SIVERT HØYEM
02.06.2014
Oslo
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
12.09.2014

Poprzednie, a zarazem pierwsze spotkanie z Sivertem miało miejsce w Dreźnie i koncert ten zwieńczył zdominowany przez skandynawskie klimaty rok 2011. Gig zapadł mi w pamięć jako jeden z najlepszych, na jakich byłem. Świetny, mały klub, długa i dobrze zbalansowana setlista i niesamowita atmosfera, przywołująca czasy legendarnej Madrugady. Poprzeczka zawieszona wysoko. Czy Sivert promując w Londynie swój najnowszy album, Endless Love, zdołał ją przeskoczyć?

Klub o mogącej mylić co do lokalizacji nazwie Oslo, jak nietrudno się domyślić, koncentruje się na organizowaniu koncertów artystów ze Skandynawii. Przytulny klimat tego miejsca zachęcił mnie, by przycupnąć przy barze i zakosztować pysznego, zimnego piwa w solidnym kuflu. Po chwili Sivert z zespołem zajęli stolik, który znajdował się tuż koło mnie, by spożyć posiłek. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie podejść i się nie przywitać, ale oceniłem, że nie byłoby zbyt elegancko przerywać gangowi w trakcie posiłku, uznałem więc, że się powstrzymam. Niestety, inni przybyli fani nie pomyśleli w ten sam sposób i po chwili Sivert zmuszony był pozować do zdjęć z ustami pełnymi makaronu.

Po obowiązkowej wizycie w toalecie udałem się na piętro, gdzie znajdowało się pomieszczenie ze sceną. Ku mojemu zaskoczeniu, jeszcze mniejszą niż tą w Dreźnie. Jednak Sivert jest znacznie bardziej popularny na mainlandzie. Nie wielkość venue czyni jednak gig udanym. A klimat wręcz sączył się z tego miejsca, już podczas supportu, którym był po prostu koleś z gitarą akustyczną i swoim wokalem. Na tyłach sali znajdowało się stoisko z merczem, gdzie zaopatrzyłem się w pamiątkową płytę live Siverta, której jeszcze nie miałem w kolekcji, nawet w formie cyfrowej. Z boku zaś znajdował się mini barek, gdzie po pewnym czasie zaopatrzyłem się w cydr, by mocniej przesiąknąć atmosferą miejsca.

Małe venue ma swoje zalety. Nie trzeba sterczeć pod sceną, by pilnować sobie miejsca. Ludzi było na tyle niedużo, że wszyscy sobie wygodnie usiedli na podłodze pod sceną, oczekując na przybycie gwiazdy wieczoru. Tłum zaczął się jednak coraz bardziej gromadzić na tyłach i tuż przed rozpoczęciem, ktoś z ekipy zachęcił wszystkich do powstania i zbliżenia się do sceny. Byłem więc bardzo blisko, ale nie w pierwszym rzędzie, bo przy tak małym venue byłoby to wręcz niezręczne.

W końcu na scenie pojawił się Sivert i jego zespół. Po krótkim intro, zaczęło się bardzo dobrze - od niezwykle klimatycznego Shadows/High Meseta. Bardzo dobry wybór na otwarcie gigu, już pierwszy dźwięk gitary elektrycznej ustawia klimat na cały gig. Kawałek potem rozkręca się w miarę trwania aż do epickiego outro. Muszę przyznać, że pełną immersję osiągnąłem już na pierwszym kawałku i tak oto zaczął się kolejny obfity wieczór muzyczny.

Setlista stanowiła godną mieszankę nowego materiału z wybranymi pozycjami z poprzednich solowych płyt Siverta i oczywiście nie mogło zabraknąć kilku piosenek Madrugady. Na Endless Love Sivert dosyć mocno trzyma się mrocznych, balladowo-epickich klimatów, z których zasłynęła Madrugada i dobrał repertuar w taki sposób, by wszystko do siebie spójnie pasowało. Z jednej strony logiczna decyzja, z drugiej strony większość utworów utrzymana była w podobnej konwencji. Jak np. tytułowe Long Slow Distance z albumu wydanego w 2011 roku.

Pierwszym nowym utworem było zaś tytułowe Endless Love i wypadło znakomicie. Głos Siverta jak zawsze w formie i nowy materiał pokazuje to znakomicie. Następnie przyszła pora na pierwszą piosenkę Madrugady i było to What's on Your Mind?, które usłyszałem po raz pierwszy na żywo. Cóż za znakomita piosenka! To właśnie w tym momencie gig na chwilę "zboczył" w nieco bardziej ciepłym, niemal tanecznym (jak na Madrugadę) kierunku. Oto bowiem chyba jedyny moment, w którym zespół ze swoimi poszukiwaniami muzycznymi zawitał w rejony tango. Był to zdecydowanie highlight koncertu dla mnie.

Następnie Sivert wrócił do poprzedniego albumu i zaśpiewał Blown Away, które na pierwszym planie stawia jego głos, z absolutnie minimalnym tłem instrumentalnym. Kawałek, który otworzył poprzedni gig w Dreźnie znakomicie pasował do atmosfery tego wieczoru. Potem powrót do nowych piosenek z bardzo udanym, delikatnym Ride on Sisters.

Honey Bee to kolejny klasyk Madrugady, którego jeszcze nie słyszałem na żywo. Ciary na całym kręgosłupie. Zawsze, gdy słyszę ich piosenki na żywo, myślę sobie, jaka wielka szkoda, że zespół ten zakończył karierę w tak tragiczny sposób. Z drugiej strony, widać też, że jednak Madrugada to przede wszystkim Sivert i jego głos, bo pod względem muzycznym tym wykonaniom niczego nie brakuje.

Po zawsze mile słyszanym Into the Sea przyszła pora na solidną dawkę muzyki z nowej płyty, w postaci Görlitzer Park i Wat Tyler. Sivert coraz bardziej oddala się w kierunku psychodelii, mniej tutaj nut, a więcej wypełniania przestrzeni hałaśliwymi brzmieniami. Muszę przyznać, że tutaj zrobiło się trochę monotonnie - obie piosenki są dosyć powtarzalne, w sensie w obrębie siebie samych i na żywo dało się to bardzo mocno odczuć.

Na szczęście kolejną pozycją w repertuarze był kolejny klasyk Madrugady, świetne Look Away Lucifer. Był to jednak kawałek, który usłyszałem na żywo już na poprzednim gigu Siverta. Nie obraziłbym się, gdyby wybrał on coś innego, np. moje ulubione Vocal. Już w 2011 roku Sivert zarzekał się jednak, że pewnych najstarszych piosenek Madrugady nie chce on już wykonywać. A jednak Honey Bee pojawiło się w secie.

Majesty to kawałek, którego nie mogło zabraknąć na gigu i bardzo słusznie. Główny set zakończył się zaś utworem Inner Vision, który jest kolejnym przykładem na to, że z nowym albumem Sivert trzyma się tych klasycznych Madrugadowych klimatów, w których jego głos tak świetnie się sprawdza.

Segment bisowy rozpoczął się smutnym Prisoner of the Road, który to kawałek doceniam, ale nie szaleję za nim. Wiem jednak, że to był duży hit Siverta, nic więc dziwnego, że jest to obowiązkowy punkt setu. Dalej przechodzimy do kolejnego nowego kawałka, czyli At Our Evening Table. Umiejscowienie tej piosenki w tym miejscu nieco mnie zdziwiło. Gig bowiem zmierza ku końcowi, a tutaj kolejna ponura i powolna piosenka z nowej płyty. A wręcz trochę smutna. Jest to znakomita muzyka, ale sekwencjonowanie setlisty rządzi się swoimi prawami i wybór ten okazał się fatalny w skutkach - na sali znacznie się przerzedziło.

Na szczęście na kolejnym The Kids Are on High Street nadal dało się słyszeć sporo gardeł śpiewających każde słowo, w tym moją japę. Ciężko wyobrazić sobie gig bez tej piosenki. Podobnie jednak nie mogłem wyobrazić sobie, że nie będzie Moon Landing w kolejnym segmencie bisowym. Kolejnego segmentu jednak nie było... Ludzie za słabo klaskali i muzycy po zejściu ze sceny, już nie wyszli na nią z powrotem. Rozczarowanie było tym większe, że wiedziałem że drugi segment bisowy jak najbardziej mógł się odbyć, analizując setlisty z poprzednich gigów.

Nic dziwnego, że na kolejnym legu Sivert ominie wyspy i skupi się na Europie Centralnej i Skandynawii - tam, gdzie ma najliczniejsze grono oddanych fanów. Szkoda, że Brytyjczycy rozczarowali, pewnie samego Siverta także. No cóż, na następny koncert chyba trzeba będzie wybrać się do Niemiec, albo zawitać na rodzinne podwórko muzyka.

 

 

blog comments powered by Disqus