GREEN DAY
21.08.2013
O2 Brixton Academy
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
09.01.2014

Dzieje tego koncertu były bardzo dramatyczne. Wszystko zaczęło się od koncertu The Pretty Reckless, który miał się odbyć 22 sierpnia w Londynie. Ogłoszono go jeszcze jak byłem w Polsce i kiedy nawet nie miałem jeszcze dokładnego planu emigracyjnego. Mimo to kupiłem bilet, po pierwsze jest to u mnie w tej chwili topowa nowoodkryta kapela której jeszcze nie widziałem na żywo, po drugie przyświecało mi podejście "teraz to już nie będzie odwrotu, bo przecież mam bilet na koncert". Tak na wypadek, gdybym w ostatniej chwili "speniał", albo próbował odwlekać przeniesienie swojego dupska do lepszego świata. Świata muzyki!

No więc, tak też się stało. Desant na zielone ziemie nastąpił w drugim tygodniu sierpnia. Po drodze rzucono mi jeszcze pod nogi akustyczny mini-koncert Anny Phoebe i zaledwie z tygodniowym wyprzedzeniem zapowiedziano prawie-klubowy koncert Green Day - który miał się odbyć zaledwie dzień przed TPR! Szykowało się więc nie lada powitanie nowego brytyjskiego obywatela - 3 koncerty wyśmienitych artystów, wszystko w ciągu niemal tygodnia!

Potem jednak doszedł element dramatyczny. Całą trasę po Europie TPR niespodziewanie anulowano, a na GD po raz pierwszy w 10-letniej historii jeżdżenia na koncerty nie udało mi się kupić biletu, pomimo tego że specjalnie wstałem wcześnie rano z gotowymi kilkoma kartami płatniczymi i kredytowymi, żeby dokładnie o "godzinie zero" zakupic sobie wejściówkę na to niepowtarzalne wydarzenie. Trzeba bowiem zaznaczyć, że doświadczenie zespołu tego formatu w tak małym venue, jakim jest Brixton Academy, to nie lada zaszczyt i dla GD jest to już praktycznie koncert "klubowy".

Ażeby jednak nie było tak wesoło, w pewnym momencie z dwóch fantastycznych i wyczekiwanych gigów dzień po dniu, nagle zostało zero. Wszystkie bilety rozeszły się dosłownie w ciągu minuty. Postanowiłem jednak się nie poddawać i zacząłem buszowanie po forach, last.fm-ach itd. Ostatecznie dzień przed gigiem mogłem wybierać w trzech ofertach, a zaznaczyć należy, że rozważałem jedynie oferty z ceną face-value.

W miarę wcześnie rano pojechałem więc na miejsce metrem i bez żadnego problemu odebrałem swój bilet od sympatycznej forumowiczki z niezwykle przyjazdnego forum Green Day Community. Pozostało ustawić się w kolejce i wyczekać rutynowe kilka godzin do otwarcia drzwi.

Łatwo nie było, bo pogoda wyjątkowo tego dnia dopisała i słońce dawało trochę popalić. Zwłaszcza, że siedziałem na asfaltowym chodniku. Na szczęście po trzech godzinach słońce przeszło na drugą stronę budynku i resztę dnia spędziłem w cieniu. Te trzy godziny wystarczyły jednak, by rozgrzać moją łysawą łepetynę, co niestety odbiło się na stanie nawodnienia organizmu i ogólnej witalności przez resztę wieczoru.

W międzyczasie mieliśmy okazję usłyszeć przez boczne drzwi soundcheck. Wśród zagranych piosenek ku mojej radości znalazło się Sassafras Roots - co niejako potwierdziło spekulacje, jakoby zespół miał zagrać w całości album Dookie.

Nie był to jednak koniec dramatycznych przygód. W pewnym momencie zostałem wyciągnięty z tłumu przez groźnego, czarnego policjanta-tajniaka, który mógłby robić za dublera partnera Mela Gibsona w pewnej znanej serii filmów. Po wylegitymowaniu się i zapewnieniu, że nie jestem złodziejem, mimo że pochodzę z Polski, pan władza z serdecznością zapewnił mnie, że mogę wróci do kolejki i że jeśli zauważyłbym cokolwiek niepokojącego, mogę to zgłosić policji która stacjonuje tuż za rogiem. Tego jeszcze nie było! Raz mnie zawieziono na komisariat PO koncercie, ale jeszcze nigdy nie chciano mnie aresztować PRZED! :)

Było też więcej wesołych zdarzeń. W pewnym momencie w kolejce zawrzało i wszyscy patrzyli na linię okien na górnym piętrze. Okazało się, że to sam Tré wyjrzał przez okno, by zrobić zdjęcie oczekującym i wrzucić je na Instagrama!

To jednak nadal nie koniec dramatycznych przygód! Tuż przed otwarciem bram przez kolejkę przewinął się jeden z pracowników ochrony, pytając wszystkich po kolei, kto ma telefon w O2. Nie wyglądało to zbyt dobrze - po chwili uformowano dwie osobne kolejki, jedną specjalnie dla tych posiadających telefon w owej sieci. Okazało się, że wszyscy będący w O2 wchodzą priorytetowo, a my - fani z "zagranicy" (obok mnie np. dwie sympatyczne Włoszki, które przyleciały tego samego dnia specjalnie na koncert) musieliśmy poczekać. Niestety, ludzi "wyjątkowych" było więcej, niż garstka. Śmiem szacować, że pomimo iż pierwotnie przede mną w kolejce było tylko kilkadziesiąt osób, patrzyłem jak z priorytetowej kolejki wchodzą setki, jeśli nie ponad tysiąc. Naprawdę ręce mi w tym momencie opadły - cały ten wysiłek, trudności z zakupieniem biletu, wypalanie mózgu na słońcu, starcie z gliniarzem-tajniakiem tylko po to, by wpuścić przed siebie patałachów z O2?

W końcu otworzono i naszą kolejkę. Oczywiście pobiegłem prosto pod scenę i odetchnąłem z ulgą. Najwyraźniej sporo tych ludzi co zdołali wejść, to byli casuale, którzy najpierw musieli udać się do szatni, toalet, baru, stoiska z merchem. W efekcie byłem może w piątym rzędzie na starcie, a potem oczywiście było tylko lepiej. Uff. Formalności i sprawy organizycyjne mamy więc wreszcie za sobą, pora się skupić na muzyce.

Cóż, tak się złożyło, że od koncertu minęło już sporo czasu i pewnych trudności przysparza mi przypomnienie sobie supportu. Wiem, że jakiś był... Zdaje się, że jakiś koleś grał na gitarze i śpiewał... i był jeszcze jakiś drugi koleś... Ale nawet nie pamiętam, jak się nazywali. A skoro tak, znaczy to, że nie było to nic godnego zapamiętania, na tym więc poprzestanę rozwijanie akapitu dotyczącego supportu.

Przejdźmy do różowego królika, który przy dźwiękach The Ramones i punkowego hymnu Blitzkrieg Bop rozgrzał publiczność do gorączki! Potem zaś nowe intro, którym GD po raz kolejny pokazują, że są fanami Metalliki, mamy bowiem motyw muzyczny Ennio Morricone z tego samego filmu, tylko że tytułowy The Good, The Bad and the Ugly. Utwór ten nie ma tej dramaturgii, co Ecstasy of Gold, ale skoro ten drugi jest już zarezerwowany od ponad 30 lat jako otwieracz koncertów, trzeba było wybrać inny :)

W końcu na scenie pojawiają się muzycy i na końcu Billie Joe. Muszę przyznać, że dobrze znów go widzieć na scenie. Wprawdzie ostatnio widziałem go zaledwie rok temu, na scenie berlińskiego Wuhlheide, był to jednak jeden z ostatnich koncertów przed odwykiem i niespodziewaną przerwą działalności zespołu. Wtedy naprawdę nie było wiadomo, co będzie dalej. Oto jednak Green Day znów jest na scenie, zregenerowany, gotów do walki i promowania trylogii. Billie pełen życia, chociaż trochę jakby bardziej zachowawczy, ostrożny... Ciężko to opisać. Odrobinę mniej pewny siebie na scenie, ale tylko odrobinę. Widać to było naprawdę dopiero z bliska. To wciąż ten sam znakomity showman, będący w stanie od pierwszej sekundy porwać dosłownie całą salę i dyrygować wielkim tłumem, który ma u swoich stóp.

Zaczynamy tam, gdzie skończylismy ostatnio - czyli od 99 Revolutions. Nie mam nic przeciwko tej piosence, wręcz ją lubię, ale jako otwieracz moim zdaniem sprawdza się przeciętnie. Idealnym otwieraczem dla GD jest jednak Welcome to Paradise - tak jak rok temu. To taki greendayowy odpowiednik Creeping Death - pełna eksplozja, która następuje zaraz po intrze :)

Potem mamy Know Your Enemy - jedyną w zestawieniu tego wieczoru piosenkę z 21st Century Breakdown. Oczywiście to też znakomita pora na obowiązkowe przyśpiewy "heyyy-oh". Billie pokazuje, że jest w dobrym humorze, zakładając śmieszne uszy rzucone przez kogoś z publiki. Potem na scenie ląduje młody fan, który tym razem zna tekst i jest gotów rzucić się w tłum, który nie nawala i go łapie. Wszystko przebiega jak należy :)

Dalej Stay the Night - mój ulubiony kawałek z całej trylogii, którego niefortunnie zabrakło rok temu w Berlinie. Klasyczny Green Day, znakomity koncertowy numer, natychmiast wpadający w ucho. Bardzo fajnie sprawdza się też wydłużona środkowa część z melodyjnymi zagrywkami Billiego na gitarze. Od tej pory ciężko mi sobie wyobrazić gig GD bez niego! Trylogię reprezentuje także Stop When the Red Lights Flash, który mogliśmy usłyszeć także w... Need for Speed Most Wanted. Cóż, można było wybrać ciekawszy utwór z ¡Dos!, ale trudno. W sumie wersja na żywo jest całkiem ciekawa, dzięki wydłużeniu instrumentalnej części, w której Billie znów stara się realizować swoje fantazje bycia gitarzystą solowym.

Potem powrót do czasów moich początków jako fana Green Day - mamy bowiem Letterbomb z płyty American Idiot, przywołujący miłe wspomnienia z roku 2005. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że ominąłem tamted koncert w katowickim Spodku. Podczas Letterbomb Billie pozwala sobie na dłuższą przemowę, w trakcie której m.in. wyznaje, że właśnie "gave up drugs". W sumie była dosyć poruszająca jak na "płytki" punk-rockowy koncert, więc nie będę się tu starał jej streścić. Słowa Billiego nadały jednak głębszego znaczenia temu wieczorowi.

Dalej zabawa trwa w najlepsze podczas Holiday. To piosenka, gdzie nie można przegapić ani jednego słowa, ani jednego zakrzyknięcia "hey!". Dużo śpiewania było także w obowiązkowym Boulevard of Broken Dreams. Tutaj publiczność zawsze ma spore pole do popisu. Ale nawet Billie był pozytywnie zaskoczony, gdy w trakcie przerwy cała sala bez żadnego polecenia zaczęła na całe gardła śpiewać "heeyy-oooh".

Potem jeden z najbardziej dynamicznych numerów z ¡Uno!, czyli Let Yourself Go. Kolejny, po Stay the Night, obowiązkowy kawałek koncertowy. Proste, bardzo punkowe i wpadające w ucho refreny nadają się idealnie na wspólne zdzieranie sobie gardła. Następnie zespół daje naszym strunom głosowym trochę odpocząc, wykonując Wake Me Up When September Ends. Billie ponownie zdaje się być nieco bardziej zaangażowany emocjonalnie w wykonanie.

Nadeszła pora na oczekiwany moment - Dookie w całości! Po kolei, od początku do końca. Mamy więc prawdziwy spektakl największych klasyków, jak i numerów bardzo rzadko granych, granych dawno temu lub niegranych w ogóle (z wyj. kilku gigów latem ubiegłego roku). Poza standardowymi hitami pokroju Longview, Welcome to Paradise (absolutny koncertowy killer), Basket Case, She, czy przereklamowanym When I Come Around (jak ja nie znoszę tej piosenki), najjaśniej zaświeciły zwłaszcza Sassafras Roots (prawdziwa perełka wczesnego GD, aż dziw bierze że piosenka była przez tyle lat "przeoczona") i Coming Clean. Zabrakło jedynie piosenki-żartu All By Myself, chociaż zdarzało się, że Tré randomowo wykonywał ją na koncertach.

Główny set zakończył się hat-trickiem w postaci dynamicznego St. Jimmy, nieoczekiwanego Waiting i obowiązkowego Minority. To był pierwszy raz, kiedy miałem okazję usłyszeć na żywo coś z bardzo lubianej przeze mnie i zdecydowanie niedocenianej, acz świetnej płyty Warning (nie licząc Minority, rzecz jasna). Szkoda tylko, że padło na Waiting - piosenkę, której nie trawię niemal równie mocno, jak When I Come Around czy 21 Guns.

Sekcję bisów otwiera kolejny obowiązkowy koncertowy killer - American Idiot, za którym podąża genialna suita Jesus of Suburbia. Można nie lubić zmiany wizerunkowej zespołu, która miała miejsce przy okazji premiery płyty American Idiot, ale ciężko się nie zgodzić z tym, że to muzycznie jedne z największych dokonań tria z Kalifornii, jeśli nie największe jak dotąd.

Czas na spokojne zakończenie koncertu - najpierw kolejna kwadratowa ballada Brutal Love (otwierająca ostatnią płytę trylogii) i oczywiście obowiązkowe Good Riddance.

Wspaniały koncert - wielki zespół w małym venue, sami prawdziwi fani, atmosfera zwycięstwa - powrotu po odwyku i Billiego, z którego emocji dało się wyczytać radość i wdzięczność za to, że znów może być na scenie. Billie, pomimo tego że znacznie bardziej skoncentrowany i nieco "ostrożny", wciąż jest tym samym genialnym showmanem, który bez wysiłku małym palcem potrafi dyrygować całym tłumem, wliczając w to ostatnie rzędy na najwyższym balkonie.

Trylogia reprezentowana była solidnie, aczkolwiek nie zdominowała setlisty, jak to się działo z American Idiot, a później z 21st Century Breakdown w swoim czasie. Z ¡Uno! pojawiły się: Stay the Night i Let Yourself Go. Zabrakło singlowego Oh Love, co mnie akurat bardzo ucieszyło. Zdecydowanie zabrakło natomiast Nuclear Family i Kill the DJ, chociaż ten drugi nie wypadł zbyt dobrze na tych paru gigach, na których był zagrany w 2011 i 2012 roku.

Z ¡Dos! usłyszeliśmy jedynie Stop When the Red Lights Flash. A szkoda, bo to właśnie na tej płycie jest garść wesołych kawałków, które każdy gig w mig zamieniłyby w skoczną imprezę: Fuck Time, Lazy Bones, Makeout Party czy Baby Eyes. Może następnym razem.

No i ¡Tré!: otwierające 99 Revolutions i pod koniec koncertu Brutal Love. Dobry wybór, ale znakomicie sprawdziłoby się przecież także Dirty Rotten Bastards czy nawet Walk Away. Ba, zabrakło nawet singlowego X-Kid.

Póki co zespół robi sobie przerwę i po trasie po Australii nie będzie kolejnych koncertów. Nie było więc nawet porządnej trasy promującej trylogię po Europie. Mam nadzieję, że po bardzo burzliwym okresie zespół zregeneruje baterie i pojawi się szybko z nowym, co najmniej równie dobrym co trylogia materiałem i pełnymi energii koncertami. Póki co jednak, gig w Brixton Academy wpisuje się do najlepszych koncertów, jakich miałem szczęście doświadczyć.

 

 

blog comments powered by Disqus