HEY
12.12.2010
Eter
Wrocław
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
16.02.2011

Nie sprawdzając repertuaru koncertowego Hey'a na tą trasę, zrobiłem sobie najlepszy prezent, jaki mogłem. Trasa promująca reedycje pierwszych płyt budziła spore nadzieje. Jednak gdy zobaczyłem setlistę koncertu w Londynie sprzed kilku tygodni, zobaczyłem tam jedynie kilka jeszcze nie tak dawno temu często grywanych utworów i zdecydowanie zbyt dużo tych nowych. Wolałem więc zaryzykować rozczarowanie - przyjemne lub nie, gdy okaże się, że zespół nie postanowił nic zmienić względem tego koncertu. W dniu koncertu, kilka godzin wcześniej wracałem samochodem ze Szczecina (zresztą, rodzinnego miasta Hey'a...) i słuchałem koncertówki z 2003 roku, która wydana została z okazji 10-lecia zespołu. Fani wybierali utwory na tą płytę. Jak nietrudno się domyślić, opływa ona w dawno niegrane klasyki. Pamiętam jak dziś, że jechałem tak tym samochodem, i słysząć takie piosenki jak Kropla czy That's A Lie myślałem o tym, że to jest już absolutnie niemożliwe, żeby jeszcze kiedyś usłyszeć je na żywo. Hey jest już innym zespołem, poszedł w innym kierunku, w którym dobrze się czuje. Gra muzykę w innym stylu. Nie ma szans, żeby do nich wrócili, a przynajmniej nie w takich wersjach. Oj, myliłem się.

Myliłem się przeogromnie! Hey po raz kolejny przypomniał mi, dlaczego jest moim ulubionym polskim zespołem i jednym z ulubionych w ogóle. Zaczyna się od pięknej miniatury Chyba - wykonywanej regularnie w czasach, gdy zakochałem się w Hey'u i jeździłem za nimi po całym kraju. Jest to więc miłe przypomnienie tych czasów, które mi osobiście kojarzą się z moimi początkami z tym zespołem. Już więc w pierwszej minucie dochodzi do nieprzeciętnego wzruszenia, a to jest dopiero skromny początek tego, co mnie dalej czeka.

Kolejne jest Zobaczysz - charakterystyczny kawałek z pierwszej płyty. Ostatnio wykonywany podczas jubileuszowej trasy 92-07. Dobrze bujający kawałek o niesamowicie motorycznym groovie, więc przesiąkam klimatem coraz bardziej. Trudno ustać w miejscu i w milczeniu. Nie da się!

Następny jest Eksperyment. Co prawda w nowej, "dyskotekowej" wersji, ale w końcu najbardziej charakterystyczny jest w nim i tak tekst, więc bez zastanawiania się nad tym, o ile fajniejsza byłaby oryginalna wersja, oddaję się beztroskiemu wtórowaniu Kasi w wokalowaniu.

Do tego momentu jestem już całkiem zadowolony, ale jeszcze nic mną kolosalnie nie wstrząsnęło. Ale oto zaczyna się podejrzanie szybki groove grany przez Boba... Hmm.... Niemożliwe... A jednak! To Dosyć Poważnie! Jeden z utworów, których słuchałem w samochodzie i marzyłem o nierealnej rzeczy - by usłyszeć go dziś wieczorem na żywo! I oto jest! Szczęka mi opadła do samej ziemi, tylko po to, by później energicznie pracować podczas charakterystycznie wykrzyczanych refrenów: "Znów płakałam, znów płakałam, że nie umiem na skrzypcach grać, i że wszyscy umrzemy, wszyscy". Być może jednak będzie kilka niespodzianek dziś - pomyślałem sobie, wyczekując kolejnego utworu.

Nastąpiła jednak krótka przerwa od starszego repertuaru i zespół postanowił przypomnieć o swojej ostatniej, niezwykle udanej płycie. Umieraj Stąd to dobry utwór. Ale w obliczu tematu przewodniego tego wieczoru, czekałem tylko, aż się skończy. W końcu, celebrujemy reedycje pierwszych płyt!

Kolejny utwór to... Kropla. Nie mogę uwierzyć, że właśnie to słyszę na żywo i dociera do mnie, że tego wieczoru możliwe będzie już absolutnie wszystko. Utwór został zagrany praktycznie w starej aranżacji, a więc z oryginalnymi, "piskliwymi" refrenami (nawet na wspomnianej wcześniej koncertówce pojawił się w odmienionej aranżacji). Wielkie brawa dla zespołu dla przywołanie starego klimatu nie tylko poprzez treść, ale i formę. Zresztą, wszyscy, zwłaszcza Bob, zdają się świetnie bawić w trakcie grania tychże "odgrzewanych kotletów". Figlarna Kropla wypada genialnie!

Następne jest Ho - wprawdzie w nowej, znanej z Unplugged aranżacji, ale jest to aranżacja na tyle bliska oryginałowi, że w zupełności to nie przeszkadza. Najważniejsze, że linia melodyczna wokalu i partia gitary prowadzącej nie zostały zmienione. Kolejny piękny moment koncertu. Wprawdzie do dzisiaj nie mam pojęcia, o co Kasi chodziło w tekście, ale nie jest to ważne, gdyż ta piosenka to i tak jest arcydzieło muzyczne a i śpiewa się ten dziwny tekst dobrze, bo ma fenomenalną melodię.

Charakterystyczny rytm na tomach zapowiada utwór iście metalowy - As Raindrops Fell. Tutaj trudno sobie nie poskakać. To ten stary, ostry Hey. Kasia nawet pozwala sobie na to, żeby trochę się podrzeć i - o dziwo - nadal to potrafi! Żaba zaś częstuje swoją fenomenalną solówką, których niestety już na płytach Hey coraz mniej. Jest pięknie!!

Faza Delta to kolejny "przerywnik" na coś nowego. Ku mojemu GIGANTYCZNEMU zaskoczeniu, piosenki z MURP przyjętę są przez tzw. "ogół" cieplej, niż stare hity. Gdzie u licha podziała się stara gwardia? Wygląda to tak, jakby na koncercie była tylko garstka starych fanów, a cała reszta to fani nowej płyty. No litości! Nowa płyta została już przerobiona na lewo i prawo, wystarczy. Celebrujemy reedycje do cholery!!

Na szczęście Hey szybko wraca do staroci i oto dostajemy Fate, w starej wersji. Dobrze buja, oj dobrze. Ten kawałek, w klasycznej aranżacji, po prostu "bije" po uszach. Kolejny świetny riff, charakterystyczny dla starego Hey'a. Jedziemy dalej! Dalej, dalej!

No i proszę bardzo - jest Cudownie. Kawałek, do którego Hey wrócił w Jarocinie, czym zrobił mi olbrzymią przyjemność i od tamtej pory jest to stały punkt każdej setlisty. Niestety, kawałek został nieco "złagodzony" i unowocześniony, ale to nadal to cudowne Cudownie. Jeden z moich ulubionych utworów z mojej ulubionej płyty! Zawsze genialnie jest usłyszeć to na żywo i powydzierać się z Kaśką w refrenach: "Jeśli znów podniesiesz głos - odejdę tam, Ty pogubisz kości żyjąc sam, Jeśli znów podniesiesz głos - odbiorę go, Jestem wróżką, wiele zaklęć znam"! Świetna sprawa. Wspomnieć trzeba o jednej dużej zalecie obecnej aranżacji - klimatyczne, wręcz etniczne intro. Brawo! Hey wciąż bawi się dźwiękami i eksperymentuje, czasem w dobrym kierunku.

Kolejnego utworu kompletnie się nie spodziewałem. Tu nastąpiło chyba największe zaskoczenie. Gdy Mnie Sen Zmorzy! Nie zwracałem na ten utwór uwagi, gdy był grany w Jarocinie i potem w Eskulapie podczas trasy 92-07. Potem spodobał mi się bardzo i stał jednym z ulubionych na ?. I teraz został znów zagrany na żywo! Nie dowierzam własnym uszom. Wszystkie moje zmysły orbitują, ten wieczór nie powinien nigdy się skończyć!!

Ale powinien lecieć przed siebie, bo dalej jest jeszcze lepiej - That's A Lie!! Moja szczeką przebija ziemię i niebezpiecznie zbliża się do jądra ziemi. THAT'S A LIE!! Mam to powtórzyć jeszcze raz? Moje uszy mają orgazm. Moja dusza ma orgazm. W gardle gula, a przecież śpiewać trzeba! Aranżacja tym razem ciekawie odświeżona, ale bardzo delikatna, zachowująca klimat oryginału. Ten bas, te flażolety... Ach!!

Następnie przekomiczna przemowa Kasi, wspominającej... Kręcenie pierwszego teledysku zespołu! A był to teledysk do One of Them... Kto go widział, ten pamięta ten przekomicznie-żenujący widok zespołu biegającego po lesie... Ale anegdotka jest jedynie przystawką do dania głównego - a jest to wspomniana piosenka, zagrana dokładnie w klasycznej aranżacji!! Trudno było ustać w miejscu - i publiczność częściowo się wreszcie nieco rozkręca. Oczyma wyobraźni zobaczyłem Kasię fikającą na scenie takie salta, jak podczas tej samej piosenki w Jarocinie 92 i sam do siebie się uśmiałem. Pewnie by się biedna połamała!!

Kolejna przerwa od starego repertuaru to MURP. Fajna piosenka i ludzie sobie oczywiście skaczą przy refrenach. Z radością przyjmuję instrumentalną kodę, ale jednak czekam dalej na starocie! Starocie starocie starocie!!

No i dostaję starocia. Po raz kolejny jestem mocno zaskoczony, bo oto Hey gra Misie - piosenkę, której skutecznie unikali przez ostatnie lata. Usłyszałem ją wcześniej na żywo tylko raz - podczas pikniku piwnego w Warce w 2006 roku. Do dziś nie mam pojęcia, dlaczego akurat wtedy zagrali tą piosenkę... Nic to. Kasia trochę pomieszała tekst, ale co z tego, skoro ta piosenka to po prostu synonim pierwszej połowy lat 90-tych w Polsce... Po raz kolejny kapitalnie jest wywrzeszczeć refreny "Niekochane dzieci tulą misie". Poruszający tekst, poruszająca muzyka - piękna piosenka.

Następnie Gruby rozpoczyna od przedziwnej zagrywki na gitarze, która brzmi, jak zagrana "off-key". Ale to tylko nieco dziwny utwór z Karmy, czyli O Podglądaniu. Nigdy się mu szczególnie nie przysłuchiwałem i zabrzmiał nieco dziwnie na żywo. Nie jest to na pewno jakaś fenomenalnie dobra piosenka. Ale na pewno po raz kolejny zespół zaskoczył, przywołując ją w obecnym repertuarze.

Kto Tam? Kto Jest W Środku? to kolejne przypomnienie o nowej płycie. Pierwszy z niej singiel i wciąż jest to piosenka, której po prostu nie znoszę. Wszyscy oczywiście przyjmują ją euforycznie i sobie skaczą radośnie. No, nie zrozumiem. Przeczekać, przeczekać trzeba mi...

Ale potem nagroda poczwórna, bo oto mamy istny heyowy thrash metal - czyli Schizophrenic Family. Niegdyś stały element setlisty. Przy tej piosence parę razy o mało mi głowa nie odpadła w 2006 roku. Miło było sobie przypomnieć te czasy, chociaż mój kark i zgalaretowaciały mózg są chyba innego zdania.

Główny set kończy się Listem. Kolejna piosenka przywodząca na myśl wspomnienia.. Niestety, uległa podobnej metamorfozie, co Cudownie... Z jednej strony, zachowany został jej oryginalny klimat, a z drugiej strony pozbawiono ją tych wszystkich klasycznie rockowych smaczków. Jakby Hey na siłę próbował odciąć się od mody, którą wówczas podążał. No trudno. Nie ma co narzekać, bo to w dalszym ciągu znakomita piosenka, jedna z najbardziej rozpoznawalnych w repertuarze zespołu.

W czasie przerwy zespół wywoływany jest na scenę gorącymi brawami. Słychać, że jednak jest sporo osób, którym te wspomnienia się bardzo podobają i chcą sobie powspominać jeszcze trochę. Po chwili pojawia się techniczny AKA "ftara baba" i ustawia stolik dwóch młodzików, którzy robili za support. Celowo o nich nie pisałem wcześniej, bo nie było o czym, ale teraz już nie mam wyboru. Otóż jest to niby-zespół, odpowiedzialny za remiksy na Re-MURPed. I oto oni wykonują z zespołem dwa remiksy z tejże płyty właśnie. Mamy więc mojego ulubionego Chińskiego Urzędnika Państwowego (nawet ciekawa aranżacja, pocięty nieźle kawałek) i kompletnie mdłe Stygnę (które oryginalnie jest porywającym, bujającym basowym gruwem kawałkiem, a tutaj zrobiło się jak to samo, tylko że przeżute, przetrawione i wyrzygane). Na szczęście po tych dwóch kawałkach panowie znikają i Hey znów zostaje sam na scenie.

Dostajemy więc klasyczną dawkę bisów - najpierw Zazdrość w trudnej dla niektórych, klubowej aranżacji. Na szczęście na koniec pojawia się charakterystyczny, mocny riff grany na gitarach. Potem Teksański - także w oryginalnej aranżacji. No to chyba nie muszę pisać, co się dzieje. Publiczność rozkręca się na dobre, i już nie ma podziału na starych i nowych fanów. Pod sceną rozkręca się delikatne pogo, w którym radośnie biorę udział. Przypominają mi się czasy najbardziej gorących koncertów Hey'a w WFF-ie. Były to chyba jedyne koncerty, na których radośnie pozwalałem sobie na tego rodzaju podsceniczne harce, czasem nawet samodzielnie je prowokując. Ach, miło się poczuć znów nieco młodszym :).

Potem Luli Lali. To już w ogóle najcięższa odmiana metalu i takież pogo pod sceną. Tracę kontrolę nad samym sobą i ląduję kilka rzędów wstecz, ale nie ma to dla mnie znaczenia, bo wygibasuje się wyśmienicie. Dobrze też, że jest to jedyny kawałek z Echosystemu w setliście i że jest to akurat ten kawałek.

Na sam koniec sytuacja się nieco uspokaja i dostajemy również rzadko graną Nadzieję. To takie Hey'owe Nothing else matters, tyle że Hey grać tego ewidentnie nie lubi. Ale tym razem zagrali, po staremu. Na tym kawałku zrobiono coś, co miało być w zamierzeniu flash mobem - kilka osób, które umawiały się przez ęternet, puszczało... Bańki mydlane. No cóż, było fajnie, jak na koncercie Ozzy'ego Osbourne'a. Czyli mrocznie.

Cóż to był za fenomenalny wieczór! Hey ożywił we mnie głęboko zacietrzewione wspomnienia. Wspomnienia z niezliczonych koncertów z 2006 roku i okres pierwszego, największego sobą zauroczenia. A związek ten trwa już dosyć długo, więc umiejętność wywołania takich emocji przez tą drugą stronę jest na wagę złota. Ten związek może jeszcze przetrwać lata, jeśli oni nadal będą potrafili tak zaskakiwać. Z jednej strony, wydać rewelacyjną nową płytę, w zupełnie innym stylu, a z drugiej odtworzyć przy specjalnych okazjach na koncertach klimat sprzed 15 lat. Miło było popatrzeć na nich, grających te utwory. Byli uśmiechnięci, bawili się nimi, było imprezowo, wesoło i nostalgicznie zarazem. Kasia jak zwykle wydawała się speszona, w pewnym momencie szukając wśród publiczności potwierdzenia, czy aby na pewno "wypada" im grać te starocie. Reakcja publiczności była oczywista, choć, jak wspomniałem, dziwiło mnie nieco, że przez znaczną część koncertu, reagowali oni bardziej żywiołowo jedynie na najnowsze utwory. Wolę sobie nie wyobrażać, co by się działo pod sceną, gdyby było więcej osób ze "starej gwardii". Eter zostałby po prostu rozniesiony w drobny pył.

Piękne jest też to, że to nie koniec. Wprawdzie wychodziłem z koncertu z przeświadczeniem, że był to najlepszy koncert tego zespołu, na którym byłem i że już nigdy więcej tego nie doświadczę, bo Hey zarzekał się, że nie będą już dalej grać starych kawałków w kolejnym roku. Jednak mini trasa okazała się olbrzymim sukcesem i tak oto w pierwszej połowie 2011 zagrają jeszcze kilka dodatkowych koncertów, a na dwa z nich zamierzam się wybrać i znów udać się w piękną, nostalgiczną podróż w czasie. Miewamy z Hey'em ciche dni, ale zawsze do siebie wracamy i nasza miłość już raczej nigdy się nie wypali.

 

 

 

 

 

blog comments powered by Disqus

000webhost logo