ANNA PHOEBE
14.08.2013
The Islington
London
____________________

GALERIA

MEET & GREET

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
07.10.2013

Jakoś tak się ostatnio "dziwnie" składa, że każdy mój przyjazd do Londynu zbiega się w czasie z koncertem Anny. Ponieważ coś takiego jak zbieg okoliczności nie istnieje, po przylocie do Londynu 9 sierpnia oczywiście nie mogło mnie zabraknąć 5 dni później w pubie Islington.

Nazwa może być troszeczkę myląca - to nie jest to samo venue, co słynne Islington Academy. Jest to (nie)zwykły pub z niewielkim pomieszczeniem z jeszcze niewiększą sceną, natomiast znane szerzej Academy mieści się nieopodal i jest to hala znacznie większa.

Tym razem Anna wykorzystała sposobność, by otworzyć wieczór przed czarnoskórą wokalistką Bumi Thomas, prezentując krótki, akustyczny set w duecie z Nikiem Rizzi. Zjawiłem się na miejscu odpowiednio wcześniej i jeszcze przed wejściem do pubu wypatrzyłem Annę w środku, rozmawiającą ze swoim gitarzystą. Nie namyślając się długo podszedłem bezpośrednio do nich by się przywitać (przy poprzedniej okazji, na gigu w Sebright Arms, nie było za bardzo ku temu warunków, ze względu na strasznie głośną muzykę w klubie). Zostałem przywitany bardzo serdecznie i po chwili sympatycznej rozmowy postawiono mi piwo w barze, własnego wyboru :D

Set można podsumować starym porzekadłem - krótko, acz treściwie. Anna i Nic zaprezentowali 5 utworów, w akustycznych aranżacjach "stripped-down". Wtedy właśnie najlepiej widać, czy utwory są naprawdę dobre i czy potrafią być nadal interesujące bez pełnego zespołu, czy gładkiej produkcji w studiu. Nie będzie zapewne zaskoczeniem, jeśli potwierdzę, że jak najbardziej repertuar broni się znakomicie w tej stylistyce.

Muzycy zaprezentowali cztery nowe utwory (które znajdą się na zaplanowanej na listopad EPce) oraz jeden klasyczny. Zaczęło się od świetnego The Duel, utrzymanego w stylistyce tango. Aranżacja tego utworu i jego dynamika są fantastyczne, a akustyczna wersja tylko podkreśliła te zalety. Podobnie jak w wersji full-band, tak i tutaj fantastycznie wkomponowany w aranżację jest moment, w którym po krótkiej pauzie, Nic zapodaje charakterystyczną melodyjkę, a Anna chwilowo schodzi na dalszy plan. Znakomicie zabrzmiały oba jej sola, jak zwykle znalazło się trochę miejsca na delikatne, improwizowane wariacje niektórych fraz.

Następne w kolejce było Embrace - od którego EPka wzięła swoją nazwę. Wówczas jeszcze nie doceniałem tego kawałka, więc przyznać muszę że średnio byłem nim zachwycony. Później okazało się, że potrzebowałem po prostu więcej czasu, żeby się z nim oswoić, bo teraz uważam, że jest absolutnie fantastyczny. Przywołuje te żydowskie klimaty, w których Anna tak dobrze odnajdowała się, grając z Oi Va Voi.

Następnie moment, na który czekałem od bardzo dawna. Jeden z moich absolutnie ulubionych utworów z pierwszej EPki sygnowanej nazwiskiem Anny - Gypsy. A ściślej, Bombay to Beirut, geniusz w najczystszej postaci. Co prawda wolałbym po raz pierwszy usłyszeć ten utwór w wersji full band, ale ten moment miał nadejść niebawem tak czy owak :) Akustyczna wersja oczywiście fantastyczna, świetnie zabrzmiała zwłaszcza flażoletowa zabawa Anny podczas "przekomarzanek" z Nikiem. Mistrzostwo i ciary na całym kręgosłupie, orbituję gdzieś wysoko nad ziemią, jest pięknie!!

Anna była - jak zwykle zresztą w - znakomitym humorze i bardzo dużo przemawiała między utworami, może nawet zbyt dużo (zamiast tego mogli zagrać jeszcze jeden kawałek). Oczywiście nie mogło się obyć bez wspomnienia dotyczącym brzuszka, na co skrzypaczka próbowała zwalić winę za skrzypce, które wskutek dosyć wysokiej temperatury na scenie złośliwie nie chciały trzymać stroju. Zapowiadając kolejny utwór, In Continuum, przedstawiła punkt widzenia na muzykę, który mocno zbiega się z moim - dotyczący tego, jak instrumenty potrafią nas zabrać w rozmaite podróże i dla każdego jest to podróż zupełnie inna.

Tu jednak bardzo mocno zabrakło Simrana na instrumencie zwanym tabla. Poza tym jest to chyba jedyny kawałek, który moim zdaniem nieco przynudza w końcowej części, chociaż ma też momenty bardzo dynamiczne i niemalże metalowe w swojej konstrukcji i brzmieniu, które jest mocno riffowe :) Ale ta końcówka, która się strasznie śmalazarzy, jeszcze bardziej się śmalazarzyła w wersji akustycznej - brakowało trochę jakiegoś dodatkowego brzmienia, żeby wypełnić przestrzeń.

Za to ostatni kawałek jak zwykle zerwał mi metkę z majtek. Hailstones, które chwilę potem zmieniło nazwę na Awaken - mój ulubiony utwór z całego nowego repertuaru Anny. Porwał mnie do tańca jeszcze w Sebright Arms i od tamtej pory leci do góry na last.fm nieugięcie. Szkoda, że w międzyczasie zaliczył zmianę tytułu, bo nie będzie to tak dobrze widoczne w statystykach :) Wersja akustyczna nie zabrzmiała oczywiście tak figlarnie i rockowo, ale ponieważ jest to utwór o mocno folkowym namaszczeniu, odnalazł swój unikalny charakter i w tej formie. Znów ciary i ciężko nie poruszać łbem na boki :)

Po raz kolejny potwierdziło się, że niesamowite muzyczne przeżycie nie musi trwać długo. Ba, ten występ trwał niecałe pół godziny, a zaliczam go do jednych z najlepszych, jakich miałem okazję doświadczyć. W końcu jak wiele doświadczeń jest nam w stanie zaaplikować niemal 30 minut ciar non stop? No właśnie. Tego nie zagwarantuje nawet najbardziej wypasiona suszarka. A Anna dostarcza i to bez większego wysiłku :)

Reszta wieczoru była nie mniej sympatyczna, zapomniałem już jak smak piwa wzbogaca zacne towarzystwo :) Owoce tego spotkania szybko wyrosły na świeżo zasadzonym drzewie - ale o tym w jednej z kolejnych relacji!

 

blog comments powered by Disqus