CELEBRATING JON LORD
04.04.2014
Royal Albert Hall
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
08.08.2014

Trudno jest mi dziś sobie wyobrazić, że mógłbym ominąć ten koncert, chociaż pierwotnie wcale nie zamierzałem się na niego wybrać. Nawet nie wiedziałem, że planowany jest w Royal Albert Hall muzyczny wieczór upamiętniający dokonania zmarłego w 2012 roku Jona Lorda. Gdy jednak dostałem osobiste zaproszenie i sprawdziłem sobie line-up, wiedziałem, że olbrzymim grzechem byłoby z owego zaproszenia nie skorzystać.

Zacząć należy od tego, że była to dla mnie dopiero pierwsza sposobność, by stracić dziewictwo w legendarnej hali koncertowej Royal Albert Hall. Będąc mieszkańcem Londynu i fanem muzyki musiałem tam prędzej czy później wylądować. Niełatwo o lepszą okazję na ten "pierwszy raz"! Wieczór ten bowiem stanowił piękne podsumowanie całej mojej muzycznej wędrówki, która ostatecznie zaprowadziła mnie do światowej stolicy muzyki - Londynu.

Na miejscu zjawiliśmy się trochę przed rozpoczęciem, jednak odszukanie tego właściwego wejścia, za którym znajdowało się box office gdzie czekały na nas bilety do odbioru, zajęło nam dłużej niż sądziłem, w efekcie gdy weszliśmy na salę, koncert już się zaczynał. Nobliwy cieć ubrany w królewskie szaty przypilnował nas, byśmy nie przerywali muzykom, trzeba było więc ustać do najbliższej przerwy między utworami, aby móc zająć miejsce, przy okazji robiąc raban na cały sektor.

A sektor był naprawdę niezły. Boczne stalls, stosunkowo nisko i blisko sceny, pozwalało mieć doskonały widok na wszystkich muzyków - łącznie z liczną Orion Orchestra konduktowaną przez Paula Manna. Sala z tego miejsca prezentowała się bajkowo - większość publiczności była obrócona do nas twarzami, dało to unikalną możliwość odczucia ich energii na własnej skórze. Unikalne doświadczenie - można było tak zaobserwować pojedyncze reakcje w szczególnych momentach, jak i chłonąć w całości euforię wybuchającą po bardziej intensywnych fragmentach.

Sala już od pierwszej sekundy zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Fakt, że grała już muzyka sprawiła, że poczułem się jakbym wszedł do jakiejś starej bajki Disney'a. Piękny wystrój, magiczne oświetlenie, wszystko się mieni kolorami i do tego ładnie ktoś tam na dole gra. Wyjątkowe przeżycie. Pełna immersja w to, co się dzieje już od pierwszej chwili. Ciary na plecach i jedziemy do przodu. Tyle się dzieje, że nie wiadomo gdzie skupić wzrok. Czy na uroczej harfistce, czy na skoncentrowanym konduktorze, a może na tej śmiesznej kobiecie w siódmym rzędzie która nie może usiedzieć?

Pierwsza część koncertu poświęcona była twórczości Jona jako kompozytora muzyki klasycznej. Orkiestra Paula Manna otworzyła koncert utworami Fantasia (z koncertu Sarabande z 1976 roku) oraz Durham Awakes (pochodzące z Durham Concerto z 2007 roku).

Po tej swoistej introdukcji, na scenie pojawiła się nasza dobra znajoma Anna Phoebe w towarzystwie Micky'ego Moody z Whitesnake oraz Steve'a Balsamo. W ramach wstępu wykonali wspólnie utwór Shadow z nadchodzącej płyty Anny. Micky nie trzymał się w ogóle fraz napisanych przez Nika, ale Anna wykonała swoją partię absolutnie bezbłędnie. Orkiestra w tle trzymała tylko podstawowy dźwięk, wypełniając tło muzyczne w prosty, ale skuteczny sposób.

Następnie przy akompaniamencie Anny i Micky'ego, Steve zaśpiewał All Those Years Ago. Niestety, na tym krótka obecność Anny na scenie się zakończyła. Długo tego stanu rzeczy nie opłakiwałem, gdyż po chwili na scenie pojawił się Miller Anderson, który w absolutnie przepiękny sposób zaśpiewał Pictured Within. Był to jeden z najwspanialszych momentów tego wyjątkowego wieczoru. Nie tylko jest to przepiękny utwór, ale także wiąże się z wieloma wspaniałymi wspomnieniami. Przede wszystkim został wykonany na koncercie Deep Purple z orkiestrą w 1999, którego płytowa rejestracja była moim pierwszym wydawnictwem tego zespołu w kolekcji.

To nie był zaś koniec nawiązań do dawnych czasów. Oto bowiem na scenie pojawiła się kolejna legenda - Rick Wakeman. Do dziś pamiętam, jak jego gęba straszyła mnie kiedyś z okładki płyty, spoczywającej na muzycznej półce mojego taty. Wówczas ten okropny wyraz twarzy wystarczył, by młodziaka ostraszyć od zapoznania się z muzyczną treścią. Zaś dziś - tzn. w dniu koncertu, o którym piszę - czułem zaszczyt, że mam możliwość podziwiać tego muzyka na żywo.

Wakeman wykonał razem z orkiestrą Sarabande Jona Lorda oraz One from the Meadow z Bargo Buchanan przy mikrofonie. Chwilę później kolejna niespodzianka - na scenie pojawił się Jeremy Irons, by przy klawiszowym akompaniamencie Paula Manna dokonać recytacji wiersza Afterwards Thomasa Hardy'ego, do którego Jon napisał muzykę. Kolejny miły moment, tym razem przypomniał mi się jeden z moich ulubionych filmów - Lolita.

Tak oto zakończyła się pierwsza część koncertu, z mocną obietnicą dobrego rockowego przytupu w części drugiej, która nastąpić miała po krótkiej intermisji. Ową intermisję postanowiłem wykorzystać, by przetestować królewską toaletę.

Na początek na scenie pojawił się Paul Weller, by w towarzystwie House Bandu wykonać Things Get Better i I Take What I Want (z ponownym udziałem Micky'ego Moody) z repertuaru The Artwoods. To był jednak dopiero skromny wstęp. Bowiem na scenie pojawił się Ian Paice - jeden z powodów, dla których w ogóle tam przyszedłem. Jeden z powodów, dla których w ogóle zainteresowałem się muzyką od strony instrumentalnej i chwyciłem 15 lat temu za pałeczki perkusyjne. A także, co najważniejsze - główny powód, dla których za pałeczki perkusyjne ponad 30 lat temu sięgnął także Lars Ulrich.

Ian Paice pojawił się na scenie w towarzystwie Phila Campbella, Berniego Marsdena, Andy'ego Wallace'a i Nicka Fyffe by wspólnie wykonać utwory z repertuaru Paice Ashton Lord: Silas and Jerome oraz I'm Gonna Stop Drinking. Wspaniale było znów zobaczyć Iana Paice na żywo, zwłaszcza z takiej odległości, a także z nietypowej perspektywy - zestaw perkusyjny widziałem bowiem z boku i szczęśliwie był on ustawiony z brzegu sceny, przy którym siedzieliśmy.

Pora na odrobinę świeżej krwi: na scenie pojawiła się Sandi Thom, by wraz ze Stevem Balsamo wykonać utwór Soldier of Fortune z repertuaru Deep Purple. A więc można powiedzieć - pomału dochodzimy do sedna sprawy :)

Robi się bowiem coraz ciekawiej. Na scenie ponownie Ian Paice, ale za to w jakim towarzystwie: obecny klawiszowiec Deep Purple Don Airey, Rick Wakeman, Glenn Hughes i Bruce Dickinson. Razem z orkiestrą wykonują Burn - absolutnie największą i najwspanialszą niespodziankę tego wieczoru. To jeden z klasyków w repertuarze Purple, niesłyszany na żywo zapewne od bardzo dawna. Ale przede wszystkim to obok Pictured Within kolejny kawałek, który tak bardzo kojarzy mi się z początkami mojej muzycznej rockowej przygody. Pamiętam, jak tata po raz pierwszy puścił mi ten utwór z płyty na naszym domowym odtwarzaczu i później był to jeden ze stałych elementów "setlisty" moich pierwszych "koncertów" na kanapie. Usłyszenie tego na żywo, w dodatku wykonane przez taki skład, było niesamowitym przeżyciem. Publiczność w Royal Albert Hall także oszalała, chociaż okazywali to szaleństwo jeszcze dosyć powściągliwie. Największy luzak całej imprezy - Bruce - próbował rozkręcić towarzystwo i coraz więcej ludzi pozwalało sobie na nieskrępowaną zabawę.

Na koniec tej części setu Glenn Hughes wykonał jeszcze This Time Around - ze specjalną dedykacją dla Jona. Bardzo emocjonalne wykonanie, chociaż jego styl śpiewania nie do końca podchodzi pod mój gust wokalny. Był to jednak bardzo ważny moment koncertu, gdyż bezpośrednio poprzedzał... Set Deep Purple!

Deep Purple otrzymali godzinny segment. Niezbyt dużo, chociaż biorąc pod uwagę ogrom artystów tego wieczoru, może jednak dużo. Mimo wszystko udało im się zrobić fanom wielką niespodziankę tego wieczoru nr 3.

Zanim to się jednak stało, panowie Gillan, Morse, Glover, Paice i Airey (których w tym składzie miałem już przyjemność zobaczyć na żywo w 2009 roku we Wrocławiu) rozpoczęli od dwóch nowych kompozycji z ostatniej płyty, Now What?! Mianowicie Uncommon Man oraz Above and Beyond. Nieco mnie ten wybór zaskoczył, byłem przekonany, że skupią się na repertuarze z czasów Jona Lorda. Ale potem było już klasycznie i wcale nie-leniwie: Lazy. No i wreszcie przyszedł czas na niespodziankę...

When a Blind Man Cries. Z orkiestrowym intrem. Absolutny majstersztyk, w dodatku utwór który pięknie się łączy ze współczesnością. W tym samym roku, w którym odszedł Jon, Metallica wypuściła cover tego utworu. Więcej chyba nie trzeba pisać.

Potem trochę klasyki: Perfect Strangers (z orkiestrowym intro napisanym przez Jona Lorda, ponoć pierwszy raz wykonane na żywo) i Black Night - jeden z utworów, które zwykliśmy grać z Pizurem i Bartuchą w Małym Dzielnym Tosterze. Ponownie, okolice 2000 roku. Wspaniała zabawa i wspaniała nostalgiczna podróż w czasie. Ostatecznie zakończona przez wielki finał w postaci Hush, wykonanego z gościnnym udziałem Bruce'a Dickinsona, Ricka Wakemana, Phila Campbella, Berniego Marsdena, Micky'ego Moody. Ciekaw byłem czy będzie jeszcze Smoke on the Water, ale to by było chyba zbyt cheesy.

Cóż za piękny muzyczny wieczór, cudownie spajający klamrą całą moją dotychczasową muzyczną drogę w życiu. Były silne nawiązania dosłownie do wszystkiego - począwszy od moich korzeni i części klasycznej; poprzez odkrycie fascynacji muzyką rockową w roku 1999, pierwsze płyty (koncert Purple z Jonem Lordem i orkiestrą w tej samej hali 15 lat temu!), naukę gry na perkusji, pierwszy zespół i próby; najważniejszy zespół w moim życiu - Metallikę; po czasy obecne i przyszłe - Anna Phoebe, z którą mam przyjemność się kolegować i pracować, oraz dzięki której mogłem uczestniczyć w tym niesamowitym muzycznym wydarzeniu.

Pictured Within, Burn, Black Night, When a Blind Man Cries, Shadow - ostatnie 15 lat w wielkim skrócie :)

Była to celebracja wielkiego muzyka i wielkiej osoby - Jona Lorda. Fascynująca muzyczna podróż, przeplatana anegdotkami i refleksjami osób mu bliskich. Ale jak już wspomniałem na początku, dla mnie osobiście, była to także celebracja całej mojej muzycznej przygody. Aż chce się wznieść wysoko kwadratową szklankę z brązowawym napojem z kostką lodu i zakrzyknąć: "Here's for another 15! Cheers!"

 

blog comments powered by Disqus