GABRIELLA CILMI
05.09.2013
Voodoo Vault
London
____________________

GALERIA

MEET & GREET

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
21.01.2014

Ten koncert to było zupełnie jakby widzieć Cilmi na żywo po raz pierwszy. Technicznie byłem już na jej koncercie - na "wicked" (jej słowo) czeskim festiwalu w 2010 roku, ale to była zupełnie inna era w jej karierze. Wszystko było wtedy zupełnie inne i do dziś panna Gabs wiele przeszła i całkowicie zrestartowała swoją karierę. W skrócie - nie podobało jej się to, że wraz z drugą płytą (muzycznie - bardzo dobrą) starano się skierować środek ciężkości jej kariery na seksownym wizerunku, zamiast na muzyce. A więc rozstała się ze swoimi dotychczasowymi opiekunami, zaczynając kompletnie od nowa - z nową płytą, na której po raz pierwszy mamy dokładnie taką muzykę, jaką Cilms chce dla nas śpiewać.

Wspomniany koncert był swoistym release party dla pierwszego właściwego, tytułowego singla z płyty The Sting. Sam album ukazał się ponad 2 miesiące później. Był to jeden z najmniejszych koncertów, na jakich kiedykolwiek byłem. Klub Voodoo Vault w Mayfair to bardzo schludne miejsce, idealne na kameralny gig. Podkreślał atmosferę, jaką Cilmi kreuje nowym repertuarem. Ale po kolei... Przed wejściem ustawiłem się w kolejce, w której stało jakieś... 5 osób. Po chwili pojawiła się sama Cilmi, swobodnie kręcąc się dookoła, witając się z nami uroczym uśmiechem i sympatycznym gestem dłoni. Można było swobodnie do niej podejść w każdym momencie, ale stwierdziłem, że nie będę zakłócał jej spokoju przed gigiem i zrobię to po. Ale w kontekście festiwalu w Czechach, na którym chcieliśmy się z Arkapą przekradać za kulisy skacząc przez ogrodzenie na tyłach sceny, było to dosyć zabawne :)

Po wejściu do środka rozsiadłem się wygodnie w loży "VIP" na skórzanej kanapie, z widokiem bezpośrednio na scenę. Po jakimś czasie przyszło nieco więcej osób, więc było więcej niż te najbardziej zatwardziałe 5 fanów na początku :) Ogólnie można powiedzieć, że w klubie zrobiło się całkiem tłoczno. Cały czas jednak była to atmosfera takiej prywatnej mini-imprezy, niż proper gigu. I bardzo dobrze!

Po krótkim supporcie, którym był jakiś koleś we flanelowej koszuli grający na gitarze i śpiewający miłe piosenki, nadeszła w końcu pora na gwiazdę wieczoru. Cilmi w prostej, ale bardzo eleganckiej czerwonej sukni, w zmysłowy sposób odsłaniającej ramiona, a nie wszystko inne jak to bywało w przeszłości. Wraz z zespołem ściśnięci w "kącie", będącym sceną w niniejszym klubie. Aby nieco rozładować atmosferę, Cilmi zachęciła publikę, aby podejść pod scenę, bo wszyscy się krępowali i gdzieś schowali. Zaczynamy!

Na dobry początek Symmetry - jeden z wiodących singli. Wpadający w ucho kawałek, oparty na gładkiej zagrywce na klawiszu. Na żywo brzmi równie dobrze, co w wersji studyjnej. Trzeba przyznać, że brzmienie zespołu jest bardzo profesjonalne. Niby mała scena, ale dźwięk ma szeroką panoramę, dużą głębię i ładną selektywność. Ktoś to ładnie wszystko poustawiał i naprawdę miło się tego słuchało. Idealne warunki na poznawanie nowego materiału (starałem się jak mogłem nie słuchać kiepskich nagrań z poprzednich gigów na yt).

W drugiej kolejności Don't Look Back - wyczekiwany przeze mnie utwór odkąd zobaczyłem na youtube zajawkę nowego albumu z instrumentalnym fragmentem tejże piosenki... wiele miesięcy temu. Ta piosenka tylko mi przypomina o tym, jak długo trzeba było czekać na nowy album Cilmi. Ale warto było, dla takiego materiału - aranżacje wszystkich piosenek są fantastycznie dopracowane. A Don't Look Back, no cóż... Merytorycznie nie może ze mną bardziej rezonować. Muzycznie - świetnie brzmi na żywo, zwłaszcza fajnie przemyślana i dobrze gruwiąca sekcja rytmiczna.

Trzecim utworem jest Not Sorry - absolutnie fantastycznie brzmiące na żywo. Niesamowita przestrzeń brzmieniowa, ujmuje klimatem od pierwszych dźwięków, po prostu wpada się w trans. Świetny kawałek na takie klubowe warunki! Taka muzyka wypada absolutnie genialnie w live settingu, lepiej się tego słucha niż dopieszczonej wersji z płyty!

Następnie Sweeter in History - utwór dobrze już znany, bo został wypuszczony w necie wiele miesięcy wcześniej. Cilmi nawiązuje do czasów hitu Sweet About Me i można wyczytać z jej twarzy, że każde słowo ma dla niej olbrzymią wagę w tej piosence. Po raz kolejny mamy fantastyczne, bogate brzmienie. Utwór świetnie wypada na żywo.

Kolejnym utworem jest Parallel Universe - absolutna perełka w nowym repertuarze. To obok Vicious Love i Don't Look Back mój ulubiony kawałek z The Sting. W przeciwieństwie do Left With Someone Else, które wprawdzie zapewnia miłą, energetyczną i nieco funkową odmianę, ale jakoś mi nie do końca podchodzi ze względu na niezbyt udaną linię melodyczną wokalu.

"Czas rozkręcić tą imprezę" - musiała pomyśleć Cilmi zaczynając Sweet About Me, popijając jednocześnie drinka i omijając przez to drugi wers swojego największego przeboju w karierze. Piosenka natychmiast sprawiła że cały klub zaczął się ruszać! A na sam koniec Gabcia wyszła z mikrofonem do publiki, dając pośpiewać kilku szczęśliwcom. Był to jednak jedyny tego wieczoru utwór z Lessons to Be Learned (swoją drogą, tytuł tego albumu brzmi jak przepowiednia w kontekście dalszego przebiegu kariery Gabs).

Następnie Vicious Love - utwór opublikowany jeszcze w 2012 roku, jako pierwszy zwiastun nadchodzącego albumu... Aranżacja zmieniła się dosyć drastycznie od tamtego czasu, ale piosenka wciąż jest niezmiennie fantastyczna. I w Voodoo Vault zabrzmiała świetnie. Co mnie nieco zdziwiło to, że Gabriella zaczęła śpiewać drugą zwrotkę o całą oktawę wyżej, co niezbyt jej wyszło... Po paru wersach wróciła do normalnej tonacji. Ciekawy eksperyment.

Znalazło się także miejsce na jeden utwór z Ten - Love Me Cos You Want To, w kompletnie nowej aranżacji, bardziej przystającej do obecnego repertuaru Cilms. Zabrzmiało to naprawdę nieźle. Ale większość piosenek z Ten to bardzo dobre piosenki i mogłyby zabrzmieć naprawdę ciekawie w takiej stylistyce. Może Gabcia się pokusi, gdy przyjdzie pora na właściwą trasę.

Wracamy jednak do świeżego materiału z otwierającym album Highway - udana sprawa. Podobnie jak cover Blood on the Leaves i zamykające wieczór The Sting.

Gig wpisał się w panteon koncertów małych, krótkich, kameralnych, acz niezwykle pamiętnych. Nowe oblicze Cilmi pasuje do niej zdecydowanie bardziej niż seksbomba na misji w stylu retro - chociaż jest to zdolna artystka, która potrafi się odnaleźć w każdej stylistyce. Jak dotąd, każdy jej album prezentował zupełnie inny styl. Jaki będzie następny? Niezmiernie mnie to ciekawi, bo mało kto oferuje tak dużą różnorodność muzyczną na swoich trzech pierwszych albumach.

Po gigu oczywiście można było bez skrępowania sobie do Gabci podejść i pogadać, co też oczywiście uczyniłem. Sprawdziłem, czy Gabcia pamięta "wicked" czeski gig. A spotkanie uczciliśmy oczywiście tradycyjnie pamiątkową fotką.

Była to dla mnie pierwsza prawdziwa sposobność, by zapoznać się z nowym materiałem Cilmi i trudno mi sobie wyobrazić lepszą sytuację. Mam tylko nadzieję, że podczas właściwej trasy będzie nieco bardziej rozbudowana setlista, uwzględniająca także więcej klasyków, zwłaszcza z pierwszej płyty.

 

 

blog comments powered by Disqus