PARAMORE
06.12.2009
Palladium
Köln
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

RELACJA

Kot
11.12.2009

W nocy przed berlińskim koncertem Paramore - 3 godziny niezbyt spokojnego snu. Po koncercie poszliśmy się jeszcze posilić gumowym mięsem do McD i byliśmy w hostelu ok. 2.00. Po szybkich prysznicach i małych porządkach (wychodziliśmy na koncert w takim popłochu, że nasze rzeczy były rozsypane po całym pokoju, a tak właściwie to moje) położyliśmy się ok. 3.00, ale byliśmy tak podekscytowani minionym dniem, że jeszcze jakąś godzinę z Fixxxerem nawijaliśmy. W objęcia Morfeusza rzuciłem się ostatecznie ok. 4.00, by już o 5.00 obudził mnie budzik. Trzeba było wstać i mykać na lotnisko, by zdążyć na samolot do Kolonii.

Kilkuminutowej drzemki w samolocie, czy w busie do miasta nie liczę, bo to nie jest prawdziwy sen. Wychodzi więc na to, że w ciągu 48 godzin zażyłem jakieś 4h snu. Co ciekawe, wcale tak bardzo tego nie odczuwałem. Wciąż silne emocje po spotkaniu z zespołem i koncercie w Berlinie, a także ekscytacja przed powtórką tej zabawy w Kolonii, trzymały mnie przy życiu.

Kolonia to piękne miasto z monumentalną katedrą, szkoda, że zabrakło czasu, by dokładniej zwiedzić okolicę. Miejsce tego koncertu także było zmieniane, ze względu na duże zapotrzebowanie na bilety. Pod Palladium byliśmy krótko po 11.00, tak, by zająć czołowe miejsce w kolejce. Uznaliśmy, że taka pora wystarczy, tym bardziej, że jest już prawie zimowa pora roku, więc ludziska chyba nie będą zbyt chętne na koczowanie pod bramkami. Jakże się myliliśmy. Pod venue koczowało już ok. 50 osób! Muszę przyznać, że Paramore mają najbardziej oddanych fanów. Na GD w Berlinie też byliśmy w okolicach południa i było zaledwie kilka osób. Ba, dopiero ok. 15.00 ustawiono barierki! A to były jeszcze resztki lata! Bardzo ciepły i słoneczny dzień. Na Metallice w Lipsku zjawiliśmy się popołudniu i też bez problemu zajęliśmy miejsce przy samych bramkach. Szok!

Nie pozostało nic innego jak zająć dogodną pozycję i uzbroić się w cierpliwość. Wpuszczać mieli o 19.00, więc czekało nas - bagatela - prawie 8 godzin czekania. Nieco krócej niż w Monachium, ale weźmy poprawkę na to, że tym razem musieliśmy cały czas stać, a do tego było dosyć chłodno i cały czas dokuczały nam przelotne opady. Wiedziałem jednak, jak sobie z tym poradzić. Wśród licznie przybyłych młodych niewiast, zwłaszcza jedna zwróciła moją uwagę swoją urodą. Nie tracąc czasu na nudne szczegóły, po paru godzinach ustawiony byłem już tak, że owa niewiasta ogrzewała mnie własnym ciałem, jednocześnie trzymając mi parasol nad głową. W pewnym momencie odezwały się we mnie resztki człowieczeństwa i zaproponowałem, że mogę potrzymać trochę parasol. Dziewczyna jednak nie chciała dopuścić, bym się przemęczał. To rozumiem! :)

W kolejce oczywiście spotkaliśmy kilka znajomych twarzy - sympatycznego rudego Anglika, który obecny był w Monachium, a także niemiecką ekipę, obecną tak w Monachium, jak i dwa dni wcześniej w Berlinie. Było wesoło i o dziwo tyle godzin stania nie zemściło się brutalnie na moim kręgosłupie, jak to bywało wcześniej.

Inna rzecz natomiast wzbudziła nasze poważne wątpliwości. Po drugiej stronie chodnika stała ekipa, czekająca na M&G. Tyle że... Było tam ok. 50 osób. Ok. 18.00 wpuszczono pierwsze 10 osób z osobami towarzyszącymi (prawdopodobnie fanklub - standardowo). Potem jednak cyklicznie wpuszczano po 10 osób i w ten sposób weszło całe 50 osób! Nie mam pojęcia kto to był, może jacyś zwycięzcy konkursu. Byłem jednak przerażony, mając na uwadze to, że my - uczestnicy M&G w Berlinie - zostaliśmy wpuszczeni pod barierki przed pozostałymi.

Pikanterii tej sytuacji dodała niezbyt ciekawa sytuacja w kolejce. W pewnym momencie oddzielono wstęgą pierwsze 40 osób. Okazało się, że Ci, którzy byli tam wcześnie rano (jeszcze przed nami!) dostali swoje numerki - potem tłum się wymieszał, ale przyszedł ochroniarz i oddzielił pierwszą czterdziestkę od reszty fanów. Byłem coraz bardziej zaniepokojony! Byliśmy tam od rana, cierpliwie wyczekując, pilnując swoich miejsc - bez ciepłych posiłków i wizyt w toaletach. Tymczasem szansa na spędzenie koncertu pod barierkami oddalała się coraz gwałtowniej!

Nic na ciepło nie udało się zjeść, pochwały jednak należą się organizatorom za to, że rozdawano w kolejce gorącą herbatę. Ciepły napój bardzo rozgrzewał po kilku godzinach spędzonych na mroźnym powietrzu! Nie obyło się bez zabawnych scen: w pewnym momencie Arkapa wykonał swój sygnaturowy gest i wylał swoją herbatę na ludzi dookoła. Zdolniacha!

W tej beznadziejnej sytuacji pojawił się jednak promyk nadziei. Okazało się, że dla osób mających bilety wydrukowane prosto z internetu, jest osobna bramka. Co się okazało? Że dzięki temu minęliśmy te pierwsze 40 osób, które tłoczyły się przy pozostałych bramkach - a których jeszcze nie wpuszczono! Nas przepuszczono niezwłocznie. Mało tego - okazało się, że M&G jeszcze się nie skończyło, w związku z tym byliśmy jednymi z pierwszych osób pod sceną! To się nazywa fart! Udało się zająć drugi rząd, dokładnie na tej samej szerokości, co w Berlinie, czyli między Hayley a Joshem.

Co do samego venue, to Palladium było większym miejscem, niż Columbiahalle. To ciekawe, bo przecież w Kolonii przekładano koncert tylko jednokrotnie. Myślę, że w Niemczech Paramore bez problemu wyprzedaliby już hale typu O2.. (nie)stety. Sama scena była nieco mniejsza i węższa, natomiast hala ciągnęła się daleko w tył. Pit pod sceną był oddzielony barierką - było ładne kilka tysięcy ludzi...

Tradycyjnie oczekiwanie w kolejce mijało na zapoznawaniu się z sympatycznymi fanami (pozdrawiam urocze lesbijki spod barierki!), jak i tłumaczeniu nastoletnim dziewczynom o podejściu "mi się należy", że im się wcale nie należy.

W końcu zgasły reflektory, a na scenie pojawili się członkowie Now, Now Every Children. Łącznie z naszymi ulubienicami (tak, każdy już znalazł sobie faworytkę :D) - czyli Arkapową Britty i Kocią Jess. Koncert trochę się różnił od tego w Berlinie, ponieważ dziewczyny były inaczej ubrane (LOL). A tak serio, to bardzo miło było zobaczyć jeszcze raz koncert Childrenów. Ciekawa kapelka! Przede wszystkim, pojawiło się we mnie miłe uczucie "bycia w domu". Po prostu z miejsca spłynęła na mnie niesamowita atmosfera, która towarzyszyła mi w trakcie koncertów w Berlinie. Niesamowite! Spłynęły mi mega ciary po plecach i pojawiła się myśl: "Pie*%olę Metallikę, Meluę, Lavigne, GD i całą resztę w przyszłym roku. Wykupię całą trasę Paramore i zwiedzę cały świat". Co ciekawe, była to myśl całkiem poważna! Potem trochę mi przeszło, bo przypomniałem sobie, jak zobaczenie Heya 10 razy w 2006 roku na mnie podziałało i nie chciałbym, by to samo stało się z moim stosunkiem do Paramore.

Wracając jednak do Childrenów - Kolonijska publiczność przyjęła ich bardzo entuzjastycznie! Prawie cały czas klaskali i się bawili. Miło było zobaczyć tak dobre przyjęcie dla pierwszego supportu. Tym bardziej, że dziewczyny (i Bradley :)) sobie na to zasłużyły. No i Jess sprawiała wrażenie, jakby nas poznała - tak czy owak, było naprawdę sympatycznie.

Następnie przyszła pora na Paper Route. Niestety, byli tak samo nudni, jak w Berlinie. Na szczęście, ich koncert minął w miarę szybko. Tym razem nie było motywu z cymbałkami, było za to coś o wiele ciekawszego... Na początku koncertu wypatrzyłem na balkonie od strony backstage'u Zaca, który jakby czaił się z pałeczkami. To był zwiastun.. Gościnnego występu na ostatnim kawałku! Perkusista zszedł w trakcie kawałka, za perkę wskoczył Zac, natomiast perkusista co zrobił? Oczywiście rzucił się w tłum, surfując w lewo i w prawo i tym oto sposobem dostąpiłem (nie)przyjemności podtrzymywania jego ciężkiego, spoconego ciała! Szkoda, że to nie był ktoś z Paramore! Chociaż, szczerze mówiąc, chyba kto by to nie był, nie jest to zbyt przyjemne (i bezpieczne) zdarzenie! Wyjątkiem od tej reguły byłaby zapewne sytuacja, gdyby to Hayley rzuciła się ze sceny :) Ale zejdźmy na ziemię...

Podczas koncertu YouMeAtSix jak zwykle bez rewelacji - tyle tylko, że tym razem nie było problemów z nagłośnieniem. Jak zwykle fajnie wypadła piosenka Poker Face - myślę, że na następnym koncercie i ja sobie na niej trochę poskaczę!

Najwyższa jednak pora na Paramora :) Światło gaśnie, pojawia się Josh i zaczyna grać tą cudowną melodię, w której absolutnie zakochałem się na koncercie w Berlinie (chociaż znałem to intro o wiele wcześniej!) Po chwili wskoczyła Hayley w czapce Mikołaja (co zresztą przepowiedziałem :)) Szkoda, że zaraz po wejściu perki Zaca, zrzuciła czapkę - ale headbanging z czymś takim na głowie nie jest prostą rzeczą :) Powtórzę się, ale intro jest absolutnie genialne - spełnia swoją rolę, nakręca na koncert i jednocześnie wprowadza w nieopisywalny nastrój. Do tego jest świetną piosenką samo w sobie.

Ale dosyć smutów bo oto Zac nabija i zaczyna się IGNORANCE! Kolonijska publiczność wpada w szał, zaczyna się najbardziej hedonistyczne 1,5h jakie można przeżyć! Prawo przyciągania robi swoje i Hayley podchodzi do miejsca w którym stoję zaraz na początku pierwszej zwrotki i dzieje się dokładnie to samo, co w Berlinie - rozpoznaje mnie w tłumie, pokazuje palcem i z szerokim uśmiechem śpiewa pierwsze wersy patrząc mi w oczy. Takich momentów nigdy za wiele, dlatego będzie ich jeszcze kilka tego wieczoru :) Ale ten był wyjątkowy, ponieważ byłem "tym pierwszym" (LOL!)

Potem I Caught Myself - już od początku publika świetnie się bawi i klaszcze. Hayley pokazuje coraz to bardziej urocze układy taneczne, a ja śpiewam każde słowo razem z nią: "You've got it, some kind of magic". Świetny kawałek koncertowy, bez którego nie wyobrażam sobie teraz setlisty.

Na początku That's What You Get na scenie ląduje wielki pluszowy miś ubrany w wielką koszulę - Hayley go podnosi, chwilę z nim biega, a potem odrzucą z powrotem do publiki. Tutaj także podczas pierwszej zwrotki następuje kolejny kontakt z Hayley, a cała hala skacze i śpiewa refreny! Podczas drugiej zwrotki zaś w Josha wstąpił diabeł i gwałtownie podbiegł do Jeremy'ego prowokując do przedwczesnego.. flipa! (LOL!) Panowie ostatecznie skwitowali śmiechem całą sytuację :) Taylor zaś ostro pociska w czapce Mikołaja.

Podczas kapitalnego Looking Up nieokrzesanej radości ciąg dalszy, wspólne śpiewanie z publicznościa, ale przede wszystkim słynne powitanie: "WE! ARE! PARAAMOOOREEE!" Trudno nie dać się porwać w wir szalonej zabawy podczas tak skocznych refrenów. Oby więcej takich piosenek w repertuarze koncertowym Paramore!

Następnie jednak pora na odrobinę "staroci" w postaci Emergency. Jak zwykle najlepiej robi mi wyczekiwany moment optymistycznej solówki Josha. Jeremy zaś wywija basem na wszystkie strony, a Hayley headbanguje jak szalona. Dobra piosenka. Ale lecimy dalej, bo za chwilę jest jeszcze lepsza - Crushcrushcrush w odświeżonej wersji! Zdzieram sobie gardło śpiewając każde słowo. Następnie robi się trochę spokojniej i słyszymy Turn It Off, zaczynające się chwytliwym riffem granym przez Josha. Jedne z trudniejszych partii Hayley do zaśpiewania na żywo, ale radzi sobie z nimi świetnie.

Nadchodzi czas na odrobinę wytchnienia przy melancholijnym The Only Exception. Josh gra pełnymi akordami na gitarze akustycznej, a Taylor flaczki na czystym elektryku. Hayley urozmaica kawałek dodatkowymi wstawkami wokalnymi. Środkowa część z mostkiem wychodzi Hayley najlepiej, chwilę później refren śpiewa tylko publiczność - niesamowity moment. Na ostatnie refreny dołącza się Josh, śpiewając chórki.

Za chwilę jednak bawimy się już przy Pressure. Miło zobaczyć po raz drugi słynnego flipa z tak bliskiej odległości. Zastanawiam się, ile razy im to nie wyszło i ktoś się przewrócił na scenie. Czy w ogóle był taki moment? Zapytam następnym razem na M&G.

Wreszcie przyszedł czas na mój ulubiony kawałek - Careful. Tym razem nie pomyliłem riffu z Whiplashem :) Było odrobinę ciszej. Tak czy owak - metal w czystej postaci :) Hayley opętańczo headbanguje podczas ostatniego refrenu, cały czas nie mogę się nadziwić jak ona daje radę to robić i jednocześnie wyciągać te wysokie nutki, nie mając zbyt wiele czasu na wdech.

Następnie pora na na istny koncertowy hymn - czyli beztroskie, hedonistyczne Where the Lines Overlap, hucznie odśpiewane przez całe Palladium. Po Lines Hayley żegna się z Kolonią, mówiąc, że nie chce, żeby koncert się kończył. No i usłyszeliśmy Decode, idealne do zdarcia sobie gardła - staram się wyciągać wszystkie wokalizy razem z Hayley. Jak zwykle spore wrażenie robią na mnie świetne zmiany linii melodycznej.

Na koniec głównego setu niespodzianka - Miracle Outro, zagrane chyba po raz pierwszy na tej trasie w Europie (wcześniej tylko na gigu promocyjnym w Londynie). Przypomina trochę outro z Let the Flames Begin - zespół wpada w szał, headbanguje, skacze, leży na ziemi - przedstawienie iście teatralne. Nawet Josh zaczyna się zachowywać jak cyrkowiec, a Hayley o mało nie potyka się o statyw od mikrofonu. Skoro o Hayley mowa - pokazała kilka naprawdę imponujących wokaliz.

Zespół schodzi ze sceny, ale już po chwili wniesione zostają siedzenia - wiadomo, że zbliża się akustyczna część występu w postaci Misguided Ghosts. Tym razem Hayley pamięta cały tekst. Drugi refren pozwala zaśpiewać publiczności, co daje niesamowity efekt - publika jest głośniejsza, niż grający akustycznie zespół.

Następnie do naszych uszu dobiega mariachi intro... I po chwili zaczyna się najbardziej zwariowana wersja Misery Business, jaką kiedykolwiek widziałem! Podczas opętańczego kicania po całej scenie, Hayley wypada mikroport. Nie może nic z nim zrobić, więc wyjmuje sobie odsłuchy z uszu i wyrzuca cały zestaw koło perkusji! Niestety ma tym zajęta rękę i nie może zrobić słynnego klepsydrowego gestu podczas pierwszej zwrotki. W środkowym breakdownie jednak dzieje się coś absolutnie niespodziewanego - Paramore zamienia się w Green Day! Okazuje się, że na M&G fan poprosił o możliwość zagrania piosenki z zespołem. Życzenie zostaje spełnione! Gość imieniem Chris wchodzi na scenę, Josh oddaje mu swoją gitarę i koleś z miejsca zaczyna grać solo! Reszta zespołu nie zdążyła się podłączyć, jednak Hayley wykazuje się refleksem i na jej sygnał zaraz po solówce wchodzą w ostatni refren! Josh się trochę nudzi więc najpierw stuka sobie w bębenek z tyłu sceny, ale potem postanawia zrobić coś ciekawszego i robi dwie rozgwiazdy czy jak to tam się nazywa :D Efekt mega, cyrkowość Paramore przebiła w tym momencie nawet flipa z Pressure. Zaraz potem Josh trochę tańczy, a na koniec zeskakuje ze sceny i przebiega pod barierkami przybijając wszystkim piątki :D

Ale to nadal nie koniec koncertu! Czas na Brick By Boring Brick. Podczas drugiej zwrotki na scenie ląduje czapka Mikołaja.. z dwoma warkoczami. Hayley zakłada ją na głowę ale w zabawny sposób okazuje niezdarność względem nieco dziwnej kombinacji tego nakrycia głowy. Na koniec zwyczajowo na scenę wparowują Childreny i Paper Route! Hayley tańczy makarenę, a ostatnie "parapa para pa para" jest dwukrotnie dłużej śpiewane!

I to już koniec koncertu. Josh rzuca nam kostkę - jednak nie udaje się jej złapać. Jak to mnie, mam do tego pecha. Ale stwierdziłem, że nie wyjdę z tego koncertu bez trofeum! Ochroniarze jak zwykle dosyć szybko zaczęli wyganiać ludzi, ale byłem wytrwały i dostałem setlistę od technicznego :)

Zabawa mega, 90 minut czystego hedonizmu. Miło, że było kilka drobnych niespodzianek na ostatni koncert w Niemczech - rzadko grane Miracle Outro i cyrkowe akrobacje Josha podczas Misery Business. Wspomnieć też trzeba o momencie, kiedy Hayley zrobiła kolońskiej publiczności zdjęcie swoim telefonem ze sceny - na którym jestem dobrze widoczny :) Możecie je podziwiać w galerii.

Po koncercie udaliśmy się z Arkapą do buki z merczem (LOL), gdzie kupiłem sobie infantylną bransoletkę "DON'T BE IGNORANT", a Arkapa nie mniej infantylny karabińczyk z logiem zespołu. Gdy wyszliśmy z venue, trwało spotkanie z supportami. Kupiliśmy płytę Childrenów w okazyjnej cenie 5 euro, po czym podeszliśmy do nich pogadać chwilę, wziąć podpisy na płycie i zrobić sobie pamiątkową fotkę. Zasłużyli sobie na to!

Tyle refleksji ciśnie mi się na klawiaturę po tych dwóch koncertach, ale to nadal za wcześnie na podsumowanie... Napiszę więc tylko, że po tym koncercie byliśmy w takim stanie, że zaczęliśmy usilnie kombinować, jak tutaj znaleźć się na jeszcze jednym koncercie... Byliśmy gotowi jechać następnego dnia do Paryża w tym celu. Niestety, bilety już od dawna były wyprzedane. Prawo przyciągania zadziałało jednak po raz kolejny i krótko po naszym powrocie pojawiło się kilka biletów na brytyjskie koncerty dla fanklubowiczów! Z okazji trzeba było skorzystać i tak oto zobaczymy Paramore już za kilka dni na ostatnim i największym koncercie trasy - londyńskim Wembley Arena, na którym bawić się będzie z nami ponad 12 tysięcy fanów! WOOO!!

 

blog comments powered by Disqus


000webhost logo