THE PRETTY RECKLESS
24.03.2014
Electric Ballroom
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
03.05.2014

Dzieje mojej pierwszej randki z Taylor Momsen były nieco burzliwe, podobnie jak dzieje nowego albumu The Pretty Reckless. Najpierw odwołany koncert w Electric Ballroom w sierpniu zeszłego roku, następnie informacja o supportowaniu Fall Out Boy - niestety koncert w Wembley Arena był już wyprzedany w momencie ogłoszenia tej informacji. Ostatecznie ogłoszono jednak po raz kolejny koncert w Electric Ballroom - jedyny headlinowy na tej trasie.

Koncert odbył się zaledwie tydzień po oficjalnej premierze nowego krążka Going to Hell, więc była to nie lada celebracja. Album bowiem jest wyborny, a koncert - jak zawsze ten pierwszy - wyczekiwany był przeze mnie już od 2012 roku, kiedy to po premierze EPki Hit Me Like a Man odkryłem ten znakomity zespół.

Na miejscu zjawiłem się zwyczajowo kilka godzin przed otwarciem bram, aby mieć możliwość doświadczenia koncertu relatywnie blisko sceny. Na 4 godziny przez otwarciem ludzi było zaledwie kilkadziesiąt, więc wydawało się, że początek jest niezły - niewiele czekania, a dobre miejsce gwarantowane. Potem jednak okazało się, że nie było tak różowo. Niewiem, czy wyszedłem z wprawy czy co... Ale porządnie zmarzłem, a do tego dosłownie na kilka minut przed wejściem złapała mnie nieodparta potrzeba skorzystania z toalety. Tego jeszcze nie było - przecież lata temu potrafiliśmy wytrzymać 10 godzin na mrozie po to, by następnie pobiec bezpośrednio pod scenę! Tutaj niestety tak się nie dało. Czułem, że muszę poświęcić te kilka rzędów dla gwarancji, że mi nie eksploduje pęcherz moczowy. No cóż, starość - nie radość.

Złośliwie ciśnienie tego dnia było niskie - czułem się jak Ross chcący ugasić palący się domek dla lalek Phoebe za pomocą szklanki wody. Ostatecznie pobiegłem jednak pod scenę i okazało się, że miejsce mam nadal dobre. W dodatku okazało się, że klub jest świetnie wentylowany - dość powiedzieć, że cały support wystałem w kurtce.

Supportowi należą się w ogóle kudosy i oddzielny akapit. Wprawdzie muzycznie mnie nie porwali, ale już od pierwszych minut widać było, że coś jest nie tak. Na scenie pojawili się bowiem muzycy i gdy zaczęli grać, brzmiało to wszystko bardzo zawodowo. Po chwili jednak czar prysł, gdy na scenę wyskoczył gejowski chłoptaś w piżamie i zaczął krzyczeć do mikrofonu niczym pijany nastolatek na swoim pierwszym wieczorze karaoke. Wyjaśnienie tej sytuacji nadeszło w przerwie między utworami. Wyraźnie rozzłoszczony gitarzysta (albo basista, nie pamiętam) poinformował, że ich wokalista opuścił zespół tego samego dnia rano (!) i tak oto zmuszeni byli znaleźć zastępstwo na ostatnią chwilę. Piżamowiec był wyraźnie zdenerwowany i nawet poczułem potrzebę uderzenia o siebie dłońmi kilka razy, by dać wyrazy wsparcia i uznania dla zespołu w tak trudnej sytuacji.

No ale, przejdźmy do dania głównego - po supporcie na szczęście nie trzeba już było zbyt długo czekać. A to czekania było umilane absolutnie klasycznym rockiem dobiegającym z głośników, w tym AC/DC - co przywołało wiadome i jak najbardziej miłe skojarzenia.

Zaczęło się od Follow Me Down - utworu mającego nieco symboliczny wymiar wobec mojego pobytu w UK, bowiem jego pierwsze odsłuchy były przecież w trakcie przygody z farmą. Świetny i mocny rockowy numer, znakomicie nadający się na otwarcie setu i darcie japy do Taylor. Muszę przyznać, że brakowało mi takiego czysto rockowego koncertu. Tylko gitara, bas, perkusja i mocny wokal - surowa, ale soczysta energia.

Pod sceną było dosyć luźno, ale do momentu. Już na początku koncertu pojawili się zwyczajowi idioci, którym wydawało się, że wejdą sobie do pierwszego rzędu już w trakcie. Przebijanie się przez tłum szło im dosyć sprawnie, dopóki nie natknęli się na mnie. Postanowiłem zabarykadować przejście i za żadne skarby nie odstąpić swojej pozycji. Goście byli tym faktem mocno niepocieszeni i nie omieszkali tego w dosyć ostentacyjny sposób komentować. Po paru minutach postanowili ominąć przeszkodę okrężną drogą i udało mi się wbić kilka rzędów bliżej. Tam wytrwali kolejnych kilka minut, po czym wyszli z tłumu i ich więcej nie widziałem. Zaiste, specyficzni ludzie.

Drugim kawałkiem było Since You're Gone - jeden z moich ulubionych utworów, absolutne mistrzostwo koncertowe. Jeden z tych numerów, który sprawdza się znacznie lepiej w live settingu, niż na płycie. Dobry groove i wspólne darcie japy z Momsen no i trudno nie znaleźć odwołania do tekstu we własnym życiorysie. Dobra energia.

Następnie coś z pierwszego albumu, Light Me Up. Co prawda wolałbym inną selekcję, ale Miss Nothing zabrzmiało naprawdę dobrze - ten kawałek mógłby znaleźć się na jednej ze starszych płyt Avril Lavigne. Taka punkowa energia i melodyka rodem z pierwszej połowy lat 90-tych. Pozytywnie. Potem zaś Zombie - nie jestem wielkim fanem tego singla, ale najwyraźniej jest to jeden z bardziej rozpoznawalnych utworów w repertuarze The Pretty Reckless, bo publika zareagowała entuzjastycznie.

Następnie powrót do najnowszego albumu - najpierw singiel Heaven Knows, stworzony do tego, by go śpiewać na koncertach z pięściami w powietrzu - to typowy rockowy hymn, bezwstydnie zainspirowany We Will Rock You. Dalej jest jednak jeszcze lepiej - Sweet Things to kolejny kawałek, który wypada lepiej niż na płycie, a do tego poprzedzony jest krótkim intrem puszczonym z taśmy, którego nie ma w wersji płytowej! Stylistycznie to już prawie momentami thrash metal - przeplatany momentami psychodeliczno-onirycznymi, z mistrzowskimi dialogami wokalnymi pomiędzy Taylor i Benem.

Czas na trochę klasycznego bluesa, czyli Cold Blooded z EPki wydanej w 2012 roku. Podczas dłuższych instrumentalnych momentów i partii śpiewanych przez Bena, Taylor wije się wokół statywu z mikrofonem, jak przy rurze na scenie baru ze striptizem. Ale za to przestała się już rozbierać na koncertach (tudzież rozbierać fanki), ale ciężko mi ocenić, czy to zmiana na lepsze :)

Po Cold Blooded muzycy powrócili do pierwszego albumu najbardziej rozpoznawalnymi utworami w postaci My Medicine i chyba największego hitu Make Me Wanna Die, którego refreny śpiewało dosłownie każde gardło obecne tego wieczoru w Electric Ballroom. I chociaż nie są to moje ulubione utwory, trzeba przyznać, że robiło to spore wrażenie.

Główny set zamknięty został absolutnie porywającym Going to Hell z nowego albumu - z poszerzoną sekcją refrenową pozwalającą Taylor nawiązać nieco większy kontakt z publiką i zaangażować ją do wspólnego śpiewania, a raczej darcia twarzy! Taylor przez większość koncertu zachowywała się nieco introwertycznie na scenie, chowając wzrok za puklami włosów, ale tutaj dyrygowała publiką jak zawodowy frontman.

Potem nastąpiła dosyć długa przerwa, w trakcie której zespół przez kilka minut wywoływany był przez publikę do wyjścia na bis. Ja zaś byłem zaniepokojony faktem, że jak dotąd setlista była identyczna jak na większości koncertów w ramach tej trasy, które grali w końcu jako support slot. Liczyłem na dłuższy set i szerszą reprezentację nowego albumu.

Zespół wyszedł na bis i zagrał niestety już tylko jeden utwór - znakomite Fucked Up World. Taylor wyskoczyła na scenę z tamburynem, a chwytliwe refreny śpiewała cała publika. Koncert zakończył się świetnym kawałkiem, ciężko jednak było pozbyć się wrażenia, że mógł potrwać trochę dłużej, w końcu był to headlinowy występ. Byłem wręcz przekonany, że zespół zagra jeszcze chociaż Just Tonight, ale nic z tego.

Było więc bardzo krótko, ale także bardzo do rzeczy - prosto między oczy :) Gig z tych, co to wywracają odbyt na lewą stronę i pozostawiają ze skopanym dupskiem na bruku pod wejściem do venue. No, a przynajmniej byłoby tak, gdyby nie fakt, że było... stanowoczo za głośno. Mieliśmy tu do czynienia z klasycznym przykładem nagłośnienia zdecydowanie zbyt mocnego, jak na gabaryty i akustykę tego klubu. Ja rozumiem, że koncert rockowy ma być głośny z założenia... ale nie aż tak głośny. Z muzyki robiła się momentami ściana dźwięku, brzmiało to jakby gałkami kręcił osobiście Rick Rubin. Wracałem do domu w połowie głuchy, a przez dwa kolejne dni dzwonienie w uszach utrudniało mi zasypianie. Gdybym nie znał utworów, które były grane, miałbym trudności z interpretacją tego, co słyszę.

No cóż, The Pretty Reckless to nadal relatywnie młody zespół, nie wszystko więc musi być dopięte na ostatni guzik. Miło, że jest jednak kapela, która ma w dzisiejszych czasach odwagę grać prawdziwy, organiczny rock, jakby wyjęty wprost z lat 90-tych, a zarazem brzmiący świeżo i naturalnie, zwłaszcza w obliczu tego, co na ogół puszczane jest w dzisiejszym radiu. Czekam niecierpliwie na kolejny koncert, miejmy nadzieję że tym razem w ramach pełnoprawnej trasy, lepiej nagłośniony i z dwukrotnie dłuższą setlistą.

 

 

blog comments powered by Disqus