PARAMORE
27.09.2013
Wembley Arena
London
____________________

GALERIA

MEET & GREET

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
10.04.2014

Może to zabrzmi jak herezja, ale do tego koncertu podchodziłem bez większego entuzjazmu. Przede wszystkim byłem święcie przekonany, że czasy najlepszego klimatu na gigach Paramore bezpowrotnie minęły w 2009 roku, a duszę i bezpośredni kontakt z publicznością przysłoniły coraz bardziej wypasiona produkcja i rozmach. Dość powiedzieć, że nawet nie mieliśmy biletów jeszcze na dwa tygodnie przed tym od dawna wyprzedanym koncertem.

Jeśli jednak coś jest meant to be, to it will be :) Fast forward do 27 września i nie dość, że bawimy się świetnie pod samą sceną, to jeszcze zaliczamy spontaniczny M&G. Fast forward do kilku tygodni później i okazuje się, że jesteśmy w oficjalnym teledysku do piosenki Daydreaming. Do tego pamiątkowe podpisy i setlista. Kto by pomyślał!

Już samo venue gigu przywołało infantylną, hedonistyczną atmosferę z 2009 roku - Paramore powrócili bowiem na dwie noce do Wembley Arena. Pamiętnego 18 grudnia, 4 lata wstecz, spędziliśmy blisko 10 godzin w łamiącym kości mrozie, po to tylko, by przekonać się, że oglądanie tego samego zespołu 3 razy z rzędu na tej samej trasie może zaowocować uczuciem przesytu. Później zaś były liczne perturbacje - zarówno w zespole, jak i w naszej infantylnej ekipie, która w tamtym składzie nie wybrała się wspólnie na gig już od lat. Dobrze chociaż, że Paramore się pozbierało do kupy i dało koncert, który sprawił, że aż mi odznaka zawirowała (to taki inside joke, który wychwycić może tylko jedna osoba - ciekaw jestem, czy czyta tę relację :)).

2 tygodnie przed gigiem udało się kupić bilety - pojawiły się w normalnej sprzedaży. Nie trzeba było przepłacać ani kombinować. Miło. Potem udało nam się wpisać na listę early entry. Nie musieliśmy się więc spieszyć z podróżą na miejsce. Po drodze wstąpiliśmy do kultowego Maka - odwiedzanego częstokroć przy poprzedniej wizycie. Kto by pomyślał, że ta wizyta będzie tak prorocza - jeszcze tej samej nocy dostałem smsa od tejże zacnej restauracji.

Zjawiliśmy się na miejscu i jak się okazało, można było ruszyć dupy wcześniej, bo kolejka do early entry była całkiem długa i liczyła już kilkadziesiąt osób. W dodatku było trochę zimno, wietrznie i w ogóle. Na szczęście długo tak nie staliśmy. Nie minęło 20 minut, jak jeden z członków ekipy Paramore wskazał na nas palcem informując ochroniarza, że "these two are cool" i w ten oto sposób znaleźliśmy się na M&G.

To przebiegło znacznie bardziej automatycznie, niż te, które pamiętamy z 2009 i 2010 roku. Zespół ze sztucznymi uśmiechami przebiegł jak huragan przez ustawionych w rządku ludzi i było to zdecydowanie mniej spontaniczne niż kiedyś. Ale i tak miło spotkać się z tymi ludźmi oko w oko, zwłaszcza ze świadomością, że tyle przeszli i że ledwo przetrwali jako zespół. Daje to fajny zastrzyk energii i kopa do zabawy lepszego, niż jakikolwiek support.

A ten tego wieczoru okazał się bardzo pozytywną niespodzianką. Nie była to co prawda niespodzianka na miarę Now, Now (Every Children), ale nazwa była równie myląca i równie demotywująca. No bo, co dobrego może wynikać z supportu, który się nazywa Charli XCX? Nie wiadomo wręcz, co stwarza gorsze pozory - NNEC czy XCX. A tu na scenie pojawił się zespół złożony wyłącznie z babek ubranych w schoolgirl outfity, z hipnotyzującą wokalistką, z początku przywołującą skojarzenia z Cilmi, ale tylko wizualnie.

Muzycznie było bowiem zupełnie inaczej - bardzo oryginalnie i zdecydowanie nie tak, jak w moich uszach na co dzień (cokolwiek to znaczy). Była to bowiem ciekawa mieszanka retro popu - takiego a'la "girl power", ze sporą domieszką elektroniki, rocka i dance... Chyba. Ciężko słowami się opisuje taką muzykę. Charli zagrała krótki set i nie została zbyt dobrze przyjęta przez oczekującą na Paramore publiczność. W pewnym momencie nawet się przewróciła na scenie (myślę, że buty na dwumetrowym koturnie a'la Emma Bunton z czasów Spice Girls nie były specjalnie pomocne w utrzymywaniu równowagi). Dla mnie jednak ten średnio udany występ wystarczył, by zainteresować się artystką - a piosenka Nuclear Seasons natychmiast wpadła w ucho i do dziś często gości w moim Winampie w rotacji.

W końcu przyszła pora na Paramore. Stoimy sobie w drugim rzędzie, przede mną dziewczę z wielką dupą, zapewniającą miękką podporę na wypadek większego ścisku. Nic takiego jednak nie miało miejsca - o dziwo. Wprawdzie dziewczątka mdlały jak zawsze, ale było po prostu luksusowo w porównaniu z tym, jak zmagaliśmy się z życiem chociażby w O2 Arenie w 2010 roku. Zaczęło się od Grow Up i Fast in My Car - nieco dziwny wybór na otwierające kawałki, zgodnie z zasadą, że koncert powinno się zacząć od wielkiego "bum!". Byłem więc sceptycznie nastawiony, o dziwo Grow Up jakoś tam zadziałał, chociaż do perfekcji było mu daleko.

Ogromne wrażenie zrobiła produkcja - wielka scena, światła, lasery, wszystko świetnie rozlokowane przestrzennie, tak żeby Hayley miała sporo miejsca na kicanie. Do tego świetne brzmienie, nawet pomimo faktu, że byliśmy w drugim rzędzie. No i scena mimo rozmachu relatywnie niska i blisko barierek - co dało szansę na nawiązanie kontaktu z muzykami.

A ów kontakt nastąpił już w trakcie trzeciej piosenki, jaką było That's What You Get - co dało mi natychmiastowego kopa, bo przywołało klimat koncertów z 2009 roku. Pozytywnie zaskoczyłem sam siebie faktem, że doskonale znałem cały tekst piosenki, chociaż od dawna jej już nie słuchałem. Erupcję mojej energii dostrzegła i Hayley, która "naszym" starym zwyczajem pokazała na mnie i zbananowała się do mnie pomiędzy pierwszym refrenem, a drugą zwrotką :)

Dawny klimat znakomicie podtrzymały kolejne piosenki - Decode i Ignorance. Świetnie było uświadomić sobie, że pamiętam co do słowa teksty tych piosenek, zupełnie jak to było w trakcie największej fazy na Paramore w 2009 roku :) Tekstów z nowej płyty, chociaż świetnej, jeszcze nie zdążyłem się nauczyć - człowiekowi ciężko już znaleźć czas i motywację, żeby tak dużo słuchać tych piosenek i oglądać filmiki z koncertów w nieskończoność :)

Potem zaś nastąpił powrót do nowego materiału. Ten segment setu zapoczątkowali Hayley z Taylorem grającym na bałałajce jedną z miniatur, zwanych na albumie interludiami - granymi od tyłu, czyli na początek I'm Not Angry Anymore. Potem zaś charakterystyczne intro z chórkami Hayley z taśmy i klimatyczne Now.

Przed kolejną piosenką pod sceną i na niej zaroiło się od ludzi uzbrojonych w lustrzanki na stabilizatorach, co oznaczało tylko jedno - rejestrację materiałów do użycia w teledysku. Tym oto sposobem wystąpiliśmy w oficjalnym teledysku Paramore do Daydreaming - nasze styrane od zabawy gęby są bardzo widocznie w trakcie jednego z refrenów. Tego jeszcze nie było!

Następnie Hayley usiadła sobie wygodnie za keyboardem i zespół uraczył nas chwilą spokojniejszej muzyki. Najpierw When It Rains - które natychmiast skojarzyło mi się z moim pierwszym koncertem Paramore w Monachium w 2009 roku. Potem zaś absolutnie najlepsza piosenka z nowej płyty - piękna, emocjonalna, pozytywna ballada Last Hope. Jeden z absolutnie najlepszych utworów w całej dyskografii zespołu! Oczywiście pięknie odśpiewana razem z publicznością. Mega moment!

Pozytywna energia podtrzymana została przez wesołą piosenkę Brick By Boring Brick - jeden z koncertowych hymnów z czasów trasy promującej płytę Brand New Eyes. Potem zaś znów wyskoczył Taylor z ukulele i Jeremy z basikiem i uraczyli nas kolejnym interludium - Holiday. Trzeba przyznać, że te drobinki, urocze same w sobie, znakomicie sprawdziły się w settingu wielkiego gigu, zapewniając momenty "stripped down" i dając namiastkę intymnej, wręcz barowej atmosfery. Ale to była cisza przed burzą...

Gdyż po chwili rozbrzmiał kultowy riff do Crushcrushcrush. Jeden z absolutnie najlepszych kawałków koncertowych Paramore - pomyśleć, że zabrakło go w setliście na poprzednim legu trasy! Dobrze, że wybrałem ten - zdecydowanie ciekawszy pod względem repertuaru - leg w ramach którego zaliczyłem koncert :)

Kolejnym utworem było Ain't It Fun - które chyba najlepiej obrazuje dojrzałość muzyczną i wszechstronność obecnego Paramore. Bardzo odważny i - co najważniejsze - bardzo udany eksperyment, który w dodatku doskonale sprawdza się w live settingu - Jeremy popisuje się slapem, a Hayley angażuje całą halę do śpiewania wpadających w ucho refrenów. "Don't go crying... to your mooo-maaaah" brzmiało doskonale głupawo i wesoło śpiewane przez ponad 15000 gardeł.

Czas na kolejną chwilę wytchnienia, tym razem przy jednym z najbardziej rozpoznawalnych singli Paramore - jak to określiła jedna z południowoamerykańskich fanek w jednym z materiałów video na yt - "Weoulisepszon". Cała hala zapaliła się od zapalni... od smartfonów. Ale i tak było ładnie. Dalej jedyny reprezentant singli wydanych w 2011 roku - nastrojowe i smutne In the Mourning, uzupełnione o obszerny fragment coveru Landslide.

Główny set zamknęły obowiązkowe Pressure z flipem Jeremy'ego i "Majzrnes Byznes" z gościnnym występem fanki (która wyglądała trochę jak Kristen Stewart) na scenie. Niesamowita energia i wspólne śpiewanie z Hayley, po czym zespół zszedł za kulisy, udając, że czeka na wywołanie na bis.

Bis tak czy owak miał nastąpić - uraczono nas kolejnymi trzema kompozycjami. Zaczęło się od Part II - drugiej po Last Hope mojej ulubionej kompozycji z ostatniego albumu - niestety, nie mogłem się nim tak enjoy'ować, jakbym chciał, bo się dziewuszkom zebrało na mdlenie i trzeba było pomagać wynosić martwe ciała. Ludzie nabrali trochę oddechu na ostatnim interludium - Moving On. A zwieńczeniem wieczoru było Still Into You - wielka ekslozcja energii, radości i confetti. Absolutnie słuszny hit dla Paramore, moim zdaniem największa piosenka po Misery Business - zasłużenie zamknęła segment bisów zmuszając publikę do wyciśnięcia z siebie ostatnich uncji energii podczas wspólnego śpiewania refrenów.

Cóż mogę rzec na koniec... Miło było się przekonać, że Paramore nie wpadli w totalną rutynę, co niestety zaczęliśmy obserwować jeszcze w 2010 roku... Te wszystkie perturbacje ostatecznie wyszły im na dobre. Widać, że cała trójka jest wdzięczna i autentycznie cieszy się, mogąc dalej występować wspólnie na scenie. A przy tym nie oszaleli, są nadal tymi samymi skromnymi, nieco infantylnymi i nieco introwertycznymi (zwłaszcza Taylor) ludźmi, których tak polubiliśmy wiele lat temu.

Z jednej strony brakuje Josha i Zaka, a z drugiej strony trudno powstrzymać wrażenie, że być może była to najlepsza rzecz, jaka mogła ten zespół spotkać. Otrzymali drugą szansę, odrodzili się na nowo, silniejsi i mocniejsi niż wcześniej. Nowa płyta pokazuje, że mogą nas bardzo pozytywnie zaskoczyć i że warto wyczekiwać kolejnych.

I tak oto z mało wyczekiwanego zwykłego gigu, na który nawet nie mamy biletów, zrobił się absolutnie spektakularny gig, pełen swobodnej zabawy w drugim rzędzie, z dostawami wody pitnej i bez nadmiernej ścisku, a do tego z bonusowym early entry, M&G i gadżetami do kolekcji. Lepiej po prostu być nie mogło - jedyne czego zabrakło, to reszty naszej infantylnej ekipy...

 

 

blog comments powered by Disqus