ANNA PHOEBE
01.06.2013
Sebright Arms
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
07.08.2013

5 października 2009 roku, mały klub muzyczny we Frankfurcie nad Menem, pierwszy mój koncert Oi Va Voi. Fantastyczny koncert, niesamowita chemia na scenie. Ale to podczas intra do utworu Crimea wibracje wystrzeliły mnie na orbitę. Anna Phoebe totalnie "skradła show" i natychmiast znalazła się pośród moich ulubionych artystów. Prawie 4 lata czekałem, aby zobaczyć ją wreszcie na żywo z własnym zespołem i własnym materiałem.

Sebright Arms to mały klub muzyczny, połączony z typowym, bardzo gustownym angielskim pubem. Sala koncertowa jest tam mała, ciasna, intymna - scena prawie równo z podłogą gwarantuje bardzo bezpośredni kontakt w muzykami.

Anna pojawiła się na scenie w konfiguracji full band, w towarzystwie muzyków z grupy Jurojin. Co jednak ciekawe, tym razem zespół został przedstawiony jako Anna Phoebe Band, a nie, jak to niegdyś bywało Anna Phoebe & Jurojin. Może dlatego, że wielkimi krokami zbliża się premiera trzeciego albumu Anny i wieczór był poświęcony głównie prezentacji nowego materiału.

Za gitary odpowiedzialny był Nicolas Rizzi - pojawiały się zarówno w wersji elektrycznej, jak i akustycznej, jak np. w nowym utworze In Continnum. Na bębenkach tabla zagrał Simran Ghalley ubrany w gustowny turbanik. Był to pierwszy koncert z wykorzystaniem tego instrumentu, na którym byłem i muszę przyznać, że do światowego (w sensie 'world music') repertuaru Anny pasuje on doskonale. Na basie Yves Fernandez - bardzo sympatyczny gość, nie wychylał się za bardzo w czasie koncertu, z drugiej strony bas ma dużo do powiedzenia i opowiada "swoje" historie. Na perkusji zaś dziki Francesco Lucidi - gra technicznie i różnorodnie, ale nie przekombinowuje, jego partie są integralną częścią całości i świetnie punktują dynamikę utworów.

No właśnie, jeśli chodzi o repertuar, to bardzo czekałem, aby nareszcie usłyszeć stare utwory Anny na żywo, zwłaszcza z mojej ulubionej płyty Gypsy. Anna jednak tym razem zrezygnowała ze swojego dotychczasowego dorobku i postawiła na prezentację materiału na nowy krążek. Anna zrezygnowała z grania klasyków na rzecz sprawdzenia, jak sprawuje się już ukończony materiał na trzeci krążek w warunkach koncertowych.

A sprawuje się absolutnie fenomenalnie. Pod względem muzycznym to zdecydowanie najlepszy materiał, jaki stworzyła. Łączy on unikalną atmosferę Bliskiego Wschodu charakterystyczną dla płyty Gypsy z mocnymi, rockowymi brzmieniami które kojarzą mi się przede wszystkim z drugim krążkiem, Rise of the Warrior. A do tego wszystkiego jest mnóstwo smaczków, każdy utwór zaskakuje wieloma ciekawymi pomysłami, aranżacje są dynamiczne i zróżnicowane, mamy tu wielkie bogactwo brzmień i melodii. Są harmonie, inteligentnie wlecione pauzy, zmiany tempa i dramatyczne wprowadzenia nowych motywów. To po prostu trzeba usłyszeć, najlepiej na żywo.

Ponadto zespół był well-rehearsed, więc mieliśmy do czynienia z perfekcją także w zakresie samego performance'u. Były zaczepne dialogi między Anna a resztą muzyków, ponadto każdy miał okazję zabłysnąć, nawet Simran we wspomnianym już utworze In Continuum. Brzmienie gitary elektrycznej wyjątkowo mi się podobało, było bardzo ciepłe i miękkie i znakomicie pasowało do całej reszty. W ogóle pozytywnie zaskoczony byłem jakością nagłośnienia - przyzwyczaiłem się, że w małym klubach bywa z tym różnie, ale tu było naprawdę zawodowo. Ani za głośno (stopery nie były potrzebne), ani za cicho, dobre proporcje poszczególnych instrumentów (chociaż wiadomo, że skrzypce były na pierwszym planie :)) i znakomite brzmienie całości. Słychać było, że gra zespół złożony ze świetnie zgranych muzyków i że grają RAZEM, a nie każdy dla siebie.

Anna była w znakomitym humorze, uśmiech nie schodził jej prawie w ogóle z twarzy, zresztą często się nimi wymienialiśmy, bo kontakt wzrokowy na tym gigu to była normalka. Raz nawet było jak na Katy Perry, taki mini-konkurs na to kto odwróci wzrok :) Ewentualnie Annę zaintrygowała moja prawdopodobnie wybitnie głupia mina, bo w pewnym momencie dosyć mocno zacząłem przygryzać sobie wargi, niczym w czasie szczytowania. Ale niewątpliwie, był to stan najwyższego muzycznego uniesienia, a nasza dzielna skrzypaczka doskonale zdaje sobie z tego sprawę, bo mało kto tak jak ona potrafi pobudzić obieg energii między sceną a resztą pomieszczenia :)

Przed jednym z utworów Anna postanowiła dłużej opowiedzieć o nadchodzącej płycie i zdradziła, że na jednym z utworów gościnnie wystąpił Ian Anderson z Jethro Tull, co było dla mnie informacją nową i wywołało mój szczery podziw (zauważyłem, że oprócz mnie, na sali jeszcze jedna osoba ze zdumienia podniosła brwi). Co ciekawe, utwór stylistycznie nieco kojarzy mi się z Iron Maiden. Ten główny motyw - zupełnie jak z Fear of the Dark.

W nowym repertuarze bardzo fajny jest silny akcent na perkusję. Mamy sporo nieregularnych podziałów, jak np. w A Singular Mind, który w ogóle jest przykładem na mistrzowski aranż w wykonaniu Anny. Poza tym bardzo podobają mi się te melodyjno-harmoniczne rytmiczne pasaże, które w zasadzie splatają cały utwór. Zaś w środku The Duel mamy przegenialnie zaimplementowaną pauzę, po której wchodzi zaczepnie podrygująca gitarka, przy której ciężko nie pokręcić tyłeczkiem. No i świetne solo w wykonaniu Anny, które wcale nie jest czymś nagminnym, bo dziewczyna potrafi zachować umiar i zostawia dużo miejsca każdemu muzykowi.

O poszczególnych utworach mógłbym jeszcze długo rozpisywać się w samych superlatywach, ale tego materiału trzeba po prostu posłuchać. Premiera już niebawem - planowana jest na początek roku 2014 ;) Jak to dobrze, że moja maszyna do podróżowania w czasie jest sprawna, dzięki czemu utwory już znalazły swoje miejsce na moim twardym dysku :) Na koniec wspomnę jeszcze o wybornym Hailstones, które zakończyło gig - i nie bez powodu. Jego galopujący, delikatnie bluesowy groove potrafi w ciągu zaledwie 3 minut wywołać poważny ból karku, a głowa nie chce się przestać ruszać nawet, gdy instrumenty milkną.

Słowem podsumowania, był to jeden z tych gigów, które wywróciły mi odbyt na lewą stronę. Krótki set (bo zaledwie godzinny), mały gig, kameralne audytorium i bezpośredni kontakt wzrokowy z muzykami podczas gigu - trudno o pełniejsze doświadczenie muzyczne (oczywiście poza zagraniem koncertu samodzielnie :D). Był to piękny wieczór, który bez wysiłku wszedł do "top 5" najlepszych klubowych koncertów, na jakich byłem, obok słynnych Paramore w Monachium czy Katy Perry w Berlinie.

A najlepsze jest to, że delirka z odstawienia nie potrwa długo, bo już w połowie sierpnia kolejna odsłona Anny Phoebe na żywo - tym razem w wydaniu akustycznym... I jak tu nie kochać Londynu?

 

blog comments powered by Disqus