KATY PERRY
23.02.2015
O2 Arena
Praga
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
23.03.2015

Ten wyjazd był powrotem do najlepszych lat naszych infantylnych eskapad. Każdy element wyprawy w jakiś sposób przypominał nam najbardziej spektakularne koncertowe przygody. Już sam fakt, że poprzednio gościliśmy w praskim O2 Arena na fenomenalnym koncercie Avril Lavigne w 2008 wprowadzał bardzo pozytywne skojarzenia. Katy Perry zaś zdominowała rok 2010, kiedy to dwukrotnie celebrowaliśmy z nią premierę nowej wówczas płyty Teenage Dream - w Berlinie i Warszawie. Z Czechami zaś łączą nas bardzo pozytywne wspomnienia z dwóch ostatnich koncertów Metalliki w Pradze - w 2012 i 2014 roku. A na dokładkę czeskie buły z serem, czeskie jogurty śmietanowe i - last but not least - czeskie piwo. Czy to się mogło nie udać?

Nie mogło. W dniu pisania tej relacji mija miesiąc od koncertu, a ja wciąż jestem pod wrażeniem fantastycznej przygody, której trudno znaleźć jakikolwiek słaby punkt. Zacznijmy od hotelu - umiejscowiony zaledwie kilka minut spaceru od venue (z okna mieliśmy widok na parking, gdzie już dzień wcześniej lokowały się autokary Beat the Street i Transam Trucking Ltd), do tego bajecznie tani w znakomitym standardzie. Biologiczne materace i poduszki zadbały o wysoką jakość wypoczynku, co było szczególnie ważne biorąc pod uwagę nasze 30-letnie, styrane od korporacyjnego wyzysku cielska.

Z początkowych ambitnych planów spacerowania po praskiej starówce i odwiedzenia miejsc jeszcze nieodwiedzonych niewiele zostało. Zamiast tego postanowiliśmy skorzystać w wygody hotelowego pokoju i dobrodziejstw czeskiego sektora mleczarskiego i piwowarnego. Większość czasu przed i po koncercie spędziliśmy więc relaksując się w możliwie najbardziej wydajny sposób: miękkie wyrko, muzyczka, Kozel, Olma i smazony syr.

W dzień gigu, wczesnym popułudniem udaliśmy się na zwiady wokół hali. Mega pozytywne wibracje przywołała płyta chodnikowa z wygrawerowanymi informacjami na temat koncertu Avril Lavigne w 2008 roku (do zobaczenia w galerii). 10 653 divaku - mówi płytka. Ciężko było pozbyć się wrażenia, że te 3 na końcu to właśnie my - infantylne trojaczki z Polski ubrane na różowo :)

Fanów pod bramkami było zaledwie kilkadziesiąt, nie byłoby więc potrzeby się szczegółnie spieszyć. Uzupełniliśmy więc zapasy buło-jogurtowo-piwne w pobliskim sklepie, wróciliśmy do pokoju by się odpowiednio przygotować do infantylnej zabawy i ruszyliśmy pod venue pilnować miejsca pod bramką.

Czas mijał szybko a temperatura, biorąc pod uwagę porę roku, była dosyć przyjazna, więc oczekiwanie na otwarcie drzwi nie należało to najbardziej dramatycznych. Jak zwykle jednak ostatnie pół godziny nieco się dłużyły, do tego ta nerwówka żeby skanowanie biletu poszło sprawnie i żeby jak najszybciej dobiec pod scenę. Mieliśmy bowiem ambitny plan wylądowania na barierce - czego już dawno nie doświadczyłem.

Skanowanie biletu poszło sprawnie. Potem było trochę awkward przy kontroli bezpieczeństwa - która w zamierzeniu miała wyglądać dokładnie jak ta na lotnisku - czyli przechodzimy przez bramki, umieszczając newralgiczne przedmioty w koszyczkach obok. W praktyce jednak, jak łatwo się domyślić, po kilku pierwszych osobach wszystko zamieniło się w chaos i nikt się koszyczkami nie przejmował. Na szczęście obowiązywała polisa bezdotykowa, więc bez problemu udało się wnieść butelki z wodą w tylnych kieszeniach spodni.

Wejście na sektor pod scenę (golden circle) było z boku. Wszyscy więc ustawili się wzdłuż najbliższej drzwiom stycznej trójkąta, którym była scena, a z drugiej strony było nadal mnóstwo miejsca. Zgodnie z naszym planem ustawiliśmy się więc mniej więcej pośrodku opozycyjnej stycznej trójkąta. Chciałem doświadczyć tego koncertu inaczej, niż w Londynie w maju 2014 roku, gdzie to ustawiliśmy się na samym czubku trójkątnej sceny (co, myślę, jest optymalnym ustawieniem na pierwszy gig). Położenie to dawało zdecydowanie lepszy widok na to, co się działo na głównej scenie, a także dawało szansę na interakcję z artystami.

Ciekawostką było to, że tym razem okulary Prism Vision były rozdawane nam pod sceną przed koncertem za darmo. W Londynie można je było sobie kupić za niebagatelną opłatą, z czego zrezygnowaliśmy. Prism Vision - okulary z folijkami rozszczepiającymi światło - miały więc zapewnić dodatkowe wrażenia podczas finału show.

Rozdawanie okularów za darmo sprawiło, że na telebimach nie pokazywano już całkiem fajnie i z jajem przygotowanej ich reklamy, którą co kilkanaście minut mogliśmy podziwiać w Londynie, co nieco urozmaicało smętne oczekiwanie na rozpoczęcie imprezy. Tym razem ograniczono się jedynie do reklamowania perfumów Killer Queen, które swoją drogą mają także znakomicie zrealizowany klip.

Koncert ten był jednym z nielicznych przypadków, kiedy to byłem co najmniej równie mocno nahajpowany na support, co na główny akt. Charli XCX to już stara kumpela, z którą zapoznaliśmy się przed Paramore w 2013 roku i którą miałem zobaczyć na żywo już po raz trzeci raz. Scena była udekorowana stosownie do okazji - jaką jest promowanie nowej płyty Sucker.

Charli znakomicie pasowała na support Katy, znacznie bardziej niż Paramore. Zwłaszcza biorąc pod uwagę nowy, bardziej up-beatowy repertuar. Nadal trochę nie mogę pogodzić się z faktem, że moje ulubiony mroczne piosenki typu Nuclear Seasons czy You're the One zdają się być kompletnie zapomniane, ale set został zbudowany bardzo solidnie i ogólnie Charli robiła jeszcze lepsze wrażenie niż podczas występu na Wembley Arena przed Paramore, gdzie zdawała się być nieco przytłoczona całą sytuacją i niespecjalnie zaakceptowana przez publiczność.

Podczas otwierającego mini-set London Queen publiczność zachowywała się jeszcze mocno powściągliwie, ale już owoc kolaboracji z Icona Pop, jakim jest wielki hit I Love It, błyskawicznie rozruszał spokojny czeski naród. Tutaj ciekawostka: na brytyjskim legu Prismatic World Tour supportem było właśnie duo z Icona Pop, miałem więc okazję usłyszeć słynne 'I don't care/I love it' z ust obu współtwórczyń. Charli jednak pokazała klasę i udowodniła, o ile ciekawszym artystą jest względem przereklamowanych Icona Pop. Występ tych ostatnich wywołał we mnie spory niesmak i migrenę. Nie pomogło nawet to, że są ze Szwecji.

Charli ma już jednak w pełni profesjonalnie przygotowany show i prezencję sceniczną, co udowodniła dobitnie podczas solowego koncertu w Londynie, który miałem okazję zobaczyć kilka miesięcy temu. Z niełatwym zadaniem otworzenia dla królowej popu, jaką jest Katy Perry, poradziła sobie znakomicie. Przez te 45 minut scena należała do niej i do towarzyszących jej aniołów z zespołu, spośród których szczególną słabość żywię do wymiatającej na perkusji Debbie. Niestety, tutaj odległość od sceny była zbyt duża i nie udało mi się nawiązać z nią kontaktu wzrokowego tak, jak to miało miejsce w londyńskim Heaven. Nic straconego - nadrobię to w Shepherd's Bush Empire wkrótce :)

Wracając do setu Charli - postawiono na nowe utwory i promocję Sucker. I chociaż tytułowego, bezkompromisowego kawałka zabrakło, pojawiły się przede wszystkim moje ulubione - świetnie gruwiące Famous i punkowe Breaking Up. Świetnie wypadł najnowszy singiel Doing It - podczas którego Charli wędrowała po całej scenie witając się z fanami. Ten moment występu Charli utkwił mi najbardziej w pamięci - utrzymany brzmieniowo w latach 80-tych, nieco relaksujący numer, wraz z Charli spacerującą między wypełniającymi po brzegi halę O2 fanami to był definiujący moment, w którym pomyślałem - ona tu należy, za kilka lat sama będzie zapełniać takie hale.

Było też nieco starsze SuperLove, największe hity z nowej płyty - Break the Rules i oczywiście Boom Clap, a także dosyć randomowo Die Tonight. Nie będę się już powtarzał odnośnie tego, czym możnaby zapełnić ten slot w setliście :) Uważam, że obecne występy Charli na niczym by nie ucierpiały, gdyby pozwolić na mroczniejszy moment - w końcu to przeszłość nie aż tak odległa.

Występ zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie i tylko podniósł hype na nadchodzący, headlinowy występ Charli w londyńskim Shepherds Bush Empire. Ale to w następnej relacji.

Występ Katy, z uwagi na swój charakter, był niemal identyczny jak, ten który miałem przyjemność zobaczyć kilka miesięcy temu w Londynie. To zrozumiałe - Prismatic Tour to gigantyczne show, przepełnione wymyślnymi choreografiami, akrobacjami i efektami specjalnymi. Nie ma miejsca na pomyłki czy improwizację. Nie przeszkadzało mi to jednak - celowo ustawiłem się w innym miejscu, co dało mi zupełnie inny odbiór tego spektakularnego widowiska. Ponadto dzieje się tutaj tak dużo, że nie sposób wszystko ogarnąć za jednym razem. W niniejszej relacji skupię się na podkreśleniu różnic w odbiorze wynikających z innej perspektywy i samych różnicach między koncertami - po szczegółowy opis całego widowiska piosenka po piosence zapraszam do mojej poprzedniej relacji z koncertu Katy Perry w Londynie 28 maja 2014 roku.

Pierwsza, pryzmatyczna część z plemieniem tancerzy i świecącymi skakankami to świetne otwarcie. Już na Part of Me nastąpił najważniejszy dla mnie moment koncertu. Podczas utworu Katy wraz z grupą tancerzy przesuwała się wzdłuż stycznej trójkąta na ruchomym podeście. W tym momencie w ogóle się nie ruszała, obserwując bacznie fanów w pierwszym rzędzie - jej wzrok nie ominął więc nas. Postanowiłem nie świrować pawiana, a jedynie szeroko i szczerze zaprezentować banana na mojej twarzy, reprezentującego skrajne zadowolenie z sytuacji, w której się znajduję i pełną gotowość na konsumpcję kosmicznej energii emitowanej przez Katy przez cały wieczór. Katy zdawała się na poziomie telepatycznym odebrać moją wiadomość i potwierdziła podobnym zadowoleniem w swoich oczach podczas trwającej ok. półtorej sekundy dwukrotnej wymiany spojrzeń (w pewnym momencie przeniosła punkt skupienia na następną osobę, ale wróciła do mnie, jakby mnie rozpoznała - może przypomniała sobie słynną scenkę odegraną ze mną podczas Ur So Gay w Berlinie w 2010 roku?). Ten krótki, prosty moment błyskawicznie naładował moje baterie i sprawił, że niemal rozpłakałem się jak mała dziewczynka :)

Świetnie wypadła część egipska, z prawie-żywym koniem na czele. Tutaj właśnie zaczęło się robić naprawdę gorąco, a to za sprawą odegranej jak dawniej, rockowo I Kissed a Girl! Następnie część kocio-musicalowa z genialnie przearanżowanym Hot N Cold oraz International Smile z genialnie śmiesznymi animacjami z udziałem kotów na telebimie.

Pierwsza duża różnica w koncercie miała miejsce podczas części akustycznej - zrezygnowano bowiem z całego motywu z piwem, bekającą Katy i przekazaniem piwa randomowemu "nieszczęśnikowi" przytarganemu na okropny gig przez swoją dziewczynę. W tym segmencie była także szansa na nowość - próbowane na paru koncertach Double Rainbow - ale ostatecznie segment ten pod względem muzycznym wyglądał dokładnie tak samo jak w Londynie: najpierw By the Grace of God, następnie mash-up The One That Got Away/Thinking of You i na koniec epickie Unconditionally, które mieliśmy okazję obserwować "zza pleców" Katy mając widok na całą halę cudnie rozświetloną przez publiczność.

Czas na imprezę czyli segment Throw-Back ze słynnym Dance Camem. Arkapa to zawsze musi coś namieszać na gigach. Nie inaczej było tym razem - operator dance camu w fosie stanął dokładnie na wprost nas. Arkapa widząc to wpadł w szał i zaczął tak wariować, że aż spadła mu kurtka. Ja byłem zbyt zajęty sprawdzaniem, czy na pewno widać nas na telebimach i swoje 5 sekund zmarnowałem na zastanawianie się, czyją to drętwą, nieruchomą bluzę widać na ekranie. A to byłem ja.

Potem zaś najbardziej spektakularna i taneczna część gigu. Najpierw genialne Walking on Air z Katy "chodzącą po publiczności". W stroju pszczółki - najlepszym outficie na całym gigu. Tutaj nastąpiła kolejna zmiana w secie: wyeliminowano piosenkę It Takes Two. Może to i dobrze: ani muzycznie, ani choreograficznie nie prezentowała niczego ciekawego. Potem genialnie taneczne This Is How We Do ze zdecydowanie zbyt krótkim cytatem z Last Friday Night (T.G.I.F.).

Może to zabrzmi dziwnie, ale jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie momentów koncertu był teledysk... do remiksu Peacocka, który niesamowicie spodobał mi się na poprzednim gigu. Na dużym ekranie, przy dobrym koncertowym nagłośnieniu robi on kolosalne wrażenie. Do tego Katy jest w nim genialna i ogólnie całość bije na głowę wszystkie teledyski przez nią wypuszczone.

Potem czas na wspomnienia z 2010 roku i infantylną zabawę w rytm Teenage Dream i California Gurls, podczas którego w trakcie drugiego refrenu miałem okazję na kolejną solidną wymianę spojrzeń z Katy. Segment zakończył się wielką zabawą urodzinową, jak zwykle z konfetti i Katy latającą na balonach po całej hali.

TIME FOR PRISM VISION. TIME FOR PRISM VISION. TIME FOR PRISM VISION.

Prosty pomysł dał całkiem fajny efekt. Rozszczepienie światła w okularach spowodowało nie tylko rozmnożenie się świateł na scenie i hali, ale także każdy obrót głową powodował, że światełka także się obracały. Katy wybrała się na spacer między publikę, której w zmyślnie zaaranżowanym oświetleniu w ogóle nie było widać. Całość wyglądała więc z naszej perspektywy tak, jabky Katy sobie chodziła po kosmosie i fajerwerkach. Bardzo fajne zakończenie wielkiego widowiska.

Czy było warto wybrać się drugi raz na niemal identyczny koncert? Zdecydowanie. Kombinacja Charli/Katy to znakomite połączenie - jak miło wybrać się na gig, na którym zamiast się męczyć na supporcie, człowiek cieszy się nim tak samo, jak głównym wokawcą. Do tego spektakularne widowisko, które daje Ci uczucie że wiesz, za co płacisz. Wszystko zapięte na ostatni guzik, każdy najdrobniejszy element choreografii i scenografii gra, świeci i tańczy, jak trzeba. Na czele tego Katy - królowa popu, która nawet w obliczu bijącej wszelkie rekordy Taylor Swift wciąż mocno trzyma się na piedestale i okrąża kulę ziemską ze spektakularnym widowiskiem, które ciężko będzie przebić nawet jej samej. Czy uda się to Taylor Swift? Przekonamy się już tego lata w londyńskim Hyde Parku.

Póki co wiem, że mogę założyć moje Prism Vision i natychmiast przywoła to klimat infantylnego koncertu, który sprawił, że przez dwie godziny czasoprzestrzeń została nagięta i dosłownie nic nie miało znaczenia, a Katy i kilkanaście tysięcy zgromadzonych fanów bawiło się doskonale w alternatywnej rzeczywistości. Oto właśnie magia muzyki na żywo - takich wrażeń nie dostarczy żadna inna używka.

Refleksja na koniec: "-Co będziesz robić podczas swojego urlopu? -Jadę do Pragi na Katy Perry. -Na Katy Perry? Przecież ona śpiewa dla dzieci..." Ciekawe, że tego wieczoru na hali widziałem tylko jedno dziecko...

Etatowemu umysłowi nie wytłumaczysz.

blog comments powered by Disqus