METALLICA
08.07.2014
Incheba Open Air
Praga
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
05.08.2014

Poprzedni koncert w Pradze, otwierający trasę jubileuszową Czarnego Albumu w 2012 roku, zapisał się w pamięci i na twardych dyskach społeczności fanów jako wręcz kultowy. Ponieważ miałem ogromną przyjemność doświadczyć tego znakomitego gigu osobiście, z wyborem miejsca na zobaczenie Metalliki w roku 2014 nie było większego problemu. A może akurat znów okaże się on wyjątkowy?

Szanse na to były ogromne. Oto bowiem w Pradze, jako na jedynym koncercie podczas całej trasy By Request, ogromną szansę miało rozbrzmieć The Unforgiven II. Piosenka, której chłopaki nigdy nie zagrali na koncercie, a tylko raz została wykonana na żywo podczas gali Billboard w 1997 roku i można powiedzieć, że był to tzw. 'half-assed effort', z braku lepszego terminu w języku polskim :) Tutaj to jednak fani głosowali i to właśnie w Czechach piosence tej udało się przedostać do segmentu Vote of the Day, razem z The Day i St. Anger.

Ponadto sympatyczny naród czeski zawsze stoi na gigach Metalliki jak kołki, ani trochę się nie rozpychając i nie napierając na barierki nawet w kluczowym momencie, gdy na scenie pojawia się po raz pierwszy zespół. A taki stary dziad koncertowy ceni sobie nie tylko emocje, ale i komfort przeżywania koncertu, bo co to za przyjemność przez 2 godziny walczyć o przetrwanie i potem nic z elementu muzycznego nie pamiętać.

Zatem dzień przed koncertem, 7 lipca wsiadłem do samolotu linii lotniczych marki Ryanair i poleciałem prosto do Pragi. Tym razem element logistyczny bez ekstrawagancji typu jazda 350 km przed i 350 zaraz po koncercie. Najwyższa pora zapewnić sobie komfort doświadczenia, stąd noclegi przed i po koncercie w bardzo miłym przybytku mieszczącym się zaledwie 10 minut niespiesznego spaceru od venue. W bezpośredniej okolicy także Albert zapewniający zapas pysznych czeskich buł ze smazonym syrem. Brzmi jak pełnia szczęścia... Brakuje tylko jednego - pomyślnego wyniku głosowania.

We wtorkowe popołudnie spotkaliśmy się z poczciwym towarzyszem doli i niedoli Ronniem i udaliśmy się na miejsce koncertu o takiej porze, by akurat zdążyć na występ Alice in Chains. Swoją drogą, nareszcie trafił się godny support - jak dotąd tylko dwa razy byłem pod tym względem prawdziwie usatysfakcjonowany: pierwszy raz w 2003 roku w Erfurcie, kiedy to znakomity show dał Godsmack, a drugi raz w 2007 roku w Wiedniu, kiedy to mieliśmy nieopisywalne szczęście zobaczyć Heaven and Hell, a więc tak naprawdę jeden z klasycznych składów Black Sabbath z legendarnym Ronnie Jamesem Dio na czele, którego dziś niestety na żywo usłyszeć się już nie da.

Wracając jednak do Pragi. Kolejnym obok Vote of the Day znakiem zapytania wokół koncertu była pogoda. Generalnie lato tego roku mamy słoneczne i upalne w Europie, ale szczęśliwie dzień wcześniej przewaliła się przez Pragę dosyć spektakularna burza (którą miałem zresztą przyjemność obserwować z samolotu - piękny i zarazem zatrważający widok), a na wtorek także zapowiadano poważne zawirowania pogodowe. Gdy zjawiliśmy się na miejscu, okazało się, że występ Alicji zaczął się nieco przed czasem, na szczęście nie płakałem z tego powodu. Trochę płakało za to niebo - bo deszczyk delikatnie siąpił, ale było do tego potwornie duszno i bure chmury czaiły się gdzieś nad horyzontem - więc prawdziwa zabawa miała dopiero nadejść.

W sumie dosyć mocno nastawiałem się na koncert Alice in Chains, ale jak teraz próbuję sobie przypomnieć jedną rzecz, która najbardziej mi zapadła w pamięć podczas ich gigu, to spostrzeżenie, że Jerry Cantrell ma krótkie włosy. Dosyć długo zastanawiałem się, czy widziałem go już w krótkich włosach, czy też nie i szczerze mówiąc, to nie doszedłem do tego. Podobnie, nic więcej z tego koncertu nie mogę sobie przypomnieć. Ot, brzmieli znakomicie - bardzo rozpoznawalnie - ale też zagrali 13 razy tę samą piosenkę i poszli do domu. No ale, lepsze to niż te dzikusy z metalowych zespołów, otwierające większość koncertów Metalliki.

Gdy liczna ekipa technicznych ustawiała scenę pod gwiazdę wieczoru, na telebimach co jakiś czas pojawiały się filmiki z członkami zespołu zachęcającymi do głosowania i potem aktualizowane na bieżąco wyniki. Niestety, nie wyglądało to zachęcająco. The Day i St. Anger prowadziły zaciętą batalię o pierwsze miejsce z dwukrotną przewagą głosową nad The Unforgiven II. Byliśmy przygotowani na to by głosować wraz z oficjalnym forum, jednak nic z tego nie wyszło, ponieważ system nie przyjął mojego głosu z "zagranicy", jak się domyślam liczone były jedynie głosy z telefonów zarejestrowanych w czechach. Wielka szkoda.

Im bliżej było gigu, tym mocniej padało. W pewnym momencie na telebimach pojawiło się nowe video otwierające, przygotowane specjalne z myślą o tej trasie. Zabawne i świetnie zmontowane, kontynuuje tradycję rozpoczętą niejako w 2012, kiedy to set Czarnego Albumu otwierała znakomita sekwencja audiowizualna. Zaraz potem - klasyczna scena z dobrze wszystkim znanego westernu i oczywiście Ecstasy of Gold, które nawet po 11 latach wciąż powoduje to nieopisywalne uczucie, którego doświadcza się tylko w tej bardzo specyficznej sytuacji - na minutę przed wyjściem Metalliki na scenę.

Na scenie jak zwykle jako pierwszy pojawia się Lars, zaczepiając się z publiką, a po chwili u jego boku daje się dostrzec Jamesa który otwiera gig szybkim riffem z Battery. Kawałek ten wielokrotnie otwierał sety, ale zawsze był poprzedzony swoim własnym intrem puszczonym z taśmy - na tej trasie, począwszy od bodajże trzeciego gigu, zrezygnowano z tego zabiegu. Muszę przyznać, że mam wobec tej decyzji mieszane uczucia. Intra z taśmy przy Blackened i Battery bardzo dobrze podnosiły napięcie po Ecstasy, a tu tak jakby coś się zaczynało "nie od początku". No ale, nie to jest przecież najważniejsze.

Najważniejsze jest oczywiście pyro, a przynajmniej pewnie tak by powiedział Arkapa. Co ciekawe, na tej trasie po raz pierwszy od wielu, wielu lat zrezygnowano kompletnie z pyro. Trzeba przyznać, że dosyć dziwnie ogląda się Metallikę na świeżym powietrzu bez pyro. Nieco inaczej wygląda także ekran - zmieniony po raz pierwszy od 2008 roku, kiedy to zadebiutował ten gigantyczny, niesamowity screen o wysokiej rozdzielczości. Teraz ekran pocięty jest na paski, które rozszerzono także na boczne sektory sceny. Czasem wygląda to dobrze, np. podczas animacji do One, czasem wygląda to... jak cięcie kosztów. Co w świetle ostatnich porażek finansowych Metalliki, niestety ma sens.

Na szczęście esencja koncertu pozostała nienaruszona - czyli brzmienie. Tutaj nadal wszystko jest na najwyższym poziomie, dźwięk potężny i soczysty, nie do usłyszenia nigdzie indziej. To jeden z powodów, dla których warto ustawiać się tam, gdzie spędzam od jakiegoś czasu koncerty Met - czyli mniej więcej w połowie Golden Circle. Pod samą sceną praktycznie zawsze coś szwankuje - a to panorama stereofoniczna jest źle zbalansowana, a to brakuje któregoś instrumentu, a to jest za głośno, a to za cicho itd. Natomiast w połowie "złotego kręgu" wszelkie parametry dźwięku osiągają idealny balans - pozwalając się nim rozkoszować w stu procentach.

Setlista przebiegała wg planu - a więc po Battery usłyszeliśmy Mastera. Fantastyczna kombinacja otwierająca, przywodząca na myśl moje pierwsze koncerty z 2003 roku. Potem zaś objawia się kolejna kontrowersyjna decyzja - wprowadzenie pierwszej ballady w trzecim slocie setlisty. Byłem ciekaw, jak Lars sobie poradzi z faktem, iż fani wybrali zdecydowanie więcej ballad, niż normalnie możemy usłyszeć na koncercie Met. Spodziewałem się powrotu do struktury z pierwszą balladą w slocie czwartym, ale ta decyzja mnie zaskoczyła. Ostatnio taką wariację widzieliśmy chyba... w roku 1990?

Dalej Fuel, piosenka którą słyszałem na żywo wiele razy (dokładnie, to był ósmy), ale tym razem wyjątkowo ją zapamiętam. A to dlatego, że deszcz przybrał skrajną formę. Deszcz to w sumie niewłaściwe słowo. To była masakryczna ulewa. Dotychczas odrobina wody z nieba mi nie przeszkadzała, ale na Fuelu woda zaczęła zalewać całą moją twarz i płukać mi oczy, przez co w pewnym momencie przeraziłem się, że wypłyną mi soczewki. W pewnym momencie wręcz czułem, że to się już dzieje. Na szczęście z pomocą pewnego chłonnego kaptura (swoją drogą kaptur nie pierwszy raz uratował mi życie... heh) udało się powstrzymać katastrofę. Gdybym stracił soczewki, to by był chyba koniec zabawy dla mnie na tym koncercie...

Na szczęście tak się nie stało i mogłem się w pełni rozkoszowywać (jak to mawiała moja koleżanka na studiach) resztą koncertu. Nadal obficie lało, ale z pomocą kaptura jakoś sobie radziłem. Po Fuelu przyszła pora na Kirk Solo #1, które poczciwy Kirczyszyn otworzył czymś co brzmiało jak riff z Bad Seed. Podczas Unforgiven na obraz z kamer na ekranach nałożono filtr monochromatyczny i wymieszano go z fragmentami teledysku, co dało dosyć fajny efekt.

Przyszła pora na jeden z najlepszych momentów koncertu. James wyszedł na snakepitowy wybieg i ustawił się przy centralnym mikrofonie. Mamy więc Jamesa niemal na wyciągnięcie ręki, bo jesteśmy zaledwie kilka rzędów od wybiegu. W dodatku ja stoję dokładnie centralnie, po prostu nie dało się stać bardziej na środku :) To sprawiło, że podczas kolejnej piosenki - Lords of Summer - James praktycznie przez cały czas, gdy tam stał (a więc pełne 2 zwrotki z refrenami) patrzył mi prosto w oczy. Będąc bowiem osobą wysoką, gdy dodatkowo wzbiłem się na palce i pumpowałem fisty w powietrzu (zasłaniając pewnie cokolwiek kilkudziesięciu osobom stojącym za mną - na szczęście Czesi to spokojny naród jest), James siłą rzeczy koncentrował wzrok na mnie - w efekcie darliśmy do siebie japy przez połowę piosenki. Pomijam już zaskoczenie faktem, że w ogóle znałem tekst do L.O.S. (wyjątkowo słaby jak na Met) - to był absolutnie fenomenalny moment, jedna z tych rzadkich i najbardziej pożądanych chwil, kiedy cały świat i kilkadziesiąt tysięcy ludzi wokół znika i jestem tylko ja i wykonawca na scenie. Zreszta, James ma autentycznie przytłaczającą (w sensie pozytywnym) aurę i każdy, kogo wzrok choć raz spotkał się z Jamesowym z pewnością wie, o czym nieudolnie próbuję tu pisać. Te kilka minut sprawiły, że nie miało dla mnie znaczenia to, że większość kawałków w setliście tego wieczora słyszałem już "do porzygu". Po prostu warto było je... lecieć te 1,5h samolotem :)

Na Lords ogólnie chłopaki się rozkręcili i mimo że nadal rzęsiście padało, wszyscy biegali sobie rześko po wybiegu. Potem było Justice - usłyszane po raz czwarty na żywo. Mógłbym się obejść bez tego kawałka, chociaż jakoś tak wyjątkowo dobrze zabrzmiał tego wieczoru w Pradze. Ku mojemu zaskoczeniu, enjoyowałem nawet Sad But True, przy którym na ogół zasypiam. Nadal grają ten kawałek trochę za szybko, ale chłopaki znów postanowili trochę pohasać po wybiegu i dzięki temu po raz kolejny udało mi się złapać kontakt wzrokowy z Jamesem.

Po krótkim solo Roba, przyszła pora na Fade to Black, którego nigdy dosyć. Co prawda wolałem, gdy było grane w całości elektrycznie, ale grunt, że jest grane w ogóle. Mój nr #1 Metalliki dopiero piąty raz na żywo dla mnie. Pięć razy na 16 koncertów w ciągu ostatnich 11 lat. Trochę pechowo. Chorzów 2004, Wiedeń 2007, Praga 2008, Warszawa 2010. A Sanitarium? Dziewiąty raz. Gdzie tu sprawiedliwość?

Oriona zawsze miło usłyszeć. One się trochę znudziło, ale fajne animacje rodem z Through the Never i świetnie zaprogramowane lasery pomagają jakoś zatrzeć tesknotę za pyro i porządnym pierdylnięciem po "landmine". Bellz na żywo nie znudzą mi się chyba nigdy, cóż za genialny kawałek koncertowy. Chłopaki po raz kolejny się pasą na wybiegu co daje kolejną świetną okazję do nawiązania kontaktu wzrokowego. W slocie, który jeszcze do niedawna zamykał główny set, tym razem Creeping Death - tak wyszło w głosowaniu. Normalnie usłyszelibyśmy tutaj Blackened, Battery albo Fight Fire. Nie tym razem. Creep na żywo tylko/aż po raz dziewiąty na żywo - ale zupełnie mi to nie przeszkadza, tej piosenki nie powinno nigdy brakować w setliście, zwłaszcza na gigach open air (swoją drogą zaskakujące jest, że aż na 7 koncertach na których byłem, nie zagrali Creepa!).

Potem standardowa sekwencja utworów zbliżająca nas do hucznego finału - NEM i Sandman. Na Sandmanie starym dobrym zwyczajem darcie japy do siebie z Ronniem podczas sekcji "in your closet, in your head" - mega moment. Sandman to jedna wielka huczna Metallikowa impreza i chociaż w domu już nigdy nie słucham tego kawałka, tak na gigu po prostu brakować go nie może.

Ale najciekawsze miało dopiero nadejść. Przedostatni bowiem kawałek to Whiskey in the Jar - coś, co na tej trasie stało się standardem, a dotychczas było praktycznie nie do pomyślenia, aby usłyszeć to na żywo poza Irlandią. Trzeba przyznać, że jest to idealny festiwalowy kawałek i nie zdziwiłbym się, gdyby zagrzał w setliście miejsce na dłużej, nawet po zakończeniu tej trasy.

No i w końcu przyszedł czas na Vote of the Day. Okazało się, że w trakcie gigu już praktycznie nikt nie głosował - chyba nikt nie chciał zamoczyć telefonu. Niestety, Unforgiven II przegrał "z kredensem". St. Anger wygrał ledwo ledwo. Muszę przyznać, że to znakomita nagroda pocieszenia. Coś, czego chłopaki nie grali od 2006, a ja sam słyszałem to na żywo po raz ostatni... W Pradze, niemal dokładnie 10 latu temu (1 lipca). Świetnie było usłyszeć ten utwór ponownie na żywo i przypomnieć sobie czasy premiery St. Anger i niesamowicie długich wakacji między szkołą średnią a studiami...

Po St. Anger na stół wjechała ostatnia potrawa wieczoru - Seek! AND! DEEESTRRRROYYY!, z nieba spadły piłki plażowe i ogólnie impreza skończyła się z przytupem :) Pod koniec już praktycznie przestało padać, ale tak naprawdę nie miało to już znaczenia - pod nogami i tak mieliśmy totalne błoto, a nasze ubrania były przemoczone do przysłowiowej suchej nitki - dosłownie. Na szczęście od suchego pokoju hotelowego dzielił nas tylko krótki spacer - nie wyobrażam sobie kilkugodzinnej podróży samochodem w tym stanie (a i takie rzeczy zdarzało nam się robić, ale to już "nie te lata, panie").

Słowem podsumowania zatem. Setlista mimo wszystko na plus. Niby fani dali dupy z głosowaniem, ale usłyszałem dwa kawałki po raz pierwszy na żywo i jeden kawałek niegrany od 10 lat. To nienajgorszy bilans jak na "słabą" setlistę. Tak naprawdę to nie ma na co narzekać. Bawiłem się świetnie, tak jak dwa lata temu w Pradze. Nie ma to jak być blisko sceny i jednocześnie mieć mnóstwo przestrzeni osobistej, by sobie do woli machać rękoma, głową, tupać nogami i podskoczyć kilka razy. Do tego można spokojnie otworzyć usta by podrzeć japę i nie martwić się, że za chwilę na języku wylądują czyjeś spocone włosy. Brr, mam drgawki na samą myśl. No i miło uświadomić sobie, że człowiek zna nadal te wszystkie teksty na pamięć, chociaż już ich bardzo rzadko słucha, a na pewno nie studiuje tak wnikliwie jak kiedyś. A tu nawet Lords of Summer umiałem, heh. No i przede wszystkim kontakt wzrokowy z Jamesem - Lords, Sad, Bellz. Niezapomniane momenty, których mam nadzieję że duża garść przede mną. Chłopaki już nie są najmłodsi, więc trochę inaczej podchodzę teraz do koncertów. Bawiłem się tak, jakby to był ich/mój ostatni koncert, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy właśnie ten nie okaże się tym ostatnim.

 

blog comments powered by Disqus