KATY PERRY
28.05.2014
O2 Arena
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
03.09.2014

Katy Perry absolutnie zdominowała nasze infantylne umysły w 2010 roku, kiedy to widzieliśmy ją po raz pierwszy na żywo aż dwa razy, na małych promo koncertach przy okazji premiery Teenage Dream. Potem była normalna trasa koncertowa, ale jakoś tak się stało że regularny duży koncert halowy pominąłem (nasza infantylna ekipa jednak była dumnie reprezentowana przez Fixxxera w Berlinie). Minęły więc aż cztery lata do kolejnego spotkania - nowy album Prism jednak nie był wspierany już małymi koncertami, bo Katy wybiła się na sam szczyt już poprzednio. Pozostało więc wybrać się na duży, halowy gig trasowy.

Co ciekawe, nigdy jeszcze nie byłem na takim dużym koncercie typowo popowym, w którym równie duży nacisk, co na oprawę muzyczną stawia się na każdy aspekt produkcji i prezentacji, w tym silny element teatralny w postaci wielu różnych kostiumów, dynamicznie zmieniających się scenografii i choreografii grupy tancerzy, ruchomych elementów sceny i oczywiście bogatej oprawy wizualnej składającej się z reflektorów, laserów, konfetti, balonów i w ogóle wszystkiego. Najbliżej takiej konwencji była Avril w 2008 roku z The Best Damn Tour, ale był to jednak dużo bardziej klasyczny koncert. Okazja była kilka miesięcy temu, gdy Taylor Swift gościła w Londynie w O2 Arena, ale niestety pominąłem tę wizytę, czego teraz trochę żałuję.

Infantylna atmosfera atakowała nasze zmysły już od przekroczenia progu O2 Arena. Infantylny mercz mienił się kolorami, a w holu barierkowo-kolejkowym był namiot dla dzieci z takimi kolorowymi stworkami, które bardzo pasowały do Katy i w sumie w pierwszej chwili nie miałem pewności, czy to nie jest element dekoracji koncertu. Oczekiwanie w kolejce minęło bezproblemowo i sympatycznie. Przed nami może z 200 osób, ale nie spieszyliśmy się specjalnie, ze względu na znany nam kształt sceny, która geometrią nawiązuje do pryzmatycznej ikonografii nowego albumu i ogromny trójkątny wybieg biegnie przez prawie całą halę. Kształt sceny był jednak jedyną znaną mi rzeczą, postanowiłem bowiem z premedycją omijać wszelkie zdjęcia i nagrania z poprzednich koncertów, aby nie popsuć sobie "niespodzianki". Było warto!

Po wejściu do środka bez problemu ustawiliśmy się na samym czubku wybiegu w drugim rzędzie (potem, w trakcie koncertu udało się zdobyć barierkę), bo wszyscy lecieli jak najbliżej głównej sceny. Mając jednak doświadczenie ze snakepitowych koncertów Metalliki wiedziałem, że aby mieć najlepszy widok na wszystko, co się będzie działo i nie musieć przez pół koncertu oglądać Katy od tyłu (w sumie akurat w jej przypadku nie byłoby to niczym przykrym), należy ustawić się właśnie tam. Jak pokazały kolejne godziny, był to słuszny wybór.

Oczekiwanie na start koncertu umilane było puszczanymi różnymi cudami na telebimach. Przede wszystkim enigmatyczny Prism Vision, który jest niczym innym jak dosyć tanią próbą nakłonienia fanów do kupienia drogich dwukolorowych okularów "3D", tak aby przez - jak się później okazało - dosłownie kilka minut zobaczyć super specjalne efekty 3D. Tani pomysł, ale jak pokazał gig, przemawiający do głównie młodej publiczności, bo sporo dzieciaków dało się namówić na zakup mało wartościowego gadżetu.

W ramach supportu zobaczyliśmy zespół Icona Pop. Jak pokazuje przykład innych koncertów, na jakie miałem przyjemność się ostatnio wybrać, duet żeńskich wokalistek potrafi zagwarantować naprawdę unikalne przeżycia muzyczne i duchowe. Jednak nie w tym przypadku. Wprawdzie ta ruda wizualnie nawet była do zaakceptowania, ale muzycznie było bardzo niestrawnie i męcząco. Ale nawet rozpoznałem jeden hit, w którym 20 tysięcy gardeł wykrzykiwało "I Don't Care!" Refren bardzo często cytowany w moim obecnym miejscu zarobkowania :)

Ogólnie jednak było słabo i nie pomogło to, że dziewuchy są ze Szwecji. Jak widać, nie wszystko co ze Skandynawii, musi być dobre. Do tego nagłośnienie podczas supportu było fatalne i w sumie nie słychać było żadnej muzyki, poza mocno łupiącym w głowę beatem, który sprawił, że aż pierwszy raz w życiu dostałem migreny. A może tam nie było żadnej muzyki. Niewiem, ważne że support był tylko jeden i był mimo wszystko 100 razy lepszy niż... bodajże Marika, która strasznie uniemiliła nam wizytę w Warszawie w 2010 roku.

W końcu nadszedł ten czas... Po czterech latach moje i Katy drogi ponownie się zeszły i infantylny klimat powrócił z pełną mocą. Reflektory gasną, publiczność szaleje, zapalają się reflektory strumieniowe na scenie, w tle rozbrzmiewa ambientowe, narastajace intro. Na samym czubku wybiegu wyjeżdża spod sceny wojownik ze świecącym w ciemności czerepem i włócznią i wraz z grupą swoich pobratymców w głębi sceny, wyczynia śmieszne pozy do plemiennego beatu. W centralnej części sceny z 4 ścian składa się samoczynnie pryzmatyczna piramida i już wiadomo, gdzie pojawi się Katy Perry. Intro klimatyczne i niedorzecznie infantylne jednocześnie i już wiadomo, że będzie fajnie. Piramida się rozkłada i "wykluwa" się z niej Katy w krótkiej spódniczce i ze świecącymi dredami. Zaczyna się część Pryzmatyczna, a Katy zaczyna śpiewać pierwszy hit z nowej płyty - Roar.

Główny wokal jest oczywiście na żywo, ale silnie wsparty chórkami i refrenami z playbacku. Na wielkim ekranie w tle latają psychodeliczne wzorki, a Katy ze swoją grupą wojowników roaruje na scenie. W środkowej części wstawiona część instrumentalna z beatem na pierwszym planie, reflektory gasną, a Katy skacze na świecącej w ciemności skakance. Zaczyna się konkurs na najbardziej niedorzeczną infantylną scenę :)

Potem Part of Me - piosenka z okresu pomiędzy albumami, która promowała edycję rozszerzoną Teenage Dream, a także film dokumentalny pod tym samym tytułem. Nie specjalnie za nią przepadam, chociaż na taki infantylny taneczny koncert pasuje jak ulał. Juz podczas tego utworu Katy wraz ze swoimi wojkownikami wychodzi na czubek wybiegu, więc mamy ją na wyciągnięcie ręki, a połowa hali ogląda część choreograficzną od tyłu. Dzieje się tak dużo, że nie wiadomo gdzie skierować wzrok i co ze sobą zrobić. To już nawet trudno nazwać "koncertem", to jest coś więcej.

Kolejnym utworem jest Wide Awake i tu jestem lekko rozczarowany, bo z tej jednej z najlepszych balladowych piosenek zrobiono kolejny dance. No ale, taka to część koncertu. Katy wzniosła się w górę na sporej, trójkątnej platformie, a scenę spowiła mgła i po raz kolejny prezentacja wizualna zachwyciła.

Przyszła pora, by przywitać się z londyńską publicznością. Nie po raz pierwszy, bo był to już drugi z całego runu koncertów w londyńskiej O2 Arenie. Ostatnim utworem w ramach pryzmatycznego segmentu był mini medley dwóch nowych piosenek: This Moment i Love Me. Wreszcie moment wytchnienia dla Katy, zamiast biegać po drabinach tym razem może się ona skupić na śpiewaniu. Katy biega po całym wybiegu i przybija piątki z fanami. This Moment bardzo fajnie wypada na żywo i nawet śpiewanie Katy w miarę wychodzi. Po pierwszym refrenie od razu przejście do mostka i po ostatnim refrenie dynamiczne przejście do Love Me.

Katy znika w mrokach sceny i po chwili ropoczyna się część egipska, otwarta niezbyt lubianym przeze mnie Dark Horse. Zupełnie zmienia się scenografia i część wizualna ponownie zachwyca. Na ekranie przewijają się motywy z teledysku, a Katy jedzie na złotym koniu, którym steruje dwóch parobków. Po pierwszej zwrotce Katy zeskakuje z konia, ale nadal łazi on po scenie, a nawet tańczy do beatu. Cała wizualizacja koncertu zmieniła się diametrialnie, wydaje się że oglądamy kolejnego artystę. W środkowej części, w której w singlu rapuje Juicy J, Katy znika pod sceną, a rap leci z taśmy, zaś na ekranie pojawia się prymitywnie animowany raper. Efekt po raz kolejny zamierzenie komiczny. Wszystko zrobione jest z wielkim rozmachem, a zarazem z przymrużeniem oka.

E.T. to kolejny mniej lubiany przeze mnie singiel, jednak jako część setu na żywo sprawdza się wyśmienicie. Ktoś kto przydzielał piosenki do poszczególnych części tematycznych miał łeb na karku. Refreny E.T. dobrze bujają i publiczność coraz bardziej się rozkręca, chociaż znów dzieje się tyle, że nie wiadomo czy skupiać się na zabawie, na słuchaniu czy na oglądaniu. Ta piosenka to także jeden z nielicznych momentów, gdy na scenie widać zespół Katy. Niestety, zdecydowanie na dalszym planie i ciężko nawet powiedzieć, czy w ogóle mieli podłączone instrumenty. Głównie skrzypce grają tancerze.

Podczas E.T. Katy po raz pierwszy, lecz nie ostatni wzbija się w powietrze. Zupełnie bezwładna, wręcz oklapła została uniesiona przez sieć dosyć wysoko nad scenę. Ciekawe, jak w takiej pozycji się śpiewa. Dosyć szybko zjeżdża jednak z powrotem na dół. A potem znów wzbija się w powietrze i kręci się dookoła podczas ostatniego refrenu. Przydałby się widok z jej głowy na filmiku :)

Następnie Legendary Lovers z nowej płyty. Kawałek, który - podobnie jak dwa poprzednie - potrafi zmęczyć muzycznie. "Legendary Lovers KUKUKU! Legendaaaaary... Nanananana!" - to potrafi utkwić w głowie. Rozszerzony instrumentalnie mostek z intensywną choreografią wydaje się być standardowym elementem tego koncertu.

Część Egipską zamknął jeden z pierwszych wielkich przebojów Katy, I Kissed A Girl. Wreszcie zrobiono fajną robotę, jeśli chodzi o zmiany czysto muzycznie. Kawałek został zaprezentowany w zdecydowanie ostrzejszej, bardziej rockowej wersji, z wiodącym brzmieniem przesterowanej gitary elektrycznej. Trudno nie zauważyć, że Katy w takim anturażu czuje się właśnie najlepiej. W środkowej części otrzymujemy zaś ognistą gitarową solówkę. Czy muszę dodawać, że gitarzysta latał nad sceną i strzelał z gitary sztucznymi ogniami? Na samej scenie jak zwykle zaś absurdalne widoki - tym razem Katy towarzyszą mumie z przerośniętymi biustami i tyłkami.

Kolejny rozdział tej historii spodobał mi się chyba najbardziej, zaczyna się bowiem część Kocia. Na początek występ stepującej panny przebranej za kota w cylindrze. Katy zaś od razu serwuje drugi ze swoich "najpierwszejszych" wielkich hitów, czyli moje nadal ulubione Hot N Cold w wersji która przypominała motyw z Różowej Pantery. Na scenie oczywiście... koty i iluzja bycia na musicalu wprost z Broadway'u jest pełna. Aha, naturalnie Katy jest różowym kotem :) Mrr!

Podczas International Smile zaś na ekranie do łez rozbawiły mnie liczne animacje z udziałem kotów. Widać, że Katy ma absolutnego fioła na punkcie kotów i jestem przekonany, że cały ten segment to był jej wymysł. Zresztą, jeszcze przed Hot N Cold zapowiedź na ekranie mówiła: "Kitty Purry as Katy Perry". Wracając jednak do piosenki, znów postarano się o muzyczne urozmaicenie, tym razem w postaci fragmentów Vogue Madonny. Katy jednak nie próbowała śpiewać, przybrała zaś rolę uczestnika kociego pokazu mody, który odbył się - jak nietrudno się domyślić - na całej długości... CATwalku (see what I did there...). A zupełnie na sam koniec, Katy pozwoliła wylać na siebie wielką michę niby-mleka.

Ponieważ właśnie sięgneliśmy górnej granicy absurdu i infantylizmu, pora by Katy pokazała swoją wrażliwą, liryczną, a przede wszystkim także bardziej muzykalną stronę. Na scenie pojawiają się wielkie słoneczniki, a nad sceną... no, też wielki słonecznik. Klawiszowe intro dopełnia lirycznego klimatu. Katy pojawia się po raz kolejny przebrana, tym razem w długiej sukni... z kapturem. No i trzeba trochę odpocząć po całej godzinie dzikiego fikania koziołków, więc czas trochę pogadać do publiczności. Niestety, w miejscu w którym stoimy, pomimo najlepszego możliwego widoku, dobry dźwięk nie idzie w parze. A przynajmniej głos Katy dochodzi do nas z potwornie opóźnionym pogłosem, o jakieś dobre ćwierć sekundy. Sprawia to, że było bardzo jest zrozumieć, co Katy mówi, mimo że w tle nie ma żadnej muzyki!

Anyway, Katy podchodzi do nas tak blisko, że bliżej się już nie da. Staje na czubku wybiegu i przez najbliższe 3 (a w sumie to 4) piosenki to właśnie muzyka jest na pierwszym planie. Towarzyszą jej jedynie klawiszowiec i mini chórek złożony z dwóch murzynek. Najpierw słyszymy świetne By the Grace of God z nowej płyty. Pierwsza okazja dla Katy, by pokazać, że rzeczywiście potrafi śpiewać (chociaż zdarzyło się kilka fałszywych dźwięków). Potem Katy odgrywa mały skecz z kubkiem piwa w ręku, mamy m.in. unikalną szansę usłyszeć beknięcie w jej wykonaniu. Potem Katy pyta, który koleś został tu na siłę przytargany przez swoją dziewczynę. Po znalezieniu kolesia, Katy podarowuje mu piwo.

Wracamy do Teenage Dream oraz One of the Boys i słyszymy medley The One That Got Away & Thinking of You, tym razem Katy przygrywa sobie na gitarze akustycznej. A na koniec Unconditionally (tutaj już ktoś inny przygrywa na gitarze). Cały ten segment jest najbardziej udaną częścią koncertu pod względem muzycznym, ale nie tylko. To właśnie w tej części udaje mi się kilka razy nawiązać kontakt wzrokowy z Katy i przypominają mi się genialne chwile przeżyte podczas koncertów w 2010 roku, kiedy to nawet udało mi się będąc pod sceną odegrać całą scenkę z Katy. Dobre czasy :)

Pora znów się trochę poruszać. Zaczyna się część Throwback i chyba najbardziej taneczny kawałek w całym katalogu Katy - Walking on Air. Katy pojawia się na scenie w najfajniejszym outficie. Ma zielone włosy i żółto-czarny kostium i wygląda jak Pszczółka Maja. Jej piersi okrywają dwie wielkie uśmiechnięte buzie. Są też sniki. Jest infantylnie i pociągająco :) Walking on Air to zabawy z tancerzami, wielkim prześcieradłem i dmuchawami. Efekt fajny i zrealizowany w prosty sposób. Ale tylko do momentu, gdy Katy znów postanawia igrać z grawitacją i - dosłownie - chodzi po powietrzu :)

Nigdy bym się nie spodziewał usłyszeć o retrogradacji Merkurego w piosence Katy Perry, ale właśnie od takiej frazy zaczyna się piosenka It Takes Two. Muzycznie mniej udana rzecz z Prism, ale na scenie jak zwykle dzieje się dużo. Tym razem Katy pojawia się w sukni sugerującej, że ma naprawdę duży tyłek :) Naprawdę ciekawie robi się podczas świetnego This Is How We Do. Jedna z lepszych piosenek na Prism i fenomenalna rzecz na żywo. Na scenie robi się tak kolorowo że już chyba bardziej się nie da. Nad publicznością dryfują gigantyczne balony w kształcie różnych infantylnych gadżetów, np. kupy. A Katy wskakuje na scenie do wielkiego, dmuchanego, różowego Cadillaca. Przemiłym akcentem był też cytat z Last Friday Night, szkoda że zabrakło całej piosenki, pasowałaby jak ulał do tego segmentu.

Między tym a następnym segmentem pojawia się chyba największa niespodzianka całego koncertu, a jest nią... Krótki teledysk nakręcony do dubstepowego remiksu Peacock! Początek przypomina mi koncertową wizualizację do Sanitarium: Katy w kaftanie bezpieczeństwa w trójkątnej izolatce pokazuje swoją szaloną stronę! Szaloną, w sensie obłędu. Rzecz genialnie przez nią zagrana i zmontowana, szkoda że nie zostało to wypuszczone jako oficjalny teledysk - jest to najlepszy klip jaki Katy kiedykolwiek nakręciła!

Prawdziwa impreza jednak zaczyna się dopiero w segmencie Hyper Neon. Na początek Teenage Dream i Katy przebrana za palmę potrząsająca wciaż jędrną pupą. Chwilę potem California Gurls czyli jeden z hymnów 2010 roku :) Piosenka, której nigdy nie lubiłem słuchać, ale na żywo na koncertach Katy to element wręcz obowiązkowy. Po raz kolejny jesteśmy uraczeni rozbudowaną taneczną sekcją w środku piosenki. Dawno już nie słyszałem tej piosenki, a jednak ku mojemu zaskoczeniu znam cały tekst i nawet wiem w którym momencie zatrąbić jeepem :)

Nadchodzi kulminacyjny punkt koncertu nr 1 - Birthday. Katy postanowiła wciągnąć na scenę kolesia z publiczności, który rzekomo ma właśnie tego dnia urodziny. Aż nie chce się wierzyć, że koleś nie jest podstawiony, zachowuje się bowiem nadzwyczaj powściągliwie zważywszy na okoliczności. Katy bowiem wyprawiła mu nie lada imprezę urodzinową: usadza go na tronie znajdującym się na szczycie gigantycznego tortu i wykonuje zawodowy lap dance, a to wszystko na oczach 20 tysięcy ludzi. Jak można nie zejść na zawał w takiej sytuacji?! Koleś zaś koncentruje się na robieniu fotek telefonem... Potem impreza osiąga stan skrajny. Katy lata po całej hali w siodełku, a z "nieba" spadają na nas setki kolorowych balonów. Klimat jak na Seek and Destroy :)

Kulminacyjny punkt koncertu nr 2 to zaś Firework - jeden z największych przebojów z Teenage Dream. Tym razem nie ma bogatej oprawy choreograficznej, to Katy jest główną i jedyną postacią na scenie. Oczywiście nie może zabraknąć fajerwerków i tak oto koncert kończy się naprawdę hucznie.

No, trochę się działo! Jak wspomniałem na początku, nigdy wcześniej nie byłem na koncercie tego typu i byłem pod ogromnym wrażeniem. Nie dość, że koncert był podzielony na pięć zupełnie różnych segmentów tematycznych, to jeszcze każda piosenka posiadała dokładnie przemyślaną choreografię i produkcję. Elementy teatralno-musicalowe w kolorowym, infantylnym klimacie zrealizowane zostały rewelacyjnie. Wszystko idealnie ze sobą współgrało, zarówno performance artystów na scenie, jak i animacje i klipy na ekranie. Pryzmatyczny motyw przewodni scalał wszystko w geometryczną całość. Było też trochę seksu, jak to zawsze w przypadku Katy, ale - co mi się w niej właśnie wyjątkowo podoba - nie było wulgarnie, tak jak ma to miejsce na koncertach większości jej koleżanek z pierwszych miejsc list przebojów. Wszystko było strasznie głupawe i skrajnie infantylne, ale człowiek ani razu nie był tym zażenowany, bo doskonale widać że to jest tak naprawdę na jakimś fundamentalnym poziomie pastisz, zabawa konwencją z mocnym przymrużeniem oka, z cały czas przyświecającym mottem, że nie należy brać życia i siebie zupełnie na poważnie. Katy w każdej minucie tego spektakularnego show pokazywała, że ma do siebie ogromny dystans i czasem wydaje się być trochę zagubiona, a zarazem doskonale odnajduje się w tej skrajnie absurdalnej rzeczywistości.

 

blog comments powered by Disqus