PARAMORE
18.12.2009
Wembley Arena
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
26.12.2009

Ten rok obfitował w tak spektakularne przygody koncertowe, że nie wyobrażałem sobie, by mógł zostać zwieńczony takim "zwykłym", lokalnym koncertem (mowa tu o Heyu 12 grudnia we Wrocławiu, który zresztą wcale taki "zwykły" się nie okazał, ale o tym - w stosownej relacji). Wypowiedziałem życzenie do wszechświata i dostałem kopertę zwrotną z biletami na finałowy koncert Paramore na europejskiej trasie - na legendarnym Wembley Arena w Londynie.

Długo czekaliśmy na koncerty Paramore, wszak odkryliśmy kapelę zaraz po tym, jak skończyli grać w Europie ostatnie koncerty promujące poprzedni krążek, Riot! Wyczekiwanie jednak zostało nam wynagrodzone z nawiązką - mieliśmy sposobność zobaczyć Paramore na żywo aż 4 razy - w dodatku w zupełnie różnych warunkach. To tak jakby ich cała dotychczasowa kariera w pigułce - od kameralnego koncertu dla 200 osób, po spektakularny finał trasy na Wembley Arena dla ponad 12000 fanów. Co im jeszcze zostało do osiągnięcia? W tej materii wyżej jest już tylko stadion. Wcale im jednak tego nie życzę... Dlaczego? Bo jak pokazała nasza przygoda, koncert im mniejszy, tym lepszy.

To będzie długa historia, dlatego zalecam wyposażenie się w ciepłe kapcie, nie mniej ciepłą herbatkę i zapas dobrych chęci aby dobrnąć do końca tego tekstu. Tego się nie da opowiedzieć w jednym akapicie. Koncert koncertem, ale nasza podróż obfitowała w tak niesamowite przygody, że grzechem byłoby je w relacji z wyprawy pominąć.

Z Wałbrzycha wyjechaliśmy z Arkapą i naszą "prawą ręką" Grześkiem 17 grudnia w okolicach 4.00 w nocy (nigdy nie nazwę tej godziny porą poranną! To by była herezja). Trudne warunki (śnieżyca) uniemożliwiły szybkie dobrnięcie do autostrady, więc jechaliśmy w porywach 40 km/h. Wyjazd na autostradę niewiele zmienił - było nie mniej ślisko i niewiele bardziej jasno. Po przekroczeniu granicy pogoda odmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - Niemcy to w końcu bogaty kraj i stać ich na słońce nawet w środku zimy. Czarne drogi i błękitne niebo - wreszcie dało się rozwinąć sensowną prędkość! W końcu z prawie godzinnym opóźnieniem dotarliśmy na lotnisko Schonefeld pod Berlinem, gdzie odbieraliśmy kolejnego towarzysza podróży - Fixxxera.

Wydawało się, że najgorsze za nami, a reszta podróży upłynie w spokojnej atmosferze. Byłem jednak w błędzie. Mniej więcej w połowie przeprawy przez Niemcy postanowiliśmy zatrzymać się aby odurynizować organizm. Przy okazji Arkapa zauważył że... mamy kapcia na jednym z przednich kół. W bagażniku była tylko dojazdówka, dojechaliśmy więc na niej na najbliższy CPN (pozdrowienia dla Grześka :D), gdzie przy pomocy barbarzyńskich przedmiotów: młotka i dłuta udało się naprawić felerne koło. Po jego założeniu odpadło jedno ze wstecznych lusterek. Na CPN-ie kupiliśmy więc taśmę izolacyjną i po wykonaniu ładnej ramki na lusterku, ruszyliśmy dalej. Czasu było coraz mniej, a trzeba było zdążyć na prom. Pogoda jednak nadal dopisywała, wydawało się więc, że nadrobimy stracony czas i będzie git.

Nie było. Mniej więcej w Holandii pogoda znów zaczęła się pogarszać, a do tego w Belgii doszło zagęszczenie ruchu w okolicach Antwerpii. Słowo "korek" byłoby nadużyciem semantycznym (hee) w kontekście podróży powrotnej, więc myślę że "zagęszczenie ruchu" pasuje tu bardziej.

Do tego gdy dotarliśmy do celników w Calais, zatrzymano nas, ponieważ wieźliśmy ze sobą Fixxxera z kamienną twarzą kryminalisty. Skierowano nas do budynku przy bramkach, gdzie oczekiwaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń. Fixxxerowi przekazano fałszywą ankietę, by sprawdzić zgodność jego podpisu z tym na dokumencie tożsamości. Ten jednak zapomniał znaczenia słowa "occupation", z czym zwrócił się do mnie, ale wywołał tylko niepokojące rozzłoszczenie u celnika. W końcu jednak nas puścili, a całe zamieszanie o "really bad condition" ID Fixa - czytnik z nim sobie nie poradził, więc dobra rada - jeśli wybieracie się do UK drogą lądową, lepiej upewnijcie się, że Wasz dowód nie jest zbyt wytarmoszony.

Ze względu na fatalne warunki pogodowe, kolejnych kilka godzin musieliśmy czekać na prom. Śnieżyło i piździło że hej, więc o zwiedzaniu Calais nie było mowy. W końcu po 22.00 (czyli z ok. 4-godzinnym opóźnieniem) zjawił się nasz statek. Arkapa, skutecznie nastraszony przez nas, że nie zniesie tego rejsu, zapadł w krótki sen zimowy pod swoją kurtką. Co ciekawe - jak to ujął Fix - wyglądał, jakby skakał w poziomie, jednocześnie leżąc. Ponieważ ciężko jest trafnie scharakteryzować to zjawisko, odsyłam do galerii, gdzie możecie zobaczyć zdjęcie. Tylko Arkapa tak potrafi.

My z Fixem natomiast świetnie się bawiliśmy na statku. Po pierwsze, chodziło się po nim jak po paru głębszych (bujało porządnie), a nie trzeba było w tym celu wydawać cennych funtów. Udało nam się także sabotować automaty i Fix przejechał kilka okrążeń w Sega Touring Cars bez wrzucania monet. Spacer po pokładzie należał do jednych z przyjemniejszych momentów wyjazdu. Poczuliśmy się jak prawdziwe wilki morskie, a mroźna morska bryza pobudziła nas na okoliczność jeszcze długiej przeprawy z Dover do Londynu.

To tylko niewiele ponad 200 km... Ale jechaliśmy prawie 4 godziny. Dlaczego? No cóż... Śnieżyca kompletnie sparaliżowała wszelki ruch po stronie angielskiej. Nieprzyzwyczajeni do takiej pogody wyspiarze dali się "zaskoczyć"... Efektem przeprawianie się przez autostradę z zabójczą prędkością 30 km/h. Za to mogliśmy dokładnie zaobserwować, jak w drugą stronę narasta kilku kilometrowy korek do portu, który wkrótce miał zostać kompletnie sparaliżowany...

Zanim to się jednak stało, w okolicach 3.00 w nocy w końcu dotarliśmy do Londynu. 23h godziny w samochodzie... A to wcale nie jest tak dużo, jak przekonaliśmy się w drodze powrotnej.

Po raptem kilku godzinach snu, nad ranem udaliśmy się pod usytuowane niedaleko naszej noclegowni Wembley Arena. Byliśmy tam dosyć wcześnie rano i zgodnie z przewidywaniami, kilka osób już czekało w kolejce pod wejściami na płytę. Poznaliśmy kilka miłych, wesołych ludzi, z którymi czas w kolejce upływał zdecydowanie szybciej. Fixxxerowi dość szybko udało się kupić bilet, którego niefortunnie jako jedyny nie miał ze sobą (gdy zdecydował się na wyjazd, tych już nie było w normalnej sprzedaży). Wszystkim nam zaś udało się wyposażyć w opaski, które gwarantowały wejście do budynku w pierwszej kolejności.

Mamy spore doświadczenie w oczekiwaniu w kolejkach - Monachium i Kolonia były dobrymi lekcjami. Ale tym razem było inaczej. Dodajcie do tego mroźne powietrze! Mieliśmy i tak dużo szczęścia, że nie padał deszcz ani śnieg, ale po kilku godzinach z trudem walczyliśmy by nie odmrozić sobie żadnej kończyny. Towarzystwo było jednak wesołe i czas upływał na śpiewaniu piosenek Paramore, skakaniu, bieganiu i innych dosyć dziwnie pewnie wyglądających dla przechodniów czynnościach.

W końcu wpuszczono nas do środka i oczywiście z miejsca pobiegliśmy pod scenę, nawet nie zastanawiając się, czy gdzieś po drodze mijamy kloakowy pokój (czyt.: szatnię). Ku naszemu zaskoczeniu, osoby już zgromadzone pod sceną... siedziały. Ochrona instruowała ludzi, by siadali, by tylne rzędy nie zgniatały tych stojących z przodu (nie było żadnej barierki oddzielającej sektor pod sceną od reszty płyty!). Rozwiązanie pomysłowe, szkoda że w pewnym momencie nadeszła fala wstających ludzi i trzeba było podnieść swoje zmarznięte dupsko. Źle na tym jednak nie wyszliśmy - z 4 rzędu przeskoczyliśmy wszyscy do drugiego.

Było naprawdę ciasno. Fartownie jednak wentylacja działała bardzo dobrze i było czym oddychać. Niestety mieliśmy ze sobą kurtki i wszelkiej maści bluzy, z którymi nie bardzo wiadomo było co zrobić. Ja dosyć wcześnie pozbyłem się ciepłego polarka, dzięki czemu nie rozpuściłem się na koncercie, ale biedny Fix dzielnie wytrwał cały koncert w bluzie.

Pozycję mieliśmy ani nienajgorszą ani nienajlepszą - jak zwykle po lewej stronie, trochę dalej od centrum niż zawsze (vis a vis Josha). Ku naszemu zdumieniu scena wcale nie była większa od wcześniejszych halowych koncertów w Niemczech, natomiast była odsłonięta po bokach, dzięki czemu wpuszczono ludzi na całe trybuny, nawet te z boku sceny - PRAWIE jak na Metallice, gdy scena jest w środku.

Tym razem czekaliśmy jednak nie na jeden koncert, a na dwa... Pierwszy występujący zespół - Now, Now Every Children przypadł nam na tyle do gustu na koncertach w Berlinie i w Kolonii, że support z niechcianego zła zamienił się w jedną z głównych atrakcji wieczoru. Infantylnie wyglądający członkowie zespołu, grający wcale nie tak infantylną, jak mogłoby się wydawać, muzykę, do tego szalenie sympatyczni, zdobyli z miejsca naszą sympatię.

Gdy zgasły reflektory, zgromadzona licznie na Wembley Arena publiczność zawrzała. Na scenie pojawia się najpierw okrojony skład - Cacie, Jess, Brad i Christine. Brad od razu siada za perkusją, natomiast zarówno Cacie, jak i Christine grają na klawiszach. Leci tytułowy kawałek z albumu Cars - czyli jedna z bardziej dynamicznych kompozycji.

Następnie do składu dołącza ulubienica Arkapy - Britty i leci jeden z naszych ulubionych kawałków, czyli Not One, But Two. Tutaj już żywiołowo śpiewamy razem z Cacie :) Zresztą obok nas stoi koleś, który jest fanem Childrenów i jest niezwykle rad, że nie tylko on bawi się na ich koncercie. W całej hali jest dosłownie kilka osób, które w jakikolwiek sposób reagują na to, co się dzieje na scenie :)

Następnie Everyone You Know i znów śpiewanie melodyjnych partii po refrenie razem z Cacie. Zaczynamy jeszcze zanim ona zaczęła :) Co zostaje przez nią zauważone i skwitowane szerokim bananem na przysłoniętej grzywką twarzy. W ogóle dziewczyny cały czas do nas brechtają, widząc, że nie za bardzo przejmujemy się trętwiakami wokół nas i bawimy się w najlepsze pod sceną.

Następnie nowy kawałek, którego niestety nie ma na płycie - Kill to Be Your Clothes. Szkoda, bo to jedna z najbardziej udanych kompozycji NNEC! Niestety nie znamy tekstu więc tym razem nie śpiewamy. Koleś obok nas cały czas woła Cacie więc i my podłapujemy, lecz ja w pewnym momencie postanawiam nie być tak stronniczy i wołam Jessikę, która uśmiecha się i macha do mnie.

Niestety występ Childrenów bardzo szybko się kończy - piątym i ostatnim kawałkiem w secie jest nieco spokojniejszy Friends With My Sister. Spokojniejszy tylko na początku, bo potem kawałek się rozkręca, by zakończyć się epickim outrem :) I to już koniec koncertu, żegnamy naszych znajomych entuzjastycznie, Jess znów do nas macha z bananem na swojej chłopięcej twarzy, a Cacie do mikrofonu: "Thank you guys so so so so soooo so so much" :)

"No dobra, to możemy wracać do domu" - skomentowałem, no ale stwierdzilismy, że jak już tu jesteśmy, to jeszcze poczekamy na Paramore. No i może YouMeAtSix, aby posłuchać fajnego wykonania Poker Face :) Niestety, było dokładnie na odwrót. Tubylcy nie zagrali wyczekiwanej Lady Gagi, natomiast Fixowi wpadło w ucho (oby tylko w ucho!) Paper Route... Świat stanął na głowie...

Tych dwóch zespołów kolejny raz nie będę opisywał, bo nie ma czego - wspomnę natomiast o jak zwykle mdlejących niewiastach. Tym razem ochroniarze mieli nie lada zgryz, gdyż karmione hamburgerami wieloryby ciężko było wydobyć z oceanu ludzi... Ochroniarzom trzeba było pomagać w łowach, inaczej nie daliby rady! Nam tylko nikt nie płacił za dźwiganie takich ciężarów... Na szczęście towarzystwo poza tym było bardzo sympatyczne. Wprawdzie jak zwykle usłyszałem parę razy, że jestem wysoki, ale za to ani razu nikt nie próbował mnie wygonić do tyłu.

Naszą uwagę przykuła kamera na wysięgniku, która przed koncertem Paramore latała nad publiką. Czyżby nowe DVD? To by nie było takie głupie - ostatni koncert na trasie, Wembley Arena... Kamer było nawet sporo, pod sceną, za nią i na tyłach. Były także telebimy, więc była też opcja, że to po prostu dobra produkcja na potrzeby tych będących z tyłu.

W końcu reflektory gasną, na scenie pojawia się Josh i zaczyna grać moje ulubione intro. Ciary spływają mi po plecach i zanurzam się w magiczny świat muzyki na żywo :) Jednocześnie przygladając mu się dociera do mnie, że żadnego DVD nie będzie, bo ma wielgaśne pryszcze na czole, które było widać chyba nawet z tyłu hali :D Natomiast co się rzuca w uszy to rewelacyjne nagłośnienie (właściwie to było słychać już na Childrenach). W Berlinie i Kolonii pod tym względem bywało różnie, natomiast tutaj.. Rewelacja. Jest mięsko, jest selektywnie, jest dynamicznie, jest tak jak powinno być.

Hayley jest też ewidentnie zmęczona. I nie zrozumcie mnie źle - biega po scenie, skacze, fika, pluje w sufit, trzepie głową na wszystkie strony i dałniasto tańczy - mówiąc krótko, daje performance jak zwykle znakomity, natomiast "między wierszami", a ściślej w spokojniejszych momentach w jej oczach można wyczytać, że intensywne koncertowanie i podróżowanie dało jej się we znaki. Po prostu nie ma tych "kurwików" w oczach, jakie miała w Berlinie i Kolonii - ale nie ma się co dziwić, to były jeszcze pierwsze dni trasy.

Setlista idzie bez niespodzianek tak jak na poprzednich koncertach, czyli I Caught Myself, That's What You Get, Looking Up, Crushcrushcrush i Turn It off. Przed Only Exception jednak dzieje się coś wyjątkowego - Hayley opowiada o liście, który otrzymał Josh, a ten wzywa na scenę imiennie dwójkę fanów. Udaje się ich odnaleźć i po chwili są już na scenie. Hayley oddaje mikrofon kolesiowi i w tym momencie już wiem, co będzie dalej. Gość wyjmuje pierścionek zaręczonowy, a dalej to już wiadomo co się dzieje. Hayley dedykuje The Only Exception własnie im... Zabawne jest to, że zaczynają sobie spokojnie tańczyć na scenie, ale po 2 sekundach romantyczną chwilę przerywa im ochroniarz i wygania ze sceny :D

Dalej Pressure (ze słynnym flipem), Careful (którego tym razem nie pomyliliśmy z Whiplashem dzięki świetnemu nagłośnieniu) i skrajnie euforyczne Where the Lines Overlap. Następnie Hayley przywołuje zespoły supportujące, ze zrozumiałych względów my najgłośniej się zachowujemy przy NNEC, a reszta hali przy YouMeAtSix. Po krótkim pożegnaniu leci najbardziej wyczekiwane przez "niedzielnych" fanów Decode, ale potem ma miejsce prawdziwa niespodzianka.

A jest nią daaawno niegrane My Heart - w wersji elektrycznej, w dodatku z wokalem Josha! Muszę przyznać, że nie jestem fanem tego typu wokalowania, ale doświadczenie tego wykonania na żywo było wyjątkowym przeżyciem. W spokojnego na ogół Josha wstąpił istny szatan :) Sam utwór zaś w porównaniu do wersji albumowej wzbogacony o obszerną końcówkę, czyli melodyjne śpiewanie z publicznością i fragment, w którym Josh drze ryja do mikrofonu samodzielnie. Warto było pojechać do Londynu choćby tylko po to, by być świadkiem tego wykonania na żywo!

Po My Heart zespół schodzi ze sceny, a po powrocie wykonuje standardowy zestaw bisów: Misguided Ghosts (Wembley pięknie rozświetlone zapalniczkami), Misery Business (absolutny szał) i Brick By Boring Brick - gdzie jak zwykle pojawili się członkowie supportujących zespołów, a do tego puszczono z dwóch wielkich dmuchaw konfetti, dzięki czemu koncert zakończył się w atmosferze iście karnawałowej :)

Nie mogliśmy wyjść bez jakichś fantów, ja już nie miałem siły sterczeć pod sceną, ale wytrwały Fix wrócił z setlistą. Po koncercie szwędaliśmy się trochę w holach areny, wbrew ochroniarzom, którzy przy każdej okazji próbowali nas usilnie wyrzucić z obiektu. I dobrze się stało, bo w końcu natknęliśmy się na Britty i Jess z NNEC - dostalismy od nich naklejki, pogadaliśmy chwilę o różnych prywatnych sprawach :) i zrobiliśmy pamiątkowe foty. W tym momencie wieczór już był pełny, można było z bananowymi michami spokojnym krokiem wrócić do naszej noclegowni.

Przygód jednak nie koniec... Czekała nas jeszcze w końcu droga powrotna. Wyruszyliśmy następnego dnia o 10.00 rano. Na autostradzie, na 16 kilometrze przed portem, zatrzymaliśmy się w korku... Z radia napływały do nas informacje, co się stało: pociągi w kanale nie jeżdżą od 2 dni. W szczegóły nie będę się zagłębiał - zainteresowanych odsyłam do rozlicznych niusów w mediach na ten temat. Trochę sobie postaliśmy w tym korku, ale nasz kierowca doszedł do wniosku, że trzeba poszukać innego wyjścia z tej sytuacji (inny kolega wyjechał dzień wcześniej i nadal, po 12h, nie dojechał do Dover!). Wbrew satelitarnej nawigacji i wskazaniom oficerów policji, pojechaliśmy wzdłuż autostrady boczną drogą... I dojechaliśmy do samego Dover! Tym samym ominęliśmy 16 km korku na autostradzie. W samym Dover staliśmy już tylko 5h, zanim dojechaliśmy ostatnie 2 km do portu... Statki też były trochę opóźnione i maksymalnie zapchane, bo brały cały ruch, który nie mógł przeprawiać się kanałem.

Na samym statku nie było już tak fajnie, bo nie bujało. Jednak we Francji było bardzo biało... Jechaliśmy dosyć powoli. Zaraz za belgijską granicą stanęliśmy na środku autostrady, bo skończyło nam się paliwo, wbrew temu, co pokazywał komputer pokładowy. Jest środek nocy, najbliższa stacja za 18 km, pada śnieg i jest dobre -10 stopni... Na początku próbowaliśmy zatrzymywać inne samochody, ale zatrzymało się tylko BMW z przyciemnionymi szybami wypchane Polakami wyglądającymi jakby dopiero co opuścili klub nocny w którym jest promocja na białe kreski... Podziękowaliśmy więc za opcję podwiezienia na owy CPN w jedną stronę i ruszyliśmy we dwójkę z Fixxxerem w ciemno (a raczej, w kierunku świateł) na poszukiwanie paliwa :) Skręcając na rondzie absolutnie randomowo, dotarliśmy do CPN-u oddalonego od naszego auta... o jakieś 2 kilometry. Stacja jednak była zamknięta. Zatrzymałem jakiegoś miłego Belga, który poinformował mnie, że jeśli mam kartę kredytową, mogę zapłacić w automacie. Nie mieliśmy tylko do czego nalać paliwa, okazało się jednak, że nasz wybawca ma w bagażniku 5-litrowy pojemnik!

Zadowoleni, że to koniec nerwowej przygody poszliśmy zapłacić za paliwo, jednak automat nie chciał przyjąć naszej karty. Nieopodal był bankomat, zapytaliśmy więc przechodzące małżeństwo, czy nam zapłacą za tankowanie, a my oddamy pieniądze w gotówce. Bankomat miał tylko papierki o nominałach 50 Euro... Miła para wspólnymi siłami znalazła jednak na tyle dużo drobniaków, by nam wydać. W końcu dotarliśmy do auta z powrotem z paliwem, wlaliśmy te 5 litrów, wsiadamy do środka... Auto nie odpala. Siadł akumulator. No to pchamy. Za 3 razem zaskoczył i już bez problemów dojechaliśmy na stację.

W Holandii warunki drogowe były poniżej wszelkich norm. W ogóle nie było widać drogi, która całkowicie przykryta była śniegiem! Ten prószył tak gęsto, że ledwo dało się dostrzec słupki.

Ostatecznie do domów dotarliśmy po okrągłych 30h podróży... Czy byliśmy zmęczeni i zmarznięci? Jak cholera. Czy byliśmy przygnębieni? A SKĄD! Rodziny witające nas w domach niedowierzały, że po takich przygodach wracamy zadowoleni. Ale czym tu się martwić? To była jedna z najbardziej spektakularnych przygód, jakie przeżyliśmy. Czy ten jeden koncert był wart tylu poświęceń? Nie tylko! Podróż sama w sobie była na tyle świetną zabawą, że warto było się w nią wybrać :)

Tak oto trasa Brand New Eyes dobiegła końca. Czas więc na krótkie podsumowanie. Co mi najbardziej utkwiło w pamięci na poszczególnych koncertach?

W Monachium - erupcja energii, niesamowity kontakt zespołu z fanami w tak kameralnym miejscu, a przede wszystkim pamiętny moment w Let the Flames Begin, kiedy to Hayley pokazała na mnie i się uśmiechnęła. Do tego na koniec piątka z Joshem. Trofea z koncertu: setlista i garść kostek.

Następnie - Berlin. Przede wszystkim przemiłe M&G, które po raz kolejny wywróciło wszystko do góry nogami. Koncert już trochę większy, bo dla ok. 2000 osób, ale ponieważ jesteśmy pod samą sceną w pierwszym rzędzie, wciąż mamy świetny kontakt z zespołem. A może nawet jeszcze lepszy, bo poza Taylorem, który jest trochę z boku, wszyscy świrują do nas pawiana. Hayley podbiega do mnie na samym początku koncertu, wypatruje w tłumie i znów pokazuje śpiewając pierwsze wersy patrząc mi w oczy. Josh na swój uroczy sposób gra jakby "dla nas". Jeremy podbiega co chwilę do Fixa, uśmiechając się szeroko i rzucając mu kostki. A Zac zauważa airdrummingującego Arkapę i nagradza go na koniec koncertu pałeczką.

Kolonia - praktycznie powtórka skrajnie hedonistycznej zabawy z Berlina. Znów jesteśmy pod samą sceną, Hayley znów mnie rozpoznaje i znów jest szał. Do tego słyszymy niegrane na codzień Miracle Outro, a na Misery Business Josh oddaje gitarę fanowi, sam robiąc salta na scenie. Wynosimy z gigu setlistę, w merchu zaopatrujemy się w płytę NNEC i intantylne gadżety. Po wyjściu z venue spotykamy się z Childrenami.

Londyn - niesamowite przygody w trakcie podróży w obie strony. Największy koncert Paramore, na jakim byliśmy i jeden z największych, jakie zagrał sam zespół. Jesteśmy trochę dalej od centrum sceny, więc kontakt z zespołem nie jest już tak dobry. Jednak jest różnica, gdy ich uwaga jest dzielona między 200, 2000 a 12000 fanów. Hayley wyraźnie zmęczona, ale daje dobry show, a cały zespół jest bodaj w najlepszej formie technicznej - wykonanie kawałków jest perfekcyjne. Do tego znakomite nagłośnienie. Znów wychodzimy z selistą, a po gigu spotykamy po raz kolejny NNEC.

Niby ten sam zespół, podobna setlista, a skrajnie różne doświadczenia. Zawsze jednak skrajnie pozytywne. Paramore to wyjątkowe zjawisko na współczesnym rynku muzycznym i wróżę im długą i owocną karierę. Byli bliscy rozpadu, ale się nie dali i nagrali bardzo udaną płytę i zagrali udaną trasę koncertową. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć, co przyniesie przyszłość. Jedno jest pewne - jak tylko zespół ponownie zawita do Europy, zrobimy co będzie się dało, by zaliczyć jak najwięcej koncertów. Będziemy tylko wybierać nie na podstawie miejsca, a wielkości venue. Najlepiej sprawdzają się mniejsze hale, a najlepiej kluby, w których kontakt z muzykami jest natężony.

Zac... Świetny technicznie perkusita, nigdy nie posiłkujący się banalnymi podziałami 4/4, co i rusz zaskakujący nowymi przejściami. Jeremy... Swój chłop, jak to ujął Fix, może trochę bełkocze, ale jest szalenie sympatyczny i znakomicie uzupełnia show swoimi akrobatycznymi popisami. Taylor... Miło widzieć znajomą twarz Kirka Hammetta w zespole, który jest "następcą" Metalliki (tak wiem, że to brzmi jak herezja dla niektórych, no cóż przykro mi, możecie już kliknąć w krzyżyk w rogu monitora :D). Josh... Przez większość koncertu spokojny na scenie, od czasu do czasu dający się porwać tzw. szatanowi. Jest jednym z tych kamiennotwarzych, ale i on potrafi nawiązać kontakt z fanami, ale dzieje się to bardziej telepatycznie. Hayley... Wydaje mi się, że jakaś bardziej zaawansowana od ludzkiej cywilizacja zesłała ją na ziemię, by dawała przykład staczającym się coraz bardziej ziemianom. Na scenie - nigdy nie gasnący wulkan energii. Poza nią - najcieplejsza osoba, którą trzeba trzymać z dala od rejonów podbiegunowych, bo roztopi ostatnie lodowce.

Nie zapominajmy, że dzięki Paramore poznaliśmy także Now, Now Every Children - świetny, obiecujący młody zespół, w dodatku szalenie sympatycznych ludzi. Czekamy na nową płytę w 2010 i kolejne koncerty!

Chciałbym jakoś mądrze zepilogować ten wywód, ale i tak pewnie nikt z Was nie dotarł tak daleko :) No cóż... Ciężko wyobrazić mi jest sobie bardziej spektakularne zakończenie koncertowego 2009 roku. Dzięki Paramore... I do zobaczenia w, mam nadzieję, równie udanym (bo czy może być lepiej?) 2010 roku!

WOOOO!!

Jebut mu z dzidy laserowej!!!

 

blog comments powered by Disqus



000webhost logo