BLACK SABBATH
04.07.2014
Hyde Park
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
24.01.2015

Black Sabbath, Soundgarden, Faith No More, Motörhead... Gdy zobaczyłem po raz pierwszy zapowiedź koncertu, który miał się odbyć 4 lipca w Hyde Parku w ramach festiwalu British Summer Time, wiedziałem, że nie obędę się bez biletu. Cóż za przepotężny line-up. Nie jestem wielkim fanem festiwali, bo zazwyczaj wiążą się one z koniecznością męczenia się w gigantycznym tłumie przez niekończące się koncerty zespołów, których nie ma się ochoty słuchać tylko po to, by mieć przyzwoite miejsce pod sceną na tym jednym koncercie, na który się przyszło. Tym razem było inaczej - każdy z tych czterech zespołów zasługuje na miano headlinera.

Już podczas podróży metrem przydarzyło mi się coś, co wprawiło mnie w dobry, koncertowy nastrój. Do grupki dżentelmenów w koszulkach Black Sabbath podszedł nieco niezręczny grubasek w koszulce Metalliki i zagaił: "O, Black Sabbath.. ja tam wolę Metallikę". Jego zaczepka spotkała się z umiarkowanym entuzjazmem ze strony nowopoznanych kolegów, wykonał więc krok do tyłu i resztę podróży spędził w samotności. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż po chwili zaczał sobie pogwizdywać melodię z Ecstasy of Gold :) Był to bardzo adekwatny początek dnia, bowiem każdy z koncertów był w jakiś sposób powiązany z Metalliką. Scenka niczym z filmu, a jednak wydarzyła się naprawdę i była znakomitym wstępem do wybornej uczty muzycznej, jaka tego dnia (całego dnia!) mnie czekała.

Wyposażony byłem w najtańszy bilet, a kategorii było dużo. Early entry, strefa VIP, cuda na kiju... A ja sobie z moim general admission przyszedłem na pół godziny przed otwarciem głównych bram i specjalnie się nie pchając, kilka minut po ich owarciu byłem już prawie pod samą sceną. Mogłem ustawić się w pierwszych rzędach i z biegiem czasu torować sobie drogę do barierki, ale uznałem, że nie ma w tym większego sensu. Scena była i tak dosyć daleko, poza tym w sumie nie widziałem większego interesu w przyglądaniu się z bliska niezbyt już młodym i urodziwym, spoconym starszym panom. Uznałem, że mając przed sobą cztery zespoły o tej randze, brzmienie będzie ważniejsze, niż wizualia. Ustawiłem się więc strategicznie w odległości, której od paru lat zwykłem także używać na koncertach Metalliki. Wybór był słuszny - między setami robiło się w tej strefie na tyle luźno, że można było spokojnie rozprostować nogi na świeżo skoszonej, zielonej trawce i delektować się wniesioną bez problemu na obiekt wodą.

Był jeszcze jeden zespół - Soulfly. Mimo, że dobrze mi znany, stanowił dla mnie rolę wyłącznie koniecznego do przetrawienia supportu. Zerowe walory muzyczne zostały skutecznie wynagrodzone walorami komediowymi - z trudem poruszający się grubasek toczył się po scenie, śmiesznie podskakując i pociesznie próbując rozruszać publikę, zarazem wyglądać groźnie. Występ ten sprawił, że miałem jeszcze lepszy humor przed 4-kursowym głównym daniem.

Zatem Panie i Panowie, oto na scenie pojawia się żyjąca legenda - Lemmy Kilmister. Nie można mu zarzucić, że kipi energią na scenie - ot, podchodzi do mikrofonu i atakuje słuchaczy charakterystycznym brzmieniem swojego basu i zachrypniętego gardła. Mimo to, jego charyzma powala, już od samej brody, okularów przeciwsłonecznych i kapelusza. Nie masz wątpliwości, że to groźny osobnik, z którym lepiej nie zadzierać.

Wspaniale było wreszcie usłyszeć prawdziwą legendę na żywo. A poza tym - zespół bez którego Metallica prawdopodobnie nigdy by nie powstała, a na pewno wyglądałaby i grała zupełnie inaczej. Zresztą, na akcent Metallikowy długo czekać nie trzeba było - pierwszym kawałkiem było bowiem Damage Case. Nie zabrakło także słynnego Overkill, które zamknęło niestety dosyć krótki występ Motörhead. Pierwsze pogo rozkręciło się jednak kawałek wcześniej - na nieśmiertelnym Ace of Spades.

W przerwie przyszła pora na udekorowanie sceny pod występ Faith No More. Rozłożono więc olbrzymie białe płótno, przyniesiono kilkadziesiąt bukietów kwiatów, a telebimy spowiła... biel. Przygotowania trwały dosyć długo, w końcu jednak na scenie pojawili się muzycy w koloratkach. Muszę przyznać, że jeśli cokolwiek tego dnia mnie rozczarowało, to był to występ Faith No More. W sumie to nie wiedziałem za bardzo czego się spodziewać, ale okazało się, że Mike Patton to nie jest człowiek do końca zdrowy na umyśle. Jego aroganckie i często niesmaczne zachowanie na scenie nieszczególnie mnie urzekło. Muzycznie było bardzo dobrze, był to pierwszy występ FNM od dłuższego czasu. Zaprezentowano kilka nowych kompozycji, takich jak Superhero i Motherfucker, które znajdą się na nadchodzącym studyjnym krążku formacji. Miło było usłyszeć na żywo także kilka klasyków, takich jak Epic czy King for a Day - ok. 10 lat temu był bowiem okres, gdy słuchałem FNM całkiem namiętnie. A był to okres dosyć miły z różnych względów, więc wspominam ten czas z dużym sentymentem.

Soundgarden pojawili się na scenie bez większych fajerwerków - w dżinsach i podkoszulkach - i była to miła odmiana po "przeroście formy nad treścią" podczas występu FNM. Zespół przygotował na tą specjalną okazję miłą niespodziankę - zagrali cały album Superunknown z okazji 20-lecia premiery tejże płyty. No, prawie cały, gdyż z powodu limitu czasowego, Half musiało wylecieć z setlisty, chociaż się na niej znajdowało. Miło było usłyszeć na żywo kolejny nieśmiertelny zespół i jeden z najsłynniejszych kawałków w historii rocka - Black Hole Sun.

Jednak nie oszukujmy się, głównym daniem tego wieczoru było Black Sabbath. Nawet aura odpowiednio się zmodyfikowała - cały dzień był w pełnym słońcu, ale tuż przed gigiem Black Sabbath, słońce chyliło się ku horyzontowi, a niebo spowiły gęste chmury. Zrobiło się nieco mistycznie, niespokojnie.

Zaczyna się od syreny i majestatycznego intra do War Pigs. Na telebimach stosownie zmontowany do okazji "teledysk" w którym pojawiają się archiwalne materiały wojenne. Całość robi spore wrażenie, ale w centrum uwagi i tak są Geezer Butler, Tony Iommi i uśmiechnięty od ucha do ucha Ozzy. Intro do War Pigs brzmi tak ciężko, jak to tylko możliwe. Przy okazji przekonuję się, że nagłośnienie i brzmienie są fenomenalne. Plac w Hyde Parku wypełniony po brzegi kilkudziesięcioma tysiącami fanów, każde gardło zaczyna śpiewać razem z Ozzym "Generals gathered in their masses..." Nie lubię za bardzo tego słowa, ale oto definicja epickości!

Ozzy wprost poraża swoją energią. Non stop uśmiechnięty, skacze, tupie, biega po scenie, tarza się po niej, zaczepia fanów - jest absolutnie w swoim żywiole. To niesamowity do oglądania spektakl, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę wiek i wszystko, przez co ów jegomość w swoim życiu przeszedł. Ma on pełne prawo leżeć podłączony do kroplówek i respiratora, albo wręcz spoczywać już w grobie, jednak on nadal jest na scenie i cieszy się z obecności na niej jak małe dziecko. Jest po prostu rozkoszny.

Tony Iommi i Geezer Butler nie pozostają w tyle - gitary i bas są precyzyjnie zgrane z perkusją. Szkoda, że na tej trasie zabrakło Billa Warda, którego na stołku perkusyjnym zastąpił Tommy Clufetos. Udowodnił on swoje umiejętności podczas długiego solo na perkusji, będącego częścią utworu Rat Salad. Wyobrażałem sobie wtedy, że reszta muzyków zniknęła ze sceny na kilka minut, by za kulisami zregenerować się przy pomocy kroplówek :) Podobnie zresztą uczynił Lemmy, który mimo bardzo krótkiego czasu scenicznego dla Motörhead, także zniknął za kuluarami podczas całkiem długiego sola perkusyjnego.

Black Sabbath nie zawodzi tych, którzy chcą usłyszeć nieśmiertelne klasyki z pierwszych płyt zespołu - po War Pigs przychodzi więc pora na Into the Void i Snowblind. Nowa płyta, 13, reprezentowana jest przez kawałek Age of Reason. Nowy materiał doskonale wtapia się w towarzystwo swoich starszych kolegów. Udała im się ta płyta i nie ma się czego wstydzić, grając te kawałki na żywo.

Punkt kulminacyjny koncertu osiągnięto jednak moim zdaniem przy utworze Black Sabbath. Intro - reflektory gasną, słyszymy odgłosy ulewy, uderzających piorunów i charakterystyczny dzwon. W tworzeniu atmosfery oprawą sceniczną, pomogła matka natura. Granatowe chmury kłębiły się nad sceną, liście którymi "porośnięta" była scena złowieszczo poruszały się na wietrze. W połączeniu z najciężej jak tylko się da brzmiącymi tomami i gitarą Iommi'ego, opętańczym wokalem Ozzy'ego dało to po prostu skrajnie epicki klimat. Nogi same uginają się pod majestatem Black Sabbath.

Po kolejnych klasykach w postaci Behind the Wall of Sleep i N.I.B. przyszła pora na kawałek, który najbardziej mnie zaskoczył - Fairies Wear Boots. Jakoś nigdy się nie wsłuchiwałem w ten sabbathowy szlagier, ale absolutnie mnie on powalił. Elektryzujący riff Tony'ego, nieco połamana konstrukcja z nagłymi zmianami tempa - koncertowa perfekcja. A do tego doskonały nowoczesny wtręt w postaci kolejnego teledysku wyświetlanego na gigantycznych telebimach dookoła sceny. To po prostu trzeba zobaczyć - całość po raz kolejny tworzyła perfekcyjnie zgraną całość.

Podczas Iron Man mamy chyba najgłośniejsze śpiewanie podczas całego gigu, ale to było do przewidzenia :) Po tym legendarnym szlagierze mamy jeszcze nowe God Is Dead?, które ponownie brzmi jak coś ze starych płyt Sabbath i w końcu na zamknięcie głównego setu - Children of the Grave.

To jednak nie koniec gigu, mamy bowiem jeszcze jeden bis. Otwarty kultowym riffem z Sabbath Bloody Sabbath, oto nadchodzi Paranoid - kawałek niespecjalnie przeze mnie uwielbiany ze względu na swoją skrajną prostotę i powtarzalność, ale jednak trudno sobie wyobrazić gig Black Sabbath bez niego.

I tak oto zakończyła się ta niebywała muzyczna uczta w Hyde Parku. Tyle wspomnień, tyle nawiązań do wszystkiego. Przykład? To właśnie Faith No More nagrali mój ulubiony cover War Pigs, który - co się rzadko zdarza w przypadku utworów i zespołów tego formatu! - jest lepszy nawet od oryginału.

Widząc Geezera i Tonny'ego trudno też było nie myśleć o ostatnim razie, kiedy widziałem ich na scenie - a było to w 2007 roku w Wiedniu, przed Metalliką podczas koncertu Heaven and Hell... Razem z Ronnie Jamesem Dio.

Metallica była obecna w każdym koncercie. Motörhead i nagrane przez Metallikę Damage Case i Overkill, Lemmy występujący z chłopakami kilka razy. Faith No More - muzycy obu zespołów występowali wspólnie. Soundgarden - niby nie ma bezpośredniego powiązania... Ale na scenie pojawił się Ross Halfin - nadobny metallikowy fotograf od zadań specjalnych. No i Black Sabbath... Chyba nie muszę wspominać.

Black Sabbath zrobiło na mnie kolosalne wrażenie nie tylko pod względem formy muzyków, którzy mają za sobą poważne choroby, poważne wypadki i delikatnie mówiąc, niezbyt zdrowy styl życia. Rozgniotła mnie także oprawa tego koncertu - działo się dużo, mieliśmy eksplozje, fajerwerki, lasery, telebimy itd. Ale w rozsądnych ilościach - nie przyćmiło to tego, co najważniejsze, czyli muzyki. A ta brzmiała genialnie. Ze wszystkich koncertów i zespołów, które widziałem na żywo, Black Sabbath jak na razie jako jedyne zbliżyło się rozmachem, jakością, potęgą brzmienia do tego, którym dysponuje Metallica.

Na koncert ten szedłem z przeświadczeniem, że jest to najprawdopodobniej ostatni gig Black Sabbath w karierze. Dwa miesiące później jednak Ozzy oświadczył, że muzycy postanowili nagrać wspólnie jeszcze jeden album i wyruszyć w pożegnalną trasę koncertową. Mam wielką nadzieję, że okoliczności i zdrowie im na to pozwolą - z pewnością wybiorę się na gig ponownie.

 

blog comments powered by Disqus