AL DI MEOLA
16.10.2014
Ronnie Scott's Jazz Club
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
22.10.2014

3 lata minęły odkąd po raz ostatni widziałem się z Alem. Było to w 2011 roku, na wrocławskiej Wyspie Słodowej, kiedy to obserwowałem koncert przez wizjer kamery. Potem przyszedł czas na odpoczynek - widziałem już tyle koncertów w tym formacie (pierwszy - także na Wyspie, jeszcze w 2007 roku!), że uznałem, iż poczekam na kolejną inkarnację.

W 2013 roku Al wydał płytę z własnymi interpretacjami słynnych kompozycji Lennona i McCartney'a. Przy tej okazji odświeżył skład zespołu i ruszył w kolejną trasę. Chociaż niewiem, czy w przypadku Ala słowo "ruszył" jest właściwe - on tak naprawdę jest non stop w trasie, czasem robi sobie tylko przystanki na nagrania.

Niestety, nie udało mi się złapać na żywo krótko trwającej (bo tylko 1 leg) kolaboracji z rewelacyjną Tiną Guo. Na szczeście w składzie, który miałem przyjemność zobaczyć w Londynie, ostał się nasz dobry przyjaciel Mario Parmisano (niewidziany od 2007 roku!). Do tego obfita sekcja perkusyjna - poczciwy Peter "nie zostawię z wami mojego plecaka" Kaszas oraz "nowa" twarz: Rhani Krija na bongosach i congosach - niestety Gumbi jest cały czas "na wakacjach", przynajmniej od Ala, bo nadal intensywnie pracuje nad swoimi licznymi projektami, takimi jak New Groove City.

Klub jazzowy pod szyldem Ronniego Scotta to kolejne legendarne miejsce w Londynie, które miałem przyjemność odwiedzić po raz pierwszy. Mały klub nie jest łatwo znaleźć po raz pierwszy w gęsto zatłoczonych małych uliczkach Soho. Gdy dotarłem na miejsce, tabliczka przed wejściem mówiła "FULL HOUSE", a obok ustawiała się wzdłuż chodnika kolejka ludzi czekających na zwolnienie się miejsca. Z miejsca zatem podszedłem do ochroniarza i zostałem przekierowany do wejścia dla VIPów. Podszedłem do pani przy biurku, przedstawiłem się i zostałem wpuszczony do środka. Bycie uwzględnionym na liście gości ma liczne zalety :)

Roni Szkot to miejsce dosyć przytłaczające. Przywykłem do uczestniczenia w koncertach Ala w zupełnie innych venues. Przede wszystkim, to także restauracja, ekskluzywna, ale gęsto upakowana. Zewsząd dobiegają więc głośne rozmowy, hałas sztućców uderzających o talerze oraz zapachy o charakterze kulinarnym. Zająłem wygodne miejsce przy barze, tak żeby w razie potrzeby móc raczyć się nienajtańszym złocistym napojem i mając znakomity widok na scenę przez łby ludzi - wprawdzie scena jest niemal na poziomie podłogi, to jednak ustawiłem się w takim miejscu, że akurat bez problemu mogłem obserwować wszystkich muzyków.

Muzycy pojawili się na scenie punktualnie co do minuty (zjawiłem się na drugim secie, rozpoczynającym się o 22:15). Dobrze było zobaczyć starych znajomych na scenie, zwłaszcza Maria. Al przed rozpoczęciem najwyraźniej nie był zadowolony z ustawień dźwięku. Powiedział zatem głośno do mikrofonu, z charakterystycznym dla siebie zadziorem: "Csaba, chodź no tu. Muszę brzmieć jak należy". Dobrze było zobaczyć, że Al nie stracił swojego poczucia humoru i że był w dobrym nastroju tego wieczoru.

Di Meola od razu uprzedził widownię, że pomimo iż gig reklamowany jest hasłem "Plays Beatles and more", tego "more" będzie znacznie więcej. Mieliśmy więc zdrowy balans "coverów", starego i nowego materiału. Zaczęło się jednak od utworu, którego nie słyszałem na żywo od czasów Maria - czyli od 2007. Utworem tym była dedykowana Paco Azzura. Wspaniale było znów zobaczyć Ala i Maria grających wspólnie ten genialny utwór. Poczułem się o 7 lat młodszy :) Ciekaw byłem, czy muzycy przywrócili charakterystyczną, ostatnią partię Big Sky Azzura, jednak została zachowana aranżacja, którą pamiętamy z 2007 roku.

Następnie pierwszy z trzech tego wieczoru utwór beatlesowy. Na pierwszy ogień mój ulubiony z All Your Life: Being for the Benefit of Mr Kite. W znacznie odmienionej aranżacji, względem tego co zostało zaprezentowane na płycie. Nic dziwnego: była to w zasadzie solowa płyta gitarowa, z delikatnym akompaniamentem innych instrumentów. Trzeba więc było przearanżować rzecz na format czteroosobowy. Utwór o nieco refleksyjnej atmosferze zmienił się w rzecz niemal upbeatową. Jak to zwykle w muzyce Ala bywa, akcent był bardzo mocno położony na instrumenty perkusyjne. O dziwo, nawet przy tym repertuarze zagrało to znakomicie. Poza panem Kite, usłyszeliśmy także Eleanor Rigby i Because.

Al zaprezentował tego wieczoru trzy zupełnie nowe kompozycje, jeszcze niewydane w formacie studyjnym. Tylko dwie z nich zostały przedstawione "po imieniu": Stephanie's Theme i Tangier. Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Ciężko mi jednak napisać coś rzeczowego, ponieważ jak to bywa w przypadku kompozycji Ala, są one dosyć skomplikowane i nie sposób wyrobić sobie opinię po jednym przesłuchaniu, zwłaszcza na żywo, kiedy jest się dodatkowo pod silnym wrażeniem obserwowania wirtuozerskiej gry na instrumentach. Pierwsza rzecz jaka jednak rzuciła mi się w ucho to mocny akcent położony na dynamikę utworów - mamy do czynienia z gwałtownymi i bardzo interesującymi zmianami tempa i atmosfery utworu. Drugą rzeczą jest różnorodność brzmień nawet samej gitary w obrębie jednego utworu - co prawda w Ronim Szkocie Al przez cały czas grał na elektroakustyku, zmieniał on regularnie efekty i przestery, co pozwala z całą pewnością stwierdzić, że na nowym albumie będzie dużo gitary elektrycznej.

Z początku nie mogłem się przyzwyczaić do zastępcy Gumbiego, jednak muszę przyznać, że Rhani Krija szybko mnie kupił swoją wirtuozerską grą i znakomitym wyczuciem muzyki Ala. Mieliśmy więc obszerny segment solowo-duetowy, z jak zwykle fenomenalnymi i bardzo wyrafinowanymi dialogami rytmicznymi między perkusistą a Alem. I wprawdzie zabrakło feelingu Gumbiego, to jednak ciężko się było szeroko nie uśmiechnąć podczas pełnej humoru przepychanki "nutowej" która stała się już znakiem rozpoznawczym koncertów Ala.

Scenek komediowych w wykonaniu Ala było zresztą więcej. Po gromkich brawach, którymi zgromadzeni w klubie kustosze jazzu wywowałi muzyków na bis, Al zostawił swoich towarzyszy na scenie i ku ich ogromnemu zdumieniu udał się prosto do baru. Tam, pocałował jakąś dziewczynę, skomentował zdziwiony "no drink?" i wrócił na swoje miejsce. Usiadł na stołek, chwycił za mikrofon i wyjaśnił: "Liczyłem, że dostanę drinka przy barze. No trudno, musi wystarczyć woda". Ktoś siedzący przy stoliku przy scenie się zlitował i poczęstował Ala butelką czegoś, co wyglądało jak drogi szampan. "Mogę z gwinta?" - rzucił Al, po czym pociągnął solidnego łyka. Wyraz jego twarzy sugerował, że mu smakowało. Po chwili ktoś się zlitował i przyniósł drinka z baru i Al już w ogóle był szczęśliwy.

Najmocniejszym punktem wieczoru było jednak coś zupełnie innego. Podczas wieńczącego wieczór klasycznego medley'u Mediterranean Sundance i Rio Ancho Al w przepiękny sposób oddał hołd Paco De Lucii. W pewnym momencie wszystkie instrumenty zamilkły, podczas gdy Al coraz wolniej i ciszej cytował najbardziej rozpoznawalną, główną linię melodyczną Rio Ancho. W pewnym momencie muzyka zupełnie ucichła... Na kilka sekund. Nikt w tym momencie w Ronnie Scott's nie kaszlnął, nikt nie wziął kolejnego kęsa smażonej ryby. Po chwili Al zaczął powoli i delikatnie wypełniać tą pustkę kolejnymi frazami melodii, następnie przyłączyli się do niego pozostali muzycy i z pełną energią dobrnęli do końca utworu. Genialny artysta odszedł, ale jego muzyka będzie brzmieć wiecznie w naszych sercach. Muszę przyznać, że ten moment koncertu solidnie nawilżył mi soczewki.

Był to bardzo ciekawy koncert. Przywykłem do znacznie większych koncertów Ala w niemieckich filharmoniach etc. A tutaj, chociaż klub z tradycjami i "na bogato", to jednak jakby nie było, Al grał "do kotleta". Ceny biletów były jednak "profesjonalne", podobnie jak performance i brzmienie. Chociaż długość koncertu mogła pozostawiać pełen niedosyt - Al przez 3 dni grał po 2 sety dziennie, logiczne więc było, że koncert był nieco krótszy, niż zawsze (chociaż 1,5h to solidna dawka muzyki, niektórzy artyści nawet tyle nie potrafią grać). Wreszcie ciekawie zachowywała się brytyjska publiczność. Powitała muzyków ciepło, ale powściągliwie. Londyńczycy jakby zdawali się mówić: "Dobra, wiemy, że jesteś sławny, ale my tu nie mamy takiej fazy na ciebie, więc musić nam coś udowodnić". I chyba się udało, bo po gigu owacjom na stojąco było znacznie bliżej do euforycznych reakcji, do jakich przyzwyczaiła nas europejska publiczność.

 

blog comments powered by Disqus