HEY
20.03.2010
K10
Wałbrzych
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
22.03.2010

Pierwsze dźwięki Vanitas puszczonego z taśmy są wręcz symboliczną ilustracją depresyjnego marazmu i marności, które cechowały ostatnie 3 miesiące. Marności, która właśnie teraz przemija - wraz z pojawieniem się członków zespołu na scenie pojawia się znów życie, pojawia się znów muzyka na żywo, która hipnotyzuje i rytmicznie galopuje przed siebie, nie chcąc się zatrzymać. Nadeszła wiosna, nadszedł nowy sezon koncertowy. Żegnamy najgorszą w historii zimę i zamykamy wyjątkowo nieciekawy okres. Dosyć zamulania! Czas odbić się od dna i płynąć konsekwentnie w górę.

W burzy oklasków na scenie pojawia się Kasia - rozświetlająca salę swoją ciepłą aurą jak pierwsze wiosenne słońce nieśmiało przebijające delikatnymi promykami szarobury nieboskłon. Opowiada o swoim nienajlepszym nastroju i liczy na nadchodzącą jego poprawę, a my wraz z nią, bo w końcu ten pierwszy lepszy dzień zawsze, prędzej czy później, nadchodzi.

"Umieraj stąd, bierz co twoje i won" śpiewa Kasia, stanowczo rozprawiając się z tym, co w teraźniejszości już niepotrzebne. "Drobnych spraw korzonkami/wrastaliśmy w grunt/czas przygarbiał nas" - niewiele brakowało do katastrofy, łatwo było zapatrzyć się w "Odrę, port, dźwigozaurów rząd" i zapomnieć o tym, co naprawdę ważne.

Faza Delta to jedyna sposobność, by "przepłynąć tratwą na drugi rzeki brzeg", ale może i tak jest bezpieczniej. Rozgoryczenie to czasem jedyna rzecz, którą da się spić z ust drugiej osoby, a tanie sztuczki nie zawsze zadziałają. Oddychająca Piersi Ćwiercią Kasia zadaje proste, lecz fundamentalne pytanie: "GDZIE to jest?". Całość wieńczy znakomita koda, podsumowująca melancholijny charakter refleksji zawartych w tekście.

Czasem na pytanie najlepiej odpowiedzieć pytaniem. Próbę takiej odpowiedzi słyszymy w refrenach Chińskiego Urzędnika Państwowego. "A co jeśli to ja dźwigam sens którego łakniesz?". Łatwo jest się pomylić, a gdy sens dostrzeże tylko jedna strona, to jeszcze nie wystarczy.

Chóralne wołanie o pomoc i ratunek przed miłością zdaje się być bardzo na miejscu. Dookoła pokusa na pokusie, a pod sceną z nami kolega, który rozpacza na myśl, że za 98 dni ktoś założy mu na palec metalowy przedmiot o okrągłym kształcie.

A potem i tak kończy się to tak, że podczas gdy jedna strona łoża pada w objęcia Morfeusza, druga stygnie. A gdy spadnie na nas ciężar wiosny, to już nie będzie ratunku. Z pomocą przyjdzie przyjaźń - ta prawdziwa, o której Kasia śpiewa w Kto tam? Kto jest w środku? Smutny koniec należy zaś traktować jako happy end: "To nie są motyle, prędzej ćmy", "A ta noc bezsenna? to przez wiatr". I niech tak zostanie.

Cudzoziemka w Raju Kobiet otwiera klasyczną część setu i rozpoczyna zabawę przy dobrze znanych dźwiękach. Następna jest energiczna Muka, przy której trudno powstrzymać dawno nie używany do darcia ryj. Podczas W Imieniu Dam Kasia zapomina o ptaszko-myszy, co powoduje porozumiewawczą wymianę spojrzeń między nami i szczery ciepły uśmiech :)

Najbardziej oczekiwany moment wieczoru następuje przy Cudownie - chyba na całej sali tylko ja reaguję tak entuzjastycznie na tę pieśń. Nieco przearanżowana wersja na szczęście zachowuje niepowtarzalną atmosferę oryginału. No i tutaj to już nie ma przebacz, tylko regularne, old-skulowe darcie japy twarzą w twarz z Kasią. Tego mi było trzeba!

Kolejny stary hit - Heledore Babe i znów można pozdzierać gardło w refrenach. Trzeba się przyzwyczaić do tej nowej, up-beatowej wersji, wtedy jest bardzo fajna. Podobnie miłe wspomnienia przywodzą na myśl pozbawione słów wokalizy w refrenach Że, przypominające dawną manierę wokalną Kasi. Ostatnim utworem głównego setu jest Antiba i aż sam siebie zaskoczyłem, gdyż okazało się, że pamiętam cały tekst piosenki co do słowa, chociaż dawno już jej nie słuchałem.

Po kilku minutach wywoływania gorącymi brawami zespół w końcu z powrotem pojawia się na scenie. Seria bisów rozpoczyna się od dobrze bujajacego Missy Seepy, potem kolejna porcja oldskulu czyli Je-łe z jak zwykle porywającą perkusją (a'la refreny That Was Just Your Life) i zawsze wzruszające Angelene. Podczas tego kawałka pod scenę wdzierają się dwie paniusie, z których jedna dzierży w ręce notatnik z ołówkiem. Nikt dookoła nie wie, o co im chodzi, łącznie z samą Kasią, która po kilku usilnych próbach zostaje wywołana do krawędzi sceny i sama się nieco dziwi (bo wyszło chyba na to, że to był dla niej prezent). No cóż. Po Luli Lali sądziłem, że to już koniec, ale zespół zrobił niespodziankę i zagrał jeszcze dawno nie słyszanego (zwłaszcza w klasycznej aranżacji) Teksańskiego. To dopiero oldskul!

Wspomnieć należy o zawsze mile widzianym Marcinie Macuku, który zastępował Krzysia Zalewskiego. Niestety, zabrakło sola klawiszowego w tytułowym utworze z nowej płyty, ale poza tym było jak najbardziej ok.

Koncerty zespołu Hey to już jak spotkania z dawno nie widzianą rodziną. Ale nie widzianą dawno nie dlatego, że znienawidzoną - wręcz przeciwnie. Raczej dlatego, że gdzieś po drodze drogi się rozeszły. Kiedyś tych spotkań było wiele, były bardzo wręcz szampańskie, ciepłe i bliskie - ale wszystko w życiu ulega zmianom i teraz, chociaż miłość pozostała, przeszła w inne stadium. Ta zmiana pozwala jednak bardziej cieszyć się z nieczęstego faktu przebywania razem i wspólnego uczestnictwa w muzycznym spektaklu.

Trasa koncertowa MURP przyniosła zupełnie nową jakość koncertów Hey i ich oprawy, ale o tym pisałem szerzej w relacji z ubiegłorocznego koncertu w WFF-ie. Teraz jednak byłem pod samą sceną, pół metra od muzyków i mogłem POCZUĆ to co najważniejsze. Czyli muzykę, która symbolicznie przyniosła przełom - słońce, ciepło, wiosnę i nową jakość w moim życiu.

 

 

blog comments powered by Disqus

000webhost logo