THE PIERCES
11.06.2014
Koko
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
11.06.2014

Kto by pomysłał, że moja przygoda z etacikiem, która obecnie trwa, poza oczywistymi korzyściami typu miłe przelewiki, przyniesie mi także coś bardzo wartościowego - nowe odkrycie muzyczne. W przybytku, w którym mam (nie)przyjemność spędzać od kilku miesięcy dość dużo czasu, sączy się z głośników na okrągło radiowa papka złożona z kilku - jak sądzę - popularnych piosenek ostatnich lat. Większość tej playlisty stanowią piosenki okropnie pretensjonalne i irytujące, które obecnie wzbudzają we mnie wyłącznie uczucie mdłości, a czasem obrzydzenie. W tej niestrawnej papce moją uwagę przykuł jednak bardzo słodki cukierek - piosenka wprawdzie jak najbardziej radiowa (w sensie - chwytliwa), lecz odstająca pod każdym możliwym względem od swoich towarzyszek. Pomyślałem sobie na początku - e tam, jakiejś "Ryj-annie" udał się jeden singiel, dobre i to. Ale w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że muszę się dowiedzieć, kto to tak ładnie śpiewa. Zacząłem więc po kolei przepytywać moich towarzyszy niedoli, licząc, że któryś chociaż podpowie mi, gdzie szukać (sam kilka razy pełniłem podobną rolę, podając nazwy emitowanych piosenek kolegom). Odpowiedzi, które usłyszałem, okazały się mało pomocne: jeden kolega zdumiony moim pytaniem odparł "Czy ja wyglądam jak Shazam?", drugi zaś, chcąc najwyraźniej chociaż sprawić wrażenie, że zna się na muzyce, odpowiedział "Nie wiem. Ale to bardzo stara piosenka, z lat 70-tych".

Tą piosenką okazało się Kissing You Goodbye autorstwa The Pierces. Piosenka z 2011 roku.

Ale fakt, wyprodukowana jest tak, że udaje coś starszego. A poza tym jest po prostu tak dobra, że wydaje się, że nie mogła powstać niedawno, bo przecież wszystkie najlepsze piosenki już napisano. Poza produkcją moją uwagę zwróciła przede wszystkim właśnie perfekcyjność tego utworu: linia melodyczna każdego z trzech segmentów - zwrotki, mostka i refrenu - natychmiast wpada w ucho, a ponadto ma idealny flow i każdy ze wspomnianych segmentów doskonale nachodzi na ten poprzedni i przygotowuje grunt pod kolejny. Zaintrygowały mnie także nieco middle-eastern melodyka, znakomite wokalizy i urzekające harmonie wokalne. Czegoś takiego nie mogła napisać i zaśpiewać pierwsza lepsza piosenkareczka z pierwszego miejsca listy przebojów Eski.

Na szczęście mamy internet i po krótkim śledztwie okazało się, że dokonałem być może największego odkrycia od czasów kultowego filmiku z dziewczyną hula hop tańczącą do Misery Business. The Pierces to dwie siostry: jedna ładniej śpiewa, a druga jest ładniejsza. Gdybym miał wskazać, z czym mi się muzyka Catherine i Allison kojarzy, wskazałbym estetykę ABBY, z domieszką chemii Tegan & Sary i szczyptą wrażliwości Niny Kinert. Dziewczyny są zza wielkiej wody, obecne na rynku muzycznym od 14 lat, chociaż nigdy tak naprawdę nie nastąpił dla nich przełom, chociaż mają popularną piosenkę w serialu, miliony kliknięć na youtube i 4 naprawdę dobre albumy (i piąty w drodze). Nie są to zatem babki szczególnie młode, ale swoją prezencją skutecznie kamuflują metryki. Powiedziałbym wręcz, że stanowią dobry przykład dla młodszych koleżanek po fachu, którym w ostatnich latach Adele ze swoim trendem zepsutej wagi wprowadziła przyzwolenie i zielone światło na to, by dopuszczać się prezencji godnej wieloryba na bigmakowej diecie.

Aż mi się przypomniał dialog z moją ex, który miał miejsce gdy oglądaliśmy kilka lat temu w TV występ Fergie:
- Chciałabym tak wyglądać w jej wieku.
- A teraz nie chciałabyś tak wyglądać?

Siostry Pierce pasują do tego dialogu jeszcze lepiej, niż Fergie (zwłaszcza Catherine). Na szczęście w parze z dobrym zdrowiem i wzorową prezencją idzie także niesamowity talent muzyczny.

I tak sobie ów talent muzyczny odkrywałem i po przesłuchaniu kilku piosenek (o żadnej nie byłbym w stanie szczerze powiedzieć, że jest zła, lub że jest "zapychaczem") stwierdziłem, a to kliknę w zakładkę 'events' i zobaczę, a nóż jakiś koncercik dziewczyny dla mnie zagrają? Ależ oczywiście, że zagramy - odparły, hipnotyzująco harmonizując i serwując mi koncert w moim obecnym mieście zamieszkania w odległości czasowej niecałych dwóch tygodni. Kilka kliknięć później bilet był już zakupiony, a mi zostało bardzo niewiele czasu, by się do gigu jakoś przygotować. Co przy moim obecnym rytmie życia nie jest zbyt łatwe.

Kilkadziesiąt odsłuchań na last.fm (i kolejnych kilkudziesięciu obejrzanych teledyskach i występach live na yt) byłem przygotowany na gig na tyle, na ile było to możliwe w tak krótkim czasie. Tekstów jeszcze nie zdążyłem zapamiętać, ale nahajpowałem się niesamowicie. Nie chciałem potem żałować, że ominąłem świetny koncert, bo zbyt długo się zastanawiałem, czy iść, czy nie iść - jak to miało miejsce w 2005 roku.

Moment w karierze The Pierces też jest specyficzny, bo zespół promuje obecnie kilkoma pojedynczymi występami w UK płytę, która ukazać ma się dopiero we wrześniu (miała się ukazać 2 czerwca, ale się nie udało. W przeciwieństwie jednak do The Pretty Reckless postanowiono nie odwoływać koncertów). Nie dość więc, że nie zdążyłem się porządnie osłuchać z dotychczasową dyskografią, to jeszcze wiadomo było, że znaczącą część setu stanowić będą nowe kompozycje, które nie zostały jeszcze nawet wydane. Ale co tam! Dla mnie w gruncie rzeczy wszystko jest nadal równie nowe.

Klub Koko nie został przeze mnie zapamiętany najlepiej. Wprawdzie byliśmy tam na Now, Now - ale jednak nagłośnienie było wówczas fatalne, a i publiczność z muzykami byli jakoś disconnected (jednak fanów była tam zaledwie garstka, a reszta sprawiała wrażenie przypadkowych ludzi, nieszczególnie zainteresowanych koncertem). Byłem więc umiarkowanie entuzjastycznie nastawiony do venue, na szczęście okazało się, że zupełnie niepotrzebnie!

Na miejscu zjawiłem się prawie na ostatnią chwilę. Nie spieszyłem się, bo sądziłem, że skoro zespół nie osiągnął jeszcze spektakularnego sukcesu, to nie będzie dużo ludzi i nie ma co świrować. Byłem trochę w błędzie. Luda było dużo, a koncert był sold out. Na szczęście zdołałem się wcisnąć bokiem tak, żeby być wystarczająco blisko sceny - ba, nawet zdążyłem wpierw zaopatrzyć się w kubeczek ze złocistym napojem - jeden z droższych w moim życiu (droższy był chyba tylko ten w Norwegii przed Niną w 2011), ale za to jak smakował!

Kubeczek złocistego napoju pomógł mi nie tylko wprawić się w doskonały nastrój przed muzyczną i duchową ucztą, jaka mnie czekała, ale także jakoś przemęczyć się przez dosyć okropny support. Był tak zły, że nawet nie mam ochoty się na jego temat rozpisywać. Coś jednak mam pecha do tych kiepskich supportów, naprawdę rzadko trafia się coś naprawdę porywającego (tak na szybko potrafię sobie przypomnieć jedynie Godsmack, NNEC i Charli XCX). Może to zabieg kontrastujący mający na celu zintensyfikować pozytywne wrażenia płynące z obcowania z headlinującym artystą :)

Siorbałem już ostatnie kropelki Becksa, gdy światła zostały przygaszone, a w mrokach sceny powili się muzycy towarzyszący (pełny band - gitarzysta, basista, klawiszowiec i perkusista). Po chwili z tyłu sceny dało się dostrzec Catherine i Allison - i chociaż było bardzo ciemno, zgromadzona publiczność zareagowała niezwykle entuzjastycznie i już wtedy wiedziałem, że czeka mnie wyjątkowy wieczór. Wystarczyło, że te panie ledwie pojawiły się na scenie, a energia całego pomieszczenia zmieniła się nagle diametrialnie. Niby było ciemno, a jednak zrobiło się jasno. Siostry posiadają niesamowitą aurę, którą da się poczuć nawet stojąc pod sceną.

Gdy tylko rozbrzmiały pierwsze dźwięki z niej płynące, na mój styrany kręgosłup spłynęły ciary, które masowały mi go prawie non stop przez kolejne 90 minut. Energia w pomieszczeniu była tak intensywna, że aż trudno to opisać. Cząsteczki kosmosu latały sobie w powietrzu jak świetliki, chciało się wyciągnąć po nie dłoń, złapać trochę w garść i schować do kieszeni, żeby potem w domu wrzucić je do słoika i trzymać na "czarną chwilę". Co chyba zresztą Cat czyniła, gestykulując w charakterystyczny dla siebie, hipnotyzujący sposób. Już na pierwszym utworze nawiązaliśmy serdeczny kontakt wzrokowy i poczułem jak ciepło rozlewa mi się po niektórych organach wewnętrznych :) To nie był zwykły koncert. Podczas tych 90 minut czas stanął w miejscu, wszyscy ludzie dookoła zniknęli, z wyjątkiem muzyków. Było tylko tu i teraz, czysty strumień energii płynącej ze sceny i z powrotem. Zaliczyłem daleką podróż po ziemskiej orbicie. Nawet moim soczewkom włączył się reklamowany na pudełku efekt HD i widziałem wszystko znacznie lepiej niż zawsze :)

Repertuar był zdominowany przez utwory z nadchodzącego albumu Creation. Set otwarty został nową piosenką Elements, ale prawdziwa erupcja nastąpiła na Love You More z ostatniego krążka You & I. Otwierający riff rozbrzmiał zdumiewająco potężnie - pomyślałem sobie "czy to Whiplash?" :) Ku mojemu bardzo pozytywnemu zaskoczeniu okazało się, że jednak da się dobrze nagłośnić koncert w Koko. Wprawdzie było bardzo głośno, ale nie ZA głośno. Wszystko brzmiało dynamicznie, ale klarownie i instrumenty oraz różne efekty nie przysłaniały tego, co najważniejsze - fantastycznych wokali sióstr Pierce. Całość wręcz dobrze gruwiła, na szczęście nie zapomniałem moich lakierków do stepowania.

Po dwóch kolejnych nowych piosenkach - Creation i Monsters, przyszedł czas na znakomite It Will Not Be Forgotten. Kolejny nowy utwór, Believe in Me, poprzedzał bardzo wyczekiwane przeze mnie We Are Stars. Piosenka ta spodobała mi się od pierwszego przesłuchania, a wręcz wiedziałem że mi się spodoba już po paru pierwszych sekundach. Zwrotki oparte są bowiem na prostej dwuakordowej progresji, która zawsze na mnie działa. To zresztą znakomity przykład na to, że muzyka wcale nie musi być skomplikowana i technicznie wyrafinowana, by zachwyciła. Wystarczy piękna melodia, odpowiednie brzmienie i dusza artysty :) Tutaj na podkładzie złożonym z dwóch prostych dźwięków Cat zbudowała absolutnie fenomenalną linię melodyczną. Do tego ten tekst i perfekcyjne wykonanie na żywo. Jak tylko zaczęła śpiewać pierwszą zwrotkę, wróciłem z orbity i majestat tej kompozycji po prostu wbił mnie w ziemię. Po drugim refrenie, podczas krótkiej instrumentalnej części, byłem po prostu sparaliżowany - betonowe buciki nie pozwalały mi się ruszać, a na plecach pojawił się cały wodospad ciar. Ten moment pięknie brzmi na nagraniu, ale to jeden z tych przypadków, kiedy na żywo daje to zupełnie inny efekt. A do tego Cat, odsunęła się w od mikrofonu w cień i zaczęła te swoje hipnotyzujące gesty dłońmi. To po prostu niedorzeczne, jak coś tak - w racjonalnym ujęciu wizualnym - prostego, potrafi oddziaływać na człowieka i przenieść go na poziom zdecydowanie ponad światem fizycznym.

Zanim dziewczyny zaserwowały nam kolejną porcję nowych piosenek z Creation, usłyszeliśmy przepiękną kołysankę I Put Your Records On. Gdy tak sobie jej słuchałem myślałem o tym, jak to dopiero co odkryłem The Pierces i z fascynacją odkrywałem ich nagrania :) W segmencie nowopłytowym usłyszeliśmy Honest Man, Come Alive, I Can Feel, Kings i The Devil Is a Lonely Night. Główny set zakończył się starszą piosenką You'll Be Mine.

Tak euforycznych reakcji publiczności nie widziałem na koncercie od pamiętnego gigu Oi Va Voi w berlińskiej synagodze. To były po prostu erupcje energii, wdzięczności i miłości skierowane w kierunku dziewczyn. Najczęściej trzeba było uciszać oklaski rozpoczynaniem kolejnego utworu. Wymiana energii między muzykami a publicznością była niesamowicie silna i odczuwalna, pomimo dosyć skromnego zachowania Cat i Allison na scenie. Nie prowadzą one długich dialogów na scenie a'la Tegan & Sara. Sprawiają wrażenie raczej onieśmielonych euforią fanów i podniosłą atmosferę próbują rozładowywać, nieco nieporadnie żartując. Kontakt z pojedynczymi jednostkami mają jednak niesamowity, zwłaszcza Cat. Potrafiła odpowiadać ludziom pomiędzy piosenkami, jak również z uśmiechem reagować na pojedyncze przejawy sympatii płynące od wybranych osób pod sceną. Wydawało się, że zauważa każdy uśmiech, każdą rękę w powietrzu, każde zaśpiewane słowo. Przez pierwsze utwory bardzo często nawiązywaliśmy kontakt wzrokowy, niestety nie znałem większości tekstów, jedyne więc co mogłem zaoferować to serdeczny uśmiech, który był natychmiast odwzajemniany.

Co ciekawe, ta skromność przejawia się także w muzyce - nie ma tu kolosalnie porażających wokaliz i generalnie można powiedzieć, że piosenki są dosyć "stonowane". Ale to właśnie w tej prostocie, w tym spokoju i szczegółach przejawia się serce, jakie zostało włożone w napisanie tej muzyki i jakie siostry wkładają w ich wykonania na żywo. Wszystko brzmi absolutnie bezbłędnie, a dziewczyny dają 100% siebie w każdej sekundzie bycia na scenie. Coś bardzo rzadko spotykanego.

Wobec euforycznego wywoływania na bis, nie mogło się obyć bez tegoż. Jak to powiedziała sama Allison, "spodziewałyśmy się tego". Odłożyła gitarę i usłyszeliśmy przepiękne wykonanie coveru Simona & Garfunkela zatytułowanego Kathy's Song - w wersji... acapella. Magia koncertu weszła na zupełnie nowy poziom. Ten tłoczny, głośny klub z dużym barem na tyłach, zamienił się w świątynię ciszy. Nikt nawet nie pociągnął nosem podczas, gdy Cat i Allison harmonizowały w sposób tak perfekcyjny, że aż trudno było uwierzyć, że to nie był playback.

Na sam koniec usłyszeliśmy energetyczne wykonania nowego utworu Flesh & Bone i starszego Glorious. Koncert zakończył się z przytupem. Do ostatniej chwili zastanawiałem się, czy zagrają TĘ piosenkę... Ale nie zagrały. Chociaż była to jedyna piosenka, którą byłem w stanie w całości zaśpiewać, ale może to i lepiej? Może to sygnał, że już niedługo przestanę ją codziennie słyszeć...

Gdy sobie pomyślę, że mogłem nie zainteresować się jedną "głupią" piosenką i nie kupić biletu... Ominąłby mnie jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Rzadko zdarza mi się chodzić na złe koncerty, ale tylko o garstce zwykłem mawiać, że wywinęły mi odbyt na lewą stronę. Takie stwierdzenie byłoby jednak przesadnie nacechowane kolokwializmem, wobec tych niezwykle dostojnych kobiet i duchowego przeżycia, jakim był ten koncert. Pokuszę się więc o stwierdzenie, że należący do mnie narząd defekacyjny uległ dogłębnemu przekształceniu. Wróciłem do domu zdrowszy, radośniejszy, wypoczęty, zrelaksowany. Takiego oczyszczenia nie zapewni ani długa sesja u terapeuty, ani droga butelka szkockiej, ani porządna lewatywa. Ten wieczór definitywnie udowodnił mi, że muzyka na żywo to najlepsza forma medytacji.

Ciekaw jestem, jak zostanie przyjęty ten nowy album. Z jednej strony, życzę siostrom wielkiego sukcesu, gdyż ten talent na niego zdecydowanie zasługuje. Z drugiej strony, nie wybrażam sobie takiego koncertu w dużej hali. To doświadczenie idealne na tak małą salę - gdzie cała energia nie ma gdzie uciec i jest na wyciągnięcie ręki. Niecierpliwie czekam na kolejny koncert.

blog comments powered by Disqus