THE PIERCES
23.09.2014
Shepherd's Bush Empire
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
01.10.2014

Moja druga randka z siostrami Pierce odbyła się w idealnym odstępie czasu od pierwszej. Co się zmieniło od czerwca? Przede wszystkim zdążyłem przekonać się, że nie było to tylko chwilowe zauroczenie :) Często bywa tak, że się czymś zachwycimy nagle, a po jakimś czasie okazuje się, że był to tylko słomiany zapał. Na szczęście nie w tym przypadku. Na początku września ukazał się nowy album, z którego lwią część piosenek usłyszałem po raz pierwszy na poprzednim koncercie. Teraz już znacznie lepiej usłuchany tak z nowym, jak i ze starszym materiałem, z ogromną ekscytacją wybrałem się po raz pierwszy do legendarnego Shepherd's Bush Empire, by przyjąć kolejną dawkę magicznej atmosfery.

Venue okazało się być bardzo podobnych rozmiarów do klubu Koko. Powierzchnia parkietu była może nawet nieco mniejsza, ale za to na balkonie mieściło się zdecydowanie więcej ludzi. Miejsce leniwie wypełniało się fanami w przeróżnym wieku - od nastolatków po poczciwych dziadków, można więc było bez pośpiechu skorzystać z dobrodziejstw ustronnego miejsca, a także baru, w którym zwyczajowo już wyposażyłem się w aromatyczny złocisty napój.

Długo nie trzeba było czekać na rozpoczęcie koncertu - tym razem jako support wystąpiła rudowłosa przyjaciółka Cat i Allie, El May. Muszę przyznać, że nie tylko mnie ten support nie zmęczył, ale wręcz przyjemnie się słuchało i patrzyło na tę chyba umyślnie niezręcznie zachowującą się na scenie artystkę. Pierwsze piosenki brzmiały miło, ale nieco zwyczajnie, ale z każdą kolejną styl przekształcał się w bardziej indywidualny. Była nawet piosenka, która powstała z udziałem Allison. Liczyłem na gościnny występ, jednak w roli drugiej wokalistki pojawiła się jakaś inna dziewuszka. Wyszło nawet uroczo. Ogólnie występ zbudował dobrą atmosferę przed głównym daniem.

Wreszcie na scenie pojawiają się Catherine i Allison, przywitane jak zwykle serdecznymi brawami z już bardzo licznie zgromadzonej londyńskiej publiczności. Zaczyna się, tak jak poprzednio, od Elements - jednej z najlepszych kompozycji z nowego albumu Creation. Znakomity wybór na otwieracz koncertu - zaczyna się spokojnie, ale już od pierwszych dźwięków magia wprost wylewa się ze sceny. Ponieważ jest to piosenka napisana przez Allison, to ona zaczyna śpiewać zwrotkę, ale już w połowie przyłącza się Catherine harmonizując charakterystyczną, wyższą tonalnie barwą swegp głosu. Świetnie brzmią etniczne motywy na tomach w trakcie refrenów. Subtelne, pojedynczo zagrywane akordy na gitarze elektrycznej nie brzmią tak wyrafinowanie jak na albumie, ale skutecznie wypełniają przestrzeń między niespiesznymi, ale przepełnionymi determinacją słowami refrenów: "We want freedom, water, earth, fire and oxygen". Podoba mi się, w jak nienachalny sposób nawiązują do nich smutne słowa zwrotek. Wreszcie ujmujący i wręcz ściskający serce jest mostek - element w piosenkach The Pierces nie zawsze obecny, tutaj stanowiący być może najbardziej dramatyczny punkt utworu, znakomicie balansujący jego dynamikę.

Czas jednak na rozładowanie atmosfery mocnym, charakterystycznym riffem otwierającym Love You More. Publiczność wita materiał z poprzedniej płyty euforycznie - a to wcale nie był przecież największy hit z You & I. Tutaj objawia się pełnia brzmienia całego zespołu, z którym hipnotyczne głosy Cat i Allie tak świetnie współgrają. Ale przede wszystkim słychać, że to nie nowicjusze, a bardzo doświadczeni muzycy obecni na scenie od kilkunastu lat, z własnym, niepowtarzalnym, profesjonalnym i mocnym brzmieniem. Pomimo, że support był sympatyczny, od razu odczuwa się dramatyczną różnicę właśnie w przygotowaniu muzycznym koncertu. Człowiek słucha tego z otwartą szczęką i po raz kolejny zastanawia się, jak to u licha jest możliwe, że te niesamowite babki nie są bardziej popularne. Ale tylko przez chwilę, po szybko dochodzi do wniosku, że taki koncert po prostu straciłby magię i swoją intensywność w większym venue.

Trzeci utwór w secie - tytułowe na nowej płycie Creation - nie pozostawia wątpliwości, że setlista będzie taka sama, jak w czerwcu. Co ani mnie nie zaskoczyło, bo już poprzednio miałem wrażenie, że koncert którego doświadczyłem był już przygotowany pod właściwą promocję płyty; ani nie rozczarowało, bo lista jest długa i soczysta i zawiera właściwie wszystko co najlepsze na dwóch ostatnich albumach. Prawie. Wracając jednak do Creation - fantastycznie brzmi na żywo progresja akordów pod zwrotkami z niskim, silnie zarysowanym basem. Szczęka sama otwiera się do śpiewania podczas refrenowych "You drink, you dance, you fight, you die".

Monsters to kolejny utwór, który napisała Allie i analizując to, które piosenki czyjego są autorstwa, łatwo zauważyć, że jej utwory są znacznie bardziej mroczne i smutne, niż te napisane przez jej siostrę. To prawdopodobnie główny powód, dla którego to właśnie piosenki Cat, zdecydowanie bardziej wesołe i wręcz popowe, zostały wybrane na single promujące album. To właśnie jedna z najlepszych rzeczy w The Pierces - po dłuższym osłuchiwaniu repertuaru człowiek zauważa, że to tak naprawdę dwie zupełnie różne artystki, które razem tworzą wybuchową mieszankę i mają unikatową chemię, gdy występują razem. Ale ich repertuar to zbiór dzieł podpisanych w większości nie tylko jednym nazwiskiem, ale także jednym imieniem.

Wracamy jednak do poprzedniego albumu - It Will Not Be Forgotten to kolejny "stary" utwór przywitany ciepło przez publikę i absolutnie genialny koncertowy kawałek. Coś, co w teorii możnaby uznać za jego wadę, okazuje się jego największą zaletą - jest to jeden z nielicznych przypadków, w których mamy do czynienia ze stałą dynamiką przez cały utwór - refreny pojawiają się tak płynnie i naturalnie po zwrotkach, że można nie zauważyć, że to już refren. Sprawia to, że jest to idealny koncertowy "bujacz".

Całkowitym przeciwieństwem jest Believe in Me - mój ulubiony utwór Cat spośród tych, które jak dotąd zostały wybrane na single. Elementem spajającym dynamiczne zwrotki ze świetnymi, przeciąganymi refrenami jest zrytmizowana, harmoniczna wariacja mantry buddyjskiej Om - efekt jest natychmiastowy, bo zwyczajnie odczuwamy komfort :) A przy tym jest to ten moment na koncercie, na którym można rytmicznie poklaskać, chociaż trzeba wiedzieć kiedy i jak wiele razy, co zdaje się nie wszyscy na sali wiedzieli, bo nawet po rozbrzmieniu ostatniego akordu kilka osób na sali jeszcze uderzyło dłońmi o siebie :)

Medytacyjna atmosfera podtrzymana jest cudownie przez najlepszy utwór Cat w całej dyskografii The Pierces - We Are Stars. Znam już na pamięć każde słowo tego genialnego tekstu i życzyłbym sobie tylko, by nasza blondyneczka częściej była natchniona do takich dzieł. W mostkowym, instrumentalnym segmencie, jak zwykle kilkadziesiąt sekund charakterystycznej magii - podczas gdy Allie skupia się na swojej gitarze akustycznej i odwraca się do reszty muzyków, Cat prezentuje nową choreografię hipnotycznego ruchu dłoni i ramion. Takie niby nic - nikt nie lata nad sceną z balonami, nie ma laserów ani eksplozji fajerwerków na scenie... a jednak... Intensywność przepływu energii w pomieszczeniu jest nieporównywalnie większa.

Druga część gigu rozpoczyna się od fantastycznej kołysanki I Put Your Records On... Na scenie tylko Cat, Allie i gitara akustyczna. Niesamowita atmosfera, nieco ukojenia przed kolejnym mocnym utworem.

Honest Man to obok Elements, mój drugi osobisty faworyt z Creation. Co ciekawe, po raz kolejny jest to dzieło Allison. Narastająca dynamika intra to jedna z najlepszych rzeczy w całym repertuarze sióstr. Od otwierających, łagodnych akordów na syntezatorze, przez prosty, ale efektywny kostkowany motyw na gitarze akustycznej, przez mocne wejście przesterowanej gitary elektrycznej (nasuwają się skojarzenia z Love You More i tu właśnie czuć najbardziej amerykańskie korzenie artystek), po natychmiastowo wpadające w ucho harmoniczne, plemienne zaśpiewy, będące jednocześnie spoiwem całego utworu. To także doskonały przykład na to, jak wyrafinowaną produkcją może pochwalić się nowy album. Na You & I, wszystko brzmiało organicznie i naturalnie i była to praktycznie posunięta do perfekcji replika tego, jak zespół brzmi na żywo. Tym razem tak nie jest - nie chcę przez to powiedzieć, że utwory brzmią gorzej na żywo - zdecydowanie nie, brzmią jednak inaczej i jest to mocno odczuwalne właśnie w Honest Man. Intryguje mnie także króciutki mostek (co ciekawe po raz kolejny to właśnie w piosence Allison pojawia się mostek z inną melodią niż reszta piosenki - Cat wydaje się na to zbyt leniwa), a to ze względu na nietypowy motyw harmoniczny. Z tego co zauważyłem, Allison śpiewa w swojej standardowej tonacji, a Cat zapodaje harmonie tak na oko o 5 oktaw wyżej, jest to jedyny moment w którym brzmi jak stary czajnik. Zastanawia mnie, czy to popis na jej ponadprzeciętną skalę głosu, czy też może jakiś zmyślnie zaimplementowany efekt nałożony na wokal? Nie należy tego wykluczać - nie wszystko jest bowiem na żywo, w trakcie tego koncertu zauważyłem, że doskonale harmonizujące wokale są uzupełniane chórkami, które można usłyszeć w wersjach albumowych, a nie są one odśpiewywane przez nikogo z zespołu.

Zbliżamy się do segmentu koncertu, na który mogę odrobinę pomarudzić... Ale tylko odrobinę. Mamy tu bowiem zmasowany atak nowych utworów i to tutaj poziom koncertu nieco spada poniżej perfekcji, którą byliśmy dotychczas częstowani. Najpierw Come Alive - jeden z dwóch bardzo szybkich, up-beatowych utworów napisanych przez Catherine, które zwyczajnie są dosyć przeciętne, płaskie, zbyt popowe, ale w taki nijaki sposób. I Can Feel to dobra piosenka napisana przez Allison, ale na koncercie nie wypada zbyt przekonująco - robi się nieco monotonna. Kings to dobrze wyprodukowany singiel - nie jest to mój ulubiony utwór, chociaż pochwalić go należy za pozytywne przesłanie i świetnie, potężnie brzmiące refreny w wersji na żywo (wersja płytowa brzmi nieco "płasko" i utwór traci kopa).

Devil Is a Lonely Night to drugi, po Come Alive, utwór do którego jeszcze się nie przekonałem i obszedłbym się bez niego. Na tle reszty, absolutnie genialnych utworów, te dwa wypadają bardzo przeciętnie. Na szczęście siostry szybko odkupują winy chyba największym singlem z poprzedniej płyty - You'll Be Mine. Ciężko nie wtórować Cat w powtarzanych zaśpiewach "one, two, three, yeah, one, two, three" - prosty, acz genialny motyw pozostawia publikę zgromadzoną w Shepherd's Bush Empire w stanie absolutnego zachwytu. Cat i Allie schodzą ze sceny udając, że to już koniec, ale kilka minut intensywnych owacji skutecznie przywołuje je z powrotem na scenę.

Bis, podobnie jak reszta koncertu, przebiega bez niespodzianek. Najpierw więc Kathy's Song - popisowy numer acapella naszych zacnych pań. Tym razem nie ma tak idealnej ciszy, jak trzy miesiące wcześniej w Koko - dokładnie za nami stoi dwóch kolesi, którzy nie potrafią się zamknąć. Na szczęście cała reszta sali docenia unikatowy talent, który mają niebywałe szczęście podziwiać i w skupieniu słucha perfekcyjnego odśpiewanie tego niełatwego harmonicznie utworu (nawet poprzednio, w Koko, zdażył się Cat jeden fałszywy dźwięk). Ilekroć słucham ich wykonania tego klasyka Simona & Garfunkela, stoję oniemiały przez 3 minuty, aż muszę sam sobie przypominać, że trzeba przecież oddychać.

Dalej mamy kołysankę z najnowszego albumu - Flesh & Bone. Nie tak wprawdzie ujmującą, jak I Put Your Records On, ale po osłuchaniu się z nią bardzo przyjemną. Ciepłe, stonowane brzmienie gitary elektrycznej i subtelne efekty na klawiszu wraz z hipnotycznymi głosami dziewczyn tworzą idealną całość. Tutaj Cat odkupuje swoje winy za dwa utwory wspomniane przeze mnie kilka akapitów wcześniej, chociaż na koncercie brakuje innej, spokojnej piosenki napisanej przez Allison - The One I Want. Może na kolejnej trasie?

Zapomniałem dodać, że jednym z elementów różniących te dwa identyczne pod względem setlisty koncerty były spontaniczne pogawędki sióstr między utworami. Tym razem, Cat zwłaszcza, chętnie opowiadała o znaczeniu i historiach stojących za poszczególnymi piosenkami. Jedno się jednak nie zmieniło - tym razem z ust Allie dowiedzieliśmy się, że jesteśmy "glorious" i oto objawił się przed nami duch ABBY, chociaż wcale nie jest to ich cover. Kawałek brzmi jednak tak dobrze w wykonaniu The Pierces, jakby to był ich utwór i chyba wszyscy zgromadzeni tego wieczoru w Shepherd's Bush Empire tak właśnie go potraktowali.

Dziewczyny na koniec ładnie się ukłoniły i zostały pożegnane jak zwykle euforycznymi brawami (chociaż mam wrażenie, że jednak szał był nawet nieco większy w Koko). Ja zaś pomaszerowałem dwa kroki pod scenę, by zdobyć obowiązkową pamiątkę w postaci setlisty - tym razem zapisanej inną czcionką niż poprzednio :)

Miło się było wybrać po raz drugi na gig Pierces znając już dosyć dobrze piosenki, mogąc pośpiewać do nich słowa i bardziej świadomie uczestniczyć w gigu. Ich koncerty mają jednak tak unikatową magię, że nic nie stoi na przeszkodzie, by w pełni delektować się tym doświadczeniem, nie będąc tak dobrze osłuchanym z ich repertuarem. Chyba dlatego to jednak koncert w Koko zapamiętam jako ten absolutnie, skrajnie wyjątkowy i magiczny "pierwszy raz". Jako fan z małym, ale jednak stażem mogę już popsioczyć, że dwa z tych mniej udanych utworów z nowej płyty możnaby było wymienić na coś ciekawszego ze starszego repertuaru - nie szukając daleko, duże hity w postaci Secret i Kissing You Goodbye byłyby mile widziane, nie wspominając nawet o nie mniej dobrych, ale jakoś zupełnie zapomnianych piosenkach z EPek towarzyszących poprzedniemu albumowi, takich jak To the Grave czy Me and Him.

Nie zmienia to faktu, że wychodziłem z koncertu chcąc więcej, i to wcale nie dlatego, że było za krótko, czy słabo - wręcz przeciwnie, to raczej takie uczucie na zasadzie zejścia z fajnej kolejki górskiej w lunaparku i zakrzyknięcia "jeszcze raz!". Autentycznie, mógłbym pójść na kolejny taki sam koncert natychmiast po zakończeniu niniejszego. A to o czymś świadczy, bo na ogół jestem nasycony i na jakiś czas mam dosyć, tymczasem pierwszą rzeczą, jaką robię po powrocie do domu z koncertu The Pierces jest zapuszczenie kilku ich empetrójek w Winampie i poszukiwanie słabych jakościowo nagrań z koncertu. A przy okazji niejako tradycją stała się interakcja z Cat na Instagramie, co po tym gigu także miało miejsce i stanowiło idealne zwieńczenie tego pięknego wieczoru :)

Niepokoi mnie trochę to, że nie wiadomo, ile przyjdzie czekać na kolejny koncert. Jak na razie, single z płyty nie były przebojami na miarę Secret czy nawet You'll Be Mine, a w październiku Cat bierze ślub więc pewnie zrobi sobie krótką przerwę od muzyki. Tak czy owak, bardzo liczę na kolejny leg trasy po UK (a może i Europie?) na początku przyszłego roku i jeśli się nie przeliczę, to myślę, że wybiorę się na więcej, niż jeden koncert.

blog comments powered by Disqus