KATIE MELUA
13.04.2014
Union Chapel
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
27.08.2014

Z Katie zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Bardzo rzadko zdarza się to w przypadku moich ulubionych artystów (piąte miejsce na liście ogółem najczęściej odtwarzanych na last.fm). Całkowicie pominąłem jej poprzedni cykl albumowy, być może dlatego że byłem nim dosyć mocno rozczarowany. Oto bowiem po fantastycznym i odważnym The House, Katie wróciła do swojej strefy komfortu, niestety jak to zwykle bywa jakość kompozycji nie dorównywała tej z pierwszych dwóch płyt. Było kilka udanych piosenek, ale jakoś to było za mało, by przekonać mnie do wybrania się na koncert (w cyklu The House - w 2011 roku - zaliczyłem dwa).

Oto jednak z wydanym w 2013 roku nowym albumem Ketevan, nasza miła Gruzinka w dużej mierze powróciła na właściwy tor. Może nie aż tak eksperymentalny, jakby się chciało, ale zdecydowanie lepszy, niż na przesłodzonym i lekko niestrawnym Secret Symphony. Mamy tu więc zdrowy i jak najbardziej akceptowalny balans między delikatnością klasycznego brzmienia Katie, a poszukiwaniem bardziej współczesnych metod przekazu w formie produkcji.

Ku mojemu początkowemu rozczarowaniu, Katie postanowiła promować album ruszając w trasę nazwaną "Simplified", a więc bez rozdmuchanej produkcji, z ograniczoną liczbą instrumentów (bas, fortepian, organy) i z wersjami piosenek w wersjach nieco przearanżowanych. Pomyślałem sobie, że w departamencie finansowym nienajlepiej się dzieje i to taka przykrywka, by zaoszczędzić na kosztach i nieco się zmartwiłem, bo jakoś wmówiłem sobie, że z tego powodu koncert pod każdym względem będzie po prostu gorszy. Ketevanik szybko mnie z błędu wyprowadził.

Wraz z niniejszym gigiem przyszło mi po raz kolejny poznać miejsce w Londynie niemal legendarne - Union Chapel. Mały, kameralny kościółek to idealne miejsce na właśnie takie mniejsze, bardziej intymne koncerty - świetna akustyka i atmosfera, która udziela się zaraz po przekroczeniu progu kaplicy.

W roli supportu wystąpiła murzynka, która swoim czarnem głosem śpiewała bardzo spokojne i nawet ładne piosenki. Mimo pewnego uroku, występ ten dosyć mocno mnie zmulił. Do tego stopnia, że w dłużącej się przerwie między występami, najzwyczajniej w świecie... Przysnąłem. Obudził mnie dopiero wzmożony ruch i wyjście Katie na scenę.

Pomimo niedawnej, bardzo niekorzystnej, przemiany wizualnej Katie, mimo wszystko miło było ją znów zobaczyć na żywo. To jednak słodkie ciasteczko i ciepła herbatka w jednym. A do tego kojący wszelkie nerwy głos.

Zaczęło się od jednej z nie-singlowych piosenek z nowej płyty, Chase Me. To już zwiastowało zupełnie inną setlistę. Elektroakustyk Katie, kontrabas i fortepian stworzyły bardzo stonowany, ale znakomity podkład pod tą klasyczną w swej istocie piosenkę. Dalej było nie mniej "obskurnie" - The Cry of the Lone Wolf to kolejny zaskakujący wybór, tym razem z płyty Secret Symphony.

Katie przygotowała na tą trasę także kilka nowych coverów, które jak zwykle zabrzmiały jak integralna część jej repertuaru. Na początek Spooky Dusty'ego Springfielda - przyjemny, spokojny, ale nieco upbeatowy charakter tej piosenki sprawił, że nieco się ożywiłem. Znakomity wybór, świetna aranżacja i hipnotyzujący wokal Katie. Zaczęło się robić ciekawie.

Przy okazji okazało się, że bardzo fajnie sprawdza się także mocno uproszczona scenografia. Skromna dekoracja wraz z odpowiednią grą świateł stworzyły znakomitą i bardzo adekwatną oprawę, podkreślając spokojną, intymną atmosferę gigu.

Kolejnym nowym coverem było Dedicated to the One I Love z repertuaru The Shirelles. Utwór o znacznie bardziej dramatycznej dynamice, z mocnym akcentowaniem ze strony fortepianu i spokojnym podkładem gitary basowej. Kolejny dobry wybór ze strony Kejtuszki.

Następnie Katie wróciła do swojej najnowszej płyty, ale znów z mniej oczywistym wyborem - zasiadając do fortepianu samodzielnie, zaprezentowała świetny utwór I Never Fall, który przywodzi mi na myśl jej pierwszą płytę. To bardzo podobny rodzaj wrażliwości, który słyszeliśmy na Call Off the Search. Na moich plecach zaś pojawiają się ciary i już mam pełną immersję z gigiem :)

Przyszła pora na nieco Simona & Garfunkela, w postaci Bridge Over Troubled Water. Tylko głos Katie i jej gitara akustyczna. Intymność gigu osiąga krytyczny punkt. Nikt na publiczności nawet nie pierdnie. Wszyscy skupieni i zrelaksowani. Skuteczny masaż uszu i duszy w wykonaniu pięknej Gruzinki :)

Następnie dobrze znane wszystkim fanom Katie In My Secret Life Leonarda Cohena. Oczywiście w kompletnie przearanżowanej wersji. Podobnie, jak Nine Million Bicycles, chyba największy hit Katie, umiejscowiony tak niepozornie gdzieś w środku setu, tak jakby był jedną z wielu "mniej znanych" piosenek.

Where Does the Ocean Go? z nowej płyty także sprawdziło się znakomicie w tym kontekście. Ale prawdziwa niespodzianka nastąpiła dopiero później. Katie bowiem znów zasiadła przy fortepianie, by wykonać Spider's Web. Myślałem, że ta piosenka nie jest już w stanie w żaden sposób mnie zaskoczyć - ba, nawet sam nagrałem kiedyś jej cover - ale tym razem Katie przeszła samą siebie. Niesamowite, jak kilka subtelności potrafi odświeżyc utwór, który tak dobrze znamy. Melua weszła na zupełnie nowy poziom wrażliwości.

Katie z powrotem przywdziewa gitarę na kark i wracamy do bardziej upbeatowego charakteru dżigu. Tym razem - Love Is a Silent Thief z Ketevanu. Jeden z bardziej udanych kawałków z nowej płyty, znakomicie sprawdzający się na żywo.

Na szczęście moje ulubione i chyba nieco niedocenione The House także miało swój moment. Kolejne piosenki były właśnie z tej płyty i był to najbardziej oczywisty wybór - Red Balloons i No Fear of Heights. Byłem ciekaw, w jaki sposób zostaną zmienione aranżacje, skoro obie piosenki w swoich oryginalnych wersjach pasowałyby do tego koncertu idealnie. Okazało się, że do tej pierwszej Katie użyła gitary elektrycznej, używając przedziwnych harmonicznych akordów i śpiewając linię melodyczną zgodnie z oryginałem. Muszę przyznać, że dało to dosyć dziwny efekt, bo gdzieś zgubiła się ta ciepłość oryginału.

Nieco lepiej wypadło No Fear of Heights, chociaż też zgubiono w nowej, nieco zbyt "gęstej" aranżacji ducha oryginału. No ale, grunt że się Katie starała.

Dalej... Cover The Kinks! Tak, to chyba największa niespodzianka wieczoru pod względem doboru coverów. Ale przecież wiadomo nie od dziś, że Katie jest fanką klasycznego rocka, chociaż tutaj mamy do czynienia jednak bardziej z country... Wybrano utwór o zdecydowanie zbyt długim tytule... Na setliście było napisane Nothing I Can Do i tego się będę trzymał :)

Wracamy do The House, z nieco mniej oczywistymi wyborami tym razem. The Flood zabrzmiało trochę niepełnie bez oryginalnego instrumentarium. Chociaż środkowa, szybka część z pulsującym fortepianem, wypadła bardzo ciekawie. Totalnie zaskoczyła zupełnie odmieniona aranżacja God on Drums - toż to zupełnie nowy kawałek się zrobił. Tutaj duży plus dla Katie i muzyków za wyobraźnię.

Wracamy do nowego albumu ze świetnym Shiver and Shake. Jeden z moich ulubionych nowych utworów Katie, zwłaszcza środkowa, dramatyczna partia robi spore wrażenie na żywo. Reszta gigu to już w zasadzie standardy, bez których każdy gig Katie nie może się obejść: The Closest Thing to Crazy i Kozmic Blues, kończące główny set. Nie wyobrażam sobie gigu Katie bez tego wspaniałego coveru Janis Joplin, tutaj Katie daje z siebie zawsze 120%.

Segment bisów otworzyły kolejne absolutne klasyki Katie: Call Off the Search i I Cried for You, które zamykały niezliczoną ilość gigów Ketevanika. Jak zawsze, świetnie usłyszeć te piosenki bo to Katie właśnie tutaj czuje się jak ryba w wodzie, ale też nie postarano się o jakieś spektakularne nowe aranżacje, wszystko z drobnymi różnicami brzmiało tak jak zawsze.

Przyjęcie było tak dobre, a Katie w nastroju tak znakomitym, że zdecydowała się wykonać jeszcze jeden bis, którego nie było oryginalnie na liście. Mowa o coverze Shirley Bassey zatytułowanym Diamonds Are Forever. Koncert zakończył się bardzo szlachetnie.

Wychodziłem z Union Chapel z setlistą w ręce i miękkimi nogami. Katie nie straciła nic ze swojego uroku i ze swojej siły oddziaływania. To niewiarygodne, co ta krucha istota potrafi zrobić z człowiekiem swoją subtelną muzykalnością. Bardzo się cieszę, że nie pominąłem gigu na tym cyklu koncertowym, pomimo że początkowo zapowiadało się na half-assed effort. To byłby duży błąd.

 

blog comments powered by Disqus