PARAMORE
03.07.2011
Festivalpark
Hradec Králové
____________________

GALERIA

MEET & GREET

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
10.07.2011

Przez ostatnie 2 lata podążaliśmy za Paramore po najróżniejszych zakątkach Europy. W listopadzie zeszłego roku, po dwóch koncertach w londyńskim O2 Arena, mieliśmy uczucie przesytu i przedawkowania. Postanowiliśmy, że trzeba będzie od Paramore trochę odpocząć. Dlatego gdy ogłoszono ich pierwszy w historii koncert w Polsce, nie wzbudziło to w nas żadnych emocji. Nawet nikomu powieka nie drgnęła. No bo jak to - koncert w Polsce?... Przecież właśnie na tym zabawa polegała, żeby wsiąść w samolot i zapuścić się w jakieś dzikie rewiry, gdzie nasza stopa wcześniej nie stanęła. Sytuacji nie pomagał fakt, że zespół się rozsypał po zakończeniu poprzedniej trasy i odeszli z niego bracia Farro - którzy niewątpliwie byli jego muzycznym trzonem. Nasze zainteresowanie zespołem stało się więc nieco bardziej umiarkowane.

Trochę później ogłoszono jednak koncert w czeskim Hradec Králové, w ramach festiwalu Rock for People. Miasto to leży tak blisko naszego miejsca zamieszkania, że to prawie jakby grali u nas na podwórku. No wstyd się nie wybrać... Postanowiliśmy jednak urozmaicić jakoś tą wyprawę i zrobić wywiad video z zespołem.

3 lipca był dniem niezwykle deszczowym. Przez prawie całą drogę lał rzęsisty deszcz, dając niezbyt optymistyczne perspektywy na oczekiwanie na koncert w chłodzie i błocie. Mimo to dobre humory nam dopisywały, w końcu jakby nie było opuszczamy granice tego biednego krajiku. Na miejsce dojechaliśmy bez jakichkolwiek przeszkód, odpowiednio wcześnie, by zdążyć przeprowadzić wywiad. Paramore mieli opóźnienie, przez co cała sprawa przez moment stała pod sporym znakiem zapytania, ale ostatecznie nie minęło wiele czasu, a już byliśmy eskortowani na backstage vanem, którym zespół dopiero co przyjechał z Pragi. Przywieziono nas do sporych rozmiarów namiotu polowego, umieszczonego na tyłach głównej sceny T-Music, który pełnił rolę szatni zespołu. Na ścianie wisiała rozpiska godzinowa na cały dzień, co było bardzo ciekawą i pouczającą lekturą. Minęło zaledwie kilka minut, zdążyliśmy rozstawić sprzęt i oto pojawiła się najpierw Hayley, która oczywiście z miejsca mnie rozpoznała i przywitała się z nami jak z dobrymi przyjaciółmi. Zaraz potem Taylor, na którego odruchowo też się rzuciłem, potem sobie pomyślałem, że być może wykazałem się przesadnym okazywaniem radości względem jego osoby. Na koniec pojawił się poczciwy, bełkoczący, ale radosny jak zawsze Jeremy.

Wywiad poszedł sprawnie a efekty naszych poczynań możecie zobaczyc na youtube i stronie paramore-music.com. Potem jeszcze krótka pogawędka, zdjęcia (tym razem indywidualne, a jak!) no i niestety pożegnanie, gdyż czasu było już bardzo mało (spotkanie opóźniło się o godzinę). Mimo to było bardzo sympatycznie, widać było że dla zespołu również. Nawet podczas robienia zdjęć wszyscy się dobrze bawili, a przecież robili sobie już takich zdjęć tysiące.

Po spotkaniu zwinęliśmy sprzęt i zostaliśmy odeskortowani z powrotem busem. Było to bardzo miłe i wygodne, gdyż całe zaplecze festiwalowe było bardzo obszerne. Łatwo było się zgubić, a poza tym trzebaby było przejść spory kawał drogi. Na szczęście pogoda zrobiła się trochę lepsza i przestało padać.

Zanieśliśmy sprzęt do samochodu i wróciliśmy na teren festiwalu, tym razem od drugiej strony sceny - czyli frontalnie. Ustawiliśmy się w ostatnim rzędzie, gdy Sum 41 właśnie rozpoczynał swój występ. Nigdy nie byłem wielkim fanem Derycka, ba - przez lata zazdrościłem mu żony, a potem po prostu irytował mnie małpowaniem Billiego Joe. Mimo to występ formacji mnie ciekawił - jakby nie było, to jednak Kanadyjczycy. Koncert okazał się bardzo fajny. Publiczność bardzo żywiołowo się bawiła, dzięki czemu po kilku intensywnych przepychankach już na drugiej piosence byliśmy prawie pod samą sceną. Walka była ostra ale zdecydowanie było warto.

Kawałki Suma były czasem nawet przyjemne. Taki melodyjny pop punk, czasem z domieszką bardziej thrashowego tempa. Słychać było inspirację Derycka Metalliką. Zresztą po cichu liczyłem na jakieś cytaty i się nie przeliczyłem... W pewnym momencie Deryck zapytał czy są tu jacyś fani muzyki metalowej. Bardzo wiele osób podniosło ręce, a potem zaczęło się skandowanie wiadomej nazwy... Deryck więc uraczył nas obszernymi cytatami z Master of Puppets (wraz z pełnym szybkim solem odegranym przez gitarzystę solowego!) oraz z Sandmana. Przez ostatnie dni strasznie mnie bolało, że odpuściłem Metallikę w tym roku i oto dostałem małą rekompensatę. Bawiłem się świetnie i zdecydowanie Whibley sobie u mnie zaplusował tym gestem.

Po Sumie pod sceną się trochę przerzedziło, ale kilka rzędów za nami mimo wszystko wciąż stało, więc warto było walczyć o pozycję. Dawno już nie byłem na koncercie Paramore, na którym mogłem skupić się w 100% na zabawie, zamiast na walce o pozycję. Było tak tylko 2 razy - w Berlinie i w Kolonii w 2009 roku. I teraz był 3 raz.

Ale po kolei. Był to pierwszy koncert na tej letniej mini-trasie europejskiej, więc nie do końca wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Jako pierwsi na świecie zobaczyliśmy więc nową dekorację sceny - czaszki przypomniały mi typową ikonografię stosowaną przez Metallikę i Pusheada, a kwiatki... skojarzyły mi się z Avril i z Goodbye Lullaby. I w sumie można w wielkim uproszczeniu powiedzieć, że Paramore to skrzyżowanie Metalliki z Avril, więc wszystko się zgadza :D Zespół pojawił się także z nowym perkusistą, byliśmy więc ciekawi, jak to wszystko wypadnie.

Koncert zaczął się punktualnie. Gasną reflektory i rozbrzmiewa krótkie intro w postaci prostego riffu. Po chwili wchodzi perkusja ze stopą, trochę nierówno. Słychać nabicie i słyszymy główny riff do That's What You Get, chociaż daje się we znaki jeszcze nie do końca zgrana konfiguracja zespołu, gdyż nie wszyscy wchodzą w odpowiednim momencie. Mimo to pozytywna energia bije ze sceny od samego początku - Hayley jak zwykle fika salta na scenie, Jeremy tym razem na lewej flance atakuje bez wytchnienia, od razu nas rozpoznając i do nas świrując pawiana, zamienia się szybko z Taylorem miejscami, więc mamy wszystkich w zasięgu. Kawałek skoczny i radosny więc zabawa trwa już od pierwszych chwil. Do tego żadnego naporu publiki, dużo miejsce na airdrumming i wszystko inne, blisko sceny, dużo powietrza, pełen luksus, warto było się przeciskać na Derycku.

Hayley wymachuje lwią grzywą, perkusista pokazuje nieco inny styl gry, urozmaicając utwory fajnymi przejściami. Wszyscy weseli, w świetnych humorach i w świetnej formie. Po pierwszej porcji energii krótka przerwa, Hayley wita się z czeskimi fanami, a po słynnych słowach "We are PARAAAMOOORE!" rozbrzmiewa charakterystyczny riff do Misery Business. Jest trochę dziwnie bez Josha, ale ostatecznie trójka z nich nadal tu jest, więc jest świetna atmosfera. Ludzie radośnie skaczą. Na drugiej zwrotce Hayley wczołguje się na skrzynię przy naszej krawędzi sceny i potem nie bardzo umie z niej zejść. Bardzo pocieszny jest to moment :) Perkusista dodaje sporo swoich smaczków, co brzmi świeżo. Nie stara się naśladować stylu Zaca i bardzo dobrze.

Następnie zespół nie zwalnia tempa i słyszmy kolejną szybką piosenkę z Riot!, czyli For A Pessimist. Bardzo ciepło przywitane zostaje kolejne w secie Ignorance. Nie ma co, piosenka świetnie sprawdza się na koncercie. Ale zwrócić uwagę trzeba przede wszystkim na funkcję dodatkowych muzyków. Więcej jest elementów, które znamy z albumowej wersji, jak charakterstyczne klawisze w trakcie zwrotek. To akurat fajny element. Mieszane uczucia za to wywołały we mnie zaskakujące wokalizy "HEY!" oraz te pod refrenami. W wersjach albumowych jest to jedna z najlepszych rzeczy, bo nakłada się na siebie kilka warstw głosu Hayley. Gdy te same partie wykonuje facet, to już wypada to trochę inaczej. Ale może to kwestia przyzwyczajenia. Albo po prostu było to zbyt głośno wpuszczone w mix i dlatego trochę raziło.

Po Ignorance trochę spokojniejsza piosenka z BNE czyli Playing God. Najpierw jednak Hayley mówi do mikrofonu, że to pierwszy koncert po dłuższej przerwie i że była strasznie poddenerwowana przed występem, ale wszyscy się fajnie razem bawią i że jest fajnie :) W Playing God ponownie słychać fajne nowe przejścia na perkusji. Piosenka ładnie brzmi na żywo, zwłaszcza bas daje radę w zwrotkach.

Dalej zespół zwalnia tempo jeszcze bardziej i słyszymy romantyczne The Only Exception. Tutaj wszyscy się ładnie razem bujają z rękoma w powietrzu, jest kilka zapalniczek. Ładny moment koncertu, jak zawsze zresztą. I można pozawodzić niczym Arkapa w refrenach. "Youuu.. Aaaaree..." Słychać jednak, że Hayley miała drobne problemy z głosem - nie udało jej się wyciągnąć wysokiej partii w drugiej zwrotce. Publiczność zgromadzona na festiwalu pięknie odśpiewała partię przed ostatnim refrenem. Oczywiście nie można zapomnieć o zwyczajowych efektach pirotechnicznych podczas ostatniego refrenu. Co ciekawe, iskry opadały na stelaż z reflektorami który był poniżej. Przez moment zastanawiałem się, czy nie będzie jakiegoś pożaru :)

Po tym hicie, Hayley zapowiada, że teraz wykonają nową piosenkę, której nawet dobrze wszyscy razem nie przećwiczyli przed koncertem. Zespół ćwiczył osobno, a Hayley nie zjawiła się na wszystkich próbach, bo była chora. Jej obawy jednak były bezpodstawne - utwór wypadł świetnie. Było to nie byle co, bo w końcu ŚWIATOWA PREMIERA najnowszego singla! Byliśmy pośród ludzi, którzy usłyszeli go na żywo jako pierwsi na świecie. HA! Refreny fajnie się śpiewało razem z Hayley. Chórki po raz kolejny robił koleś w tle.

Następnie Hayley zachęca do tańców i już wiadomo, że będzie Crushcrushcrush. Koncertowy killer, ciężko wyobrazić sobie set Paramore bez niego. Przed kawałkiem Hayley zabawia się trochę w Billiego Joe i wykrzykuje wokalizy tak, by publiczność po niej powtarzała. Tutaj wyjątkowo dały się we znaki jej problemy z głosem.

Kolejnym kawałkiem jest Pressure. Jeremy pomimo wcześniejszych wątpliwości (czy scena nie będzie mokra i czy nie upadnie) wykonał flipa, chociaż był moment, że wydawało mi się, że może się nie uda. Jednak się udało, a publiczność jak zwykle żywiołowo przyjęła jego cyrkowy wyczyn.

Brick By Boring Brick było ostatnim kawałkiem w secie, a podczas niego tradycyjnie z dmuchaw poleciały kolorowe papierki a'la confetti. Klimat wielkiej rozpierduchy na koniec koncertu udzielił się każdemu. I tak oto skończył się pierwszy czeski koncert Paramore!

Podsumujmy zatem. Był to dopiero mój drugi koncert Paramore na powietrzu i ósmy w ogóle. Na szczęście trochę negatywne wrażenie po ostatnich koncertach w Londynie zostało zatarte. Po prostu ten głupi, prze-produkowany koncert jeszcze z trasy Honda Civic Tour psuje wrażenia. Paramore najlepsi są, jak po prostu koncentrują się na graniu i na kontakcie z publiką - kiedy ich zachowania na scenie są spontaniczne, a nie kiedy odgrywają choreografię, która już przy drugim razie zaczyna strasznie nudzić. No i Hayley się normalnie ubrała, a nie jak Michael Jackson. Koncert był dosyć krótki (każdy zespół miał nie więcej niż godzinę czasu, nawet grające później Bullet for My Valentine), ale przypomniał nieśmiertelną zabawę w klubie w Monachium. Szybki strzał energii i po chwili nie wiesz co się z Tobą działo. W setliście same dobre piosenki, bez przynudzania. Kontakt z zespołem świetny, zwłaszcza z Jeremiaszem, który stał bezpośrednio przy nas i ciągle świrował do nas pawiana. Poza tym dobre nagłośnienie (nawet blisko sceny, co się rzadko zdarza) no i swobodna zabawa w pierwszych rzędach, bez konieczności trwania w ścisku i kretyńskiej walki o przetrwanie - było pięknie!

Jak się jednak okazało, wśród zaledwie kilku koncertów granych w Europie na tym legu, ten miał unikatową setlistę, bo zaczął się od tandemu That's What You Get/Misery Business, podczas gdy pozostałe koncerty zaczynały się od Ignorance/Feeling Sorry. No i pierwsze w historii wykonanie na żywo bardzo udanej piosenki Monster - ten koncert był absolutnie wyjątkowy i tak go zapamiętamy!

 

 

 

 

 

 

 

blog comments powered by Disqus

000webhost logo