THE PRETTY RECKLESS
26.11.2014
O2 Brixton Academy
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
06.02.2015

Kiedy 9 miesięcy wcześniej wychodziłem z koncertu The Pretty Reckless nieco rozczarowany, pomyślałem sobie, że następnym razem z pewnością będzie dużo lepiej. Marcowy koncert w londyńskim Electric Ballroom był bowiem jedynym headlinowym występem zespołu na trasie supportującej halowe gigi Fall Out Boy. Moje rozczarowanie było przede wszystkim podyktowane długością setu, który był niemal tak samo krótki, jak sety grane jako support.

Gdy ruszyła amerykańska odsłona trasy promującej Going to Hell, zapowiadało się dobrze. Wyraźnie dłuższa setlista, segment akustyczny, rotacja piosenek, zróżnicowany repertuar, w tym cover Pearl Jamu. Niestety, trwało to tylko przez kilka gigów, a do Zjednoczonej Królestwa trasa dotarła już mocno okrojona. Efekt? Setlista była dłuższa tylko o jedną piosenkę.

Koncert trwał jednak znacznie dłużej, jak przystało na headlinową trasę. Efekt ten jednak osiągnięto sztucznym, dosyć tanim zagraniem - kończące koncert Fucked Up World uzupełniono o niedorzecznie długie drum solo. Byłbym to skłonny zaakceptować, jako miłośnik tego typu akcentów perkusyjnych, jednak solo było dosyć proste i nudne. Dodatkowo w środku perkusista uruchomił dosyć randomowy efekt dźwiękowy, co sprawiło że nagle z koncertu rockowego przenieśliśmy się na jakąś absurdalną imprezę z muzyką elektroniczną i żywym perkusistą.

Na szczęście reszta występu trzymała dosyć wysoki poziom. Setlista różniła się znacząco od poprzedniej, słusznie skupiono się na promocje nowego, znakomitego zresztą, materiału. Usłyszałem zatem po raz pierwszy na żywo Dear Sister, Absolution, Why'd You Bring a Shotgun to the Party i House on a Hill. Kawałki te uzupełnione były standardowymi już w secie Follow Me Down, Sweet Things, Heaven Knows, Going to Hell i Fucked Up World. Całkiem solidna reprezentacja nowego albumu. Z pierwszej płyty usłyszeliśmy jedynie Miss Nothing i Make Me Wanna Die, a na dokładkę Since You're Gone.

Z nowości najlepiej wypadła doskonała ballada House on a Hill. Specyficzna atmosfera piosenki dodatkowo zaakcentowana została przez fajnie zaaranżowaną grę świateł. Taylor całkiem nieźle poradziła sobie z wokalem, czego niestety nie można powiedzieć o Absolution. Jedna z moich ulubionych kompozycji na płycie, z którą zespół kompletnie nie radzi sobie na żywo. Najbardziej cierpi wokal - Taylor nie jest w stanie odtworzyć studyjnego wykonania i zmuszona jest upraszczać, lub zupełnie pomijać bardzo fajne, charakterystycznie przeciągane partie refrenu. Wielka szkoda, że tak dobra piosenka nie dostaje wykonania, na jakie zasługuje.

Jak zwykle, zespół najlepiej brzmi w kompozycjach mocnych, energicznych, głośnych. Świetnie sprawdza się jako otwieracz Follow Me Down, z dodatkowo zaakcentowanymi, nienaturalnymi zmianami tempa pomiędzy spokojnymi, a energicznymi partiami refrenu. Znakomicie wypadł, jak zwykle zresztą, jedyny zagrany na tym gigu kawałek z wydanej w 2012 EPki Hit Me Like a Man - Since You're Gone. Zabójczo brzmią piosenki utrzymane w stylistyce metalowej, takie jak Sweet Things i Going to Hell, podczas którego Taylor nagle zamienia się w bestię, mającą doskonały kontakt z publicznością i skutecznie angażującą ją we wspólnym darciu japy.

Heaven Knows brzmi nadal troszeczkę pretensjonalnie, chociaż jak się okazuje piosenka jest dosyć popularna, bo publika doskonale wie, co śpiewać. Ciepło przyjęte są także hity z pierwszej płyty, a więc nieco avrilowe Miss Nothing i pierwszy hit zespołu, Make Me Wanna Die.

Generalnie jest więc lepiej, ale nadal daleka droga przed The Pretty Reckless, żeby brzmieć naprawdę profesjonalnie i zbudować rockowy show z prawdziwego zdarzenia, adekwatny do wysokiej jakości muzyki. Będę bacznie obserwował dalsze poczynania zespołu, ponieważ jest to zjawisko samo w sobie niezwykle intrygujące. W końcu jakby nie było, liderem jest młodziutka ślicznotka z serialu dla nastolatków, którą wspomagają nieco starsi od niej faceci. Wydaje się, że trudno o bardziej pretensjonalny pretekst do zbudowania zespołu rockowego z prawdziwego zdarzenia. Spodziewany efekt to plastikowa, kiczowata muzyka gitarowa w stylu indie - tymczasem mamy do czynienia z czymś, co brzmi zaskakująco autentycznie, jak zespół wyjęty wprost ze złotej ery grunge pierwszej połowy lat 90-tych. Ja tą konwencję kupuję - piosenki są znakomite, a Taylor zdaje się czuć bardziej naturalnie jako nieślubny potomek Roberta Planta i Kurta Cobaina, niż słodka idiotka o blond włosach z amerykańskiego serialu telewizyjnego klasy B.

 

 

blog comments powered by Disqus