertu nie mogę nie wspomnieć o Bełkoczącym Wieśniaku - aka Jeremy. Mimo, że uważalismy go jako jednego z bardziej zbędnych członków zespołu, przykuł moją uwagę już w Monachium, lecz tym razem nastąpiło jakieś połączenie myśli. Mimo, że za wiele z nim nie pogadałem czułem wyraźnie, że to swój chłop! Co dał mi odczuć na koncercie kilkakrotnie podchodząc w okolice sceny, której staliśmy, by za każdym (!) razem poświrować i uśmiechnąć się do siebie - jakkolwiek gejowsko by to nie zabrzmiało ;)

Hayley - niesamowicie mała osóbka obdarzona niespotykaną energią i ciepłem, którym emanuje na każdego w jej otoczeniu. Nie mogło odbyć się bez spełnienia marzeń - pier*olenia zasad m&g! i jej przytulenia xD

Fanty wyniesione z koncertu to kostka rzucona przez Jeremiego i przez Josha (ta w sumie należy po części też do Arkapy, ale on ma pałkę Zaca haha :)) i na końcu wyprosiłem jeszcze jedną kostkę od technicznego.

Strasznie żałowałem, że sam nie mogłem udać się do Kolonii, spróbuję to nadrobić kolejną wyprawą do Londynu 18.12. bez biletu, bez pewności, że wejdę na koncert. Mam nadzieję, że The Law of Attraction nie zawiedzie i tym razem i będę mógł się za kilka tygodni śmiać i cieszyć z zaistniałej sytuacji.

Arkapa
13.12.2009

Nasza podróż z Polski zaczęła się jak zwykle z opóźnieniem, tym razem dwugodzinnym. Przez to nasze „grzebanie się” była obawa, że nie zdążymy na M&G… Gdy już dojechaliśmy do hostelu, mieliśmy pół godziny na dotarcie na miejsce koncertu. Na szczęście w metrze, gdy już jechaliśmy, jakaś wyższa siła, kazała Fixxxerowi w odpowiednim momencie spojrzeć na rozpiskę połączeń – nagle krzyknął, że chyba powinniśmy się przesiąść :). To spowodowało, że byliśmy na miejscu prawie o czasie.

Gdy weszliśmy na M&G nawet nie zdążyłem sobie w głowie poukładać co chciałbym powiedzieć do Hayley i innych… w ogóle nic nie zdążyliśmy zrobić, po sekundzie wyszła Hayley tańcząc swoje słynne „stoję w miejscu, ale wyglądam jakbym szła do przodu”… Przy przywitaniu oczywiście musiałem się zamotać i najpierw podałem rękę Hayley, a gdy ona zaczęła się śmiać to ją przytuliłem, to była dosyć wesoła sytuacja. Hayley była naprawdę zainteresowana tym co fani mają do powiedzenia, również Josh był podjarany i cieszył się, że przyjechaliśmy z Polski.

Koncert był zajebisty, stanie w pierwszym rzędzie jest najlepszym miejscem do zabawy. Cały koncert oczywiście wymachiwałem rękoma w rytm perkusji, co zostało zauważone przez Zaca. W jednym z ostatnich utworów widziałem, że spojrzał na mnie i się uśmiechnął. Po koncercie oczywiście chciałem złapać jakąś zdobycz, starałem się o kostkę Josha… taka mała pierdółka, którą naprawdę ciężko złapać, a zdarzyło się tak, że ja i Fixxxer złapaliśmy ją oboje, trzymając ją dwoma palcami… Josh do mnie ją rzucał, ale odpuściłem Fixxxerowi, bo myślałem, że rzuci ponownie. Tak się jednak nie stało, więc lekko zawiedziony, odwracam głowę i widzę Zaca, który idzie w moim kierunku i niesie pałeczkę… Domyśliłem się, że chodzi tu o podziękowanie za moją zabawę koncertową. Było to naprawdę miłe, gdyż nigdy takich numerów Zac nie robi…

Podjarani wracaliśmy do hostelu, na szczęście następnego dnia rano czekała nas kolejna podróż do Kolonii, na kolejny koncert Paramore, bo czuliśmy pewien niedosyt.

 

blog comments powered by Disqus



000webhost logo