CHARLI XCX
25.03.2015
Shepherd's Bush Empire
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
09.04.2015

Koncert w Londynie był przystankiem podczas pierwszej pełnoprawnej, headline'owej trasy koncertowej Charli po "swojej ziemi" - UK. Mój hype był odpowiednio wysoki - osłuchiwanie się z nowym albumem Sucker przynosiło pozytywne rezultaty, a uczestnictwo w koncercie supportującym Katy Perry na Prismatic World Tour w Pradze dodatkowo podgrzało atmosferę. Pozytywnie działał także fakt, że gig odbywał się w Shepherd's Bush Empire - kojarzącym się niezwykle miło z drugim i moim ostatnim, jak na razie, koncertem The Pierces.

Dla Charli był to także wyjątkowy wieczór, bo to jak na razie jej największy headline'owy koncert w Londynie, w dodatku wyprzedany. Biorąc pod uwagę długą kolejkę, która formowała się pod venue już od samego rana, a także bardzo mocną ekscytację koncertem licznie zgromadzonej publiczności wydaje się, że artystka nie miałaby problemu z wyprzedaniem drugiego gigu pod rząd albo wypełnieniem większej hali.

Miła atmosfera zawsze udziela mi się niezwykle szybko po wejściu do Shepherd's Bush. Swojego rodzaju tradycją stało się już przedkoncertowe skorzystanie z jednego ze strategicznie rozmieszczonych barów, w których można uraczyć się niezwykle smacznym Tuborgiem. W takiej miłej duńskiej atmosferze oczekiwałem występu supportu.

Temu należy się kilka słów, przede wszystkim dlatego, iż Holly Hardy - teraz występująca wraz z całym zespołem pod pseudonimem CuckooLander - to nikt inny jak poprzednia koncertowa basistka Charli. Była to dosyć miła niespodzianka, zwłaszcza że dziewczyna gra na basie i jednocześnie śpiewa, i to w dodatku całkiem nieźle (chociaż do majestatu Lemmy'ego to jej trochę jeszcze brakuje :)). Sympatyczne, wyluzowane piosenki w klimacie indie rocka ani specjalnie nie porwały, ani specjalnie nie przeszkadzały w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru, a to już dobrze w przypadku na ogół bardzo nie-chcianego zespołu supportującego.

W przerwie między koncertami spuszczono na scenę wielką kurtynę z wielkim obrazkiem przedstawiającym różową dłoń ze wystającym środkowym palcem na pierwszym planie. Zaczął się udzielać Suckerowaty klimat, a z głośników sączyły się odpowiednio dobrane kawałki, m.in. stworzony przez Iggy Azaleę wspólnie z Charli wielki hit Fancy. Dano nam tym samym do zrozumienia, że tym razem nie usłyszymy owego utworu na żywo, chociaż Charli całkiem nieźle poradziła sobie z rapowanymi partiami podczas październikowego gigu w londyńskim Heaven. Zgromadzonej w Shepherd's Bush coraz bardziej pijanej londyńskiej publiczności najwyraźniej to nie przeszkadzało, bo ludzie bawili się już niemal jak na gigu, na czele z dwiema kompletnie pijanymi chyba niezbyt legalnymi niewiastami, z którymi miałem wątpliwą przyjemność obcować przez większość czasu przed gigiem. Jedna z nich okazała mi swoje oddanie poprzez podzielenie się ze mną swoim piwem, szkoda tylko że zanim zdążyłem uprzejmie podziękować, wylądowało ono prawie w całości na mojej kurtce. Dobrze że przynajmniej wziąłem tą wodoodporną.

Ale oto przechodzimy do meritum, reflektory gasną, z głośników sączy się zremiksowane, wydłużone intro do tytułowego Sucker! Ostatni, przedłużony dźwięk sprzężenia zwrotnego, kurtyna opada a na scenie następuje eksplozja energii. Trudno wyobrazić sobie lepszy otwieracz - Sucker sprawdza się znakomicie jako otwieracz płyty, ale jako pierwszy kawałek na koncercie po prostu rządzi. Zgromadzona na płycie publiczność skacze jak na trampolinie, na balkonach nikt nie siedzi, a po pierwszych kilku taktach, w trakcie przedłużonej pauzy, Charli bez zahamowań zachęca "London put your middle fingers up high!"

Muszę przyznać, że podczas październikowego koncertu Charli, gdy miałem okazję usłyszeć ten utwór po raz pierwszy, trochę nie potrafiłem się w tym szaleństwie odnaleźć i podpierałem ścianę klubu obserwując z boku licznie wzniesione ku niebu (a raczej sufitu. Sufitowi?) środkowe palce. Teraz sam jestem w samym środku tego szaleństwa, skacząc tak wysoko że aż boję się, czy nie uderzę czubkiem mojej wielkiej lśniącej głowy w sufit Shepherd's Bush i drę się na całe gardło wraz z Charli i resztą fanów "FUCK YOU, SUCKER!" Jest w tym specyficznym doświadczeniu coś bardzo oczyszczającego. Nawet jeśli Charli pisząc tekst utworu miała na myśli bardzo konkretną osobę (może osoby), nietrudno jest się z jego treścią identyfikować. W końcu każdy z nas spotkał na swej drodze życia taką osobę, która zasługuje na nic więcej jak wielki środkowy palec i wykrzyczenie tych trzech prostych słów prosto w twarz. Skakanie pod sceną w tym konkretnym momencie to jakby otrząśnięcie się ze wszystkich możliwych demonów, jakie każdy z nas gdzieś w sobie ma i przygotowanie na czystą, nieskrępowaną zabawę przez resztę wieczoru podczas hucznej imprezy, jaką urządza dla nas Charli.

Ponadto nabrałem skrajnego przekonania, że w tej prostocie tkwi także geniusz muzyczny. Na pierwszy rzut ucha ten utwór nie ma w sobie w zasadzie żadnej treści, ani merytorycznej, ani muzycznej. Charli trzeba po prostu zrozumieć, wtedy można ją albo znienawidzić, albo pokochać. "Dear God, do you get me know, oh, you do? / Dear God I'm a killer now" - chociaż o czym innym, te wersy znakomicie pasują także do tej sytuacji. Zakumałeś, to będziesz się zajebiście bawił. Przy genialnie wyprodukowanej piosence pełnej smaczków brzmieniowych, mającej w sobie surową punk rockową agresję i jednocześnie niesamowicie taneczny, elektroniczny motyw rytmiczny, przy którym ciężko ustać spokojnie.

Piosenkę cechuje także umiejętnie prowadzona dynamika sprawdzająca się perfekcyjnie w koncertowymi settingu. Od stopniujących napięcie zwrotek, przez fenomenalnie narastające mostki po eksplodujące refreny i sprawnie doczepioną między dwoma ostatnimi refrenami część z niemal skandowaną partią "Sitting on a plastic speedboat / in the ultraviolet ocean" - tego po prostu trzeba doświadczyć.

Na jednym kawałku eksplozja energii się jednak nie kończy, bowiem zaraz po ostatnim "FUCK YOU!" powietrze przecina charakterystyczny, mocno punkowy, brudny riff gitarowy otwierający Breaking Up (aranżacja podobna do tej z teledysku - na albumie zaczyna się od razu od śpiewanego refrenu). Charli zaś rządzi sceną jak na gwiazdę rocka przystało, wyposażona w gigantyczną dmuchaną gitarę. Fenomenalny koncertowy kawałek, w podczas którego ciężko powstrzymać się od głośnego wtórowania Charli z każdym wersem.

Po Breaking Up nie ma czasu na złapanie powietrza, słyszymy bowiem charakterystyczny beat i progresję akordów z wielkiego hitu I Love It. Charli wykonuje ten cover zespołu Icona Pop zupełnie, jakby to był jej utwór.. Oj zaraz, przecież to jest jej utwór. Kolejny powód by przez 3 minuty skakać do sufitu, a wykrzykiwanie w refrenach "I! DON'T! CARE!" to po raz kolejny bardzo terapeutyczne doznanie. Energia na scenie i pod nią jest niesamowita.

To jednak nie koniec zabójczego otwarcia koncertu, czwartym kawałkiem jest bowiem Famous, utwór cudownie kojarzący mi się z najbardziej tanecznymi utworami lat 80-tych. To mógłby być wielki hit podpisany nazwiskiem Cyndi Lauper. Charli edukuje publikę w zakresie charakterystycznych zaśpiewów, którymi ociekają refreny, ale zdaje się że znakomicie bawiąca się londyńska publiczność nie potrzebuje żadnej zachęty i doskonale zna te melodie.

Te pierwsze cztery kawałki, które otwierają gig absolutnie miażdżą. Znakomicie ułożona sekwencja, względem której po prostu nie można pozostać obojętnym i stać w bezruchu. Zabawa jest tak przednia, że prawie opadam z sił po czwartym kawałku, a dalej wcale nie jest dużo gorzej, bo słyszymy całkiem dobrze bujające SuperLove. Nic innego jak kolejna dobra piosenka w repertuarze Charli. Ukazała się jako singiel pomiędzy True Romance a Sucker i zapowiadała bardziej rozrywkowy charakter nowej płyty. Prosty basowy rytm i śmiesznie łatwo wkręcające się, wesołe melodyjki podczas refrenów i w środkowej części.

Dalej wcale nie jest gorzej, bo Caught in the Middle to kolejny przykład na to, że na Sucker ciężko o złą piosenkę. Tym razem mamy jednak do czynienia ze zwolnieniem tempa i po początkowej eksplozji energii możemy złapać nieco tchu i po prostu posłuchać dobrej muzyczki.

Podczas kolejnej piosenki - Need Ur Luv - mamy do czynienia z pierwszym tego wieczoru gościnnym udziałem na scenie. Tym razem witamy "starego znajomego" - na scenie pojawia się Holly Hardy, chociaż tym razem bez basu na szyji, za to z mikrofonem w ręce i w duecie wykonuje z Charli tą dosyć spokojną jak na standardy XCX piosenkę o miłości. Ze sceny płyną dobre fluidy - widać, że dziewczyny się lubią i wzajemnie wspierają - w końcu Holly zagrała z tym składem niejeden gig.

Skoro już jesteśmy przy zespole, temu zdecydowanie należy się kilka słów. W myśl hasła "Girl power" mamy do czynienia z ekipą muzyków złożonych wyłącznie z dam. Zespół skompletowano późnym latem 2013 przed pierwszą poważną trasą Charli, kiedy to supportowała Paramore podczas halowych gigów w UK. Przy każdej okazji dziewczyny są inaczej ubrane według określonej myśli przewodniej. Najpierw były więc uczennice pod krawatem, potem cheerleaderki, teraz mamy zaś do czynienia z "aniołkami Charliego" ubranymi w błyskotliwe sukienki i wyposażone we własne skrzydła. Te ostatnie kostiumy zobaczyliśmy po raz pierwszy na trasie z Katy Perry i póki co wygląda na to, że się przyjęły na dłużej. Chociaż wyobrażam sobie, że z tymi doczepianymi skrzydłami to musi być jednak trochę niewygodnie.

Wymyślne kostiumy nie ratują jednak faktu, że pod względem prezencji scenicznej jest tak sobie. Sprawa jest prosta: Charli to wulkan energii, jest nieobliczalna i niesubordynowana, klnie jak szewc, tańczy jak królowa parkietu, a jednocześnie jest bardziej autentyczna jako gwiazda rocka niż niejeden "twardy" frontman współczesnej rockowej kapeli. Natomiast zarówno gitarzystka Elizabeth Caney jak i obecna basistka Vicky Warwick to raczej takie ciepłe kluchy, które na pierwszy rzut oka prędzej bym wybrał na odrabianie lekcji w bibliotece niż wspiercie dla surowej energii XCX. Muzycznie może jest poprawnie, Liz radziła sobie z fikuśnymi zagrywkami w I Want Candy, a Vicky potrafi zarzucić poprawnym slapem podczas Doing It, ale dziewczynom, przynajmniej póki co, brakuje wyrazu, osobowości i dosyć nieudolnie próbują nadążyć za Charli, która mknie przed siebie niczym pociąg towarowy. Jeden zjazd na kolana czy zarzucenie kosmykiem włosów wiosny nie czyni.

Tego samego nie można powiedzieć o znakomitej perkusistce Debbie Knox-Hewson. Jej wkładu w show nie sposób nie docenić. W przypadku perkusistów niezwykle łatwo o pozostanie tym najnudniejszym muzykiem w tle, na którego nikt nie zwraca uwagi. Zdecydowanie zbyt często mamy także do czynienia z odwrotną skrajnością, czyli kimś kto próbuje za wszelką cenę przyciągnąć uwagę przesadnie przekombinowanymi partiami perkusji. Debbie ma znakomite wyczucie swojego miejsca w zespole: nie tylko zapewnia fundamentalne wsparcie szefowej solidnym beatem - jest także jedyną w zespole osobą która bez wysiłku i w bezpretensjonalnym stylu nadąża z energią za Charli, wzbogacając show własną osobowością, wdziękiem, stylem i fantastycznym wyczuciem smaku w doborze zagrywek perkusyjnych, których nie znajdziemy w wersjach albumowych. Są takie momenty koncertu, podczas których można dostrzec autentyczne wymiany energii między paniami, które wzajemnie inspirują się do tego, by z następnym uderzeniem przywalić jeszcze mocniej. Po 1,5 roku dzielenia sceny te momenty nadal są niezwykle rzadkie, ale za to jakże satysfakcjonujące do wychwycenia. Na koncercie w Shepherds Bush taki moment zdarzył się m.in. w czasie ostatniego refrenu I Love It. Do tego dziewczyny się świetnie uzupełniają; jedna z drugą nie musi walczyć o dominację na scenie, chociaż przyznaję bez bicia: Debbie z każdym kolejnym gigiem Charli kradnie coraz więcej mojej uwagi i obecnie otrzymuje jej chyba już ponad 50% :)

W oprawie koncertów Charli widać teraz znacznie większy budżet, także od strony muzycznej. Poza obecnością trójki organicznych muzyków używane są także tzw. backing tracks, które gwarantują obecność wszelkich efektów niemożliwych do odtworzenia za pomocą trzech instrumentów, które organicznie znajdują się na scenie - gitary, basu i perkusji. Mamy więc całą gamę dźwięków wszelakich, wliczając to przeróżne brzmienia klawiszy, syntezatorów, a także chórków. Ponadto perkusja, nie dość że jest zestawem hybrydowym, używa triggerów niedynamicznych na werblu i stopie, co sprawia że często brzmi nieco syntetycznie. Ktoś może powiedzieć, że to pół playback. Tak, ale bez tego show wiele by stracił. A przy tak pieczołowicie dopracowanych brzmieniowo kawałkach ważne jest, by zabrzmiały odpowiednio na żywo. Bez obaw jednak - wszystko służy całości i sprawia, że obecnie koncerty Charli są znacznie bardziej profesjonalnie wyprodukowane niż jeszcze w 2013 roku.

Wracając jednak do samego koncertu. Po wybuchowym początku przychodzi pora na nieco słabszy moment - segment z piosenkami z True Romance, na które wybrano kolejno Black Roses, Stay Away i You (Ha Ha Ha). Muszę w tym miejscu po raz kolejny się powtórzyć - nieco dziwi mnie uparte omijanie najlepszych piosenek z poprzedniej płyty, jakimi są w moim odczuciu genialne Nuclear Seasons i You're the One. Gdyby zdecydowano się na nie, koncert zupełnie nie traciłby na swojej mocy i dynamice, a tak przez moment robi się zwyczajnie trochę nudno.

Na szczęście po tych trzech piosenkach wracamy do nieskrępowanej energii nowego albumu. Najpierw Debbie zapodaje szybki, punkowy beat i po chwili słyszymy charakterystyczny, garażowy riff London Queen. Następnie Break the Rules, które wprawdzie nadal nie jest moim ulubionym utworem z płyty, ale muszę przyznać, że na koncercie utwór nabiera rumieńców. Zyskuje przede wszystkim na mniej syntentycznym brzmieniu, co jest zasługą głównie miło brzmiącej progresji akordów gitarowych w mostku.

Fajnie się sprawdza także bardzo odważne Body of My Own. Charli w bezpruderyjny sposób opisuje uroki obcowania w samotności ze swoim własnym ciałem, a dynamiczna ścieżka muzyczna podkreśla narastającą ekscytację będącą treścią tej piosenki. Spore wrażenie robią bezbłędne szesnastki na hihacie wystukane przez Debbie w "kluczowym" momencie utworu.

Następna piosenka to jeden z absolutnych highlightów koncertu: Allergic to Love będące coverem bardzo niszowego szwedzkiego punkowego zespołu Snuffed by the Yakuza. Obecność tego utworu w setliście jest jak najbardziej zasadna: to w końcu właśnie w Szwecji Charli nagrywała nowy album, współpracując z tamtejszymi producentami. Ten trwający niewiele ponad 1-minutę utwór Charli wykonuje tak przekonująco, jakby to był jej własny utwór. Pozwala sobie przy tym na bardzo ekscentryczne wokalizy, a wtóruje jej Debbie z ekstremalnie szybkimi przejściami na werblu.

Imprezowy klimat doskonale utrzymuje się za sprawą świetnego Hanging Around, opartego na maszerującym beacie i mocnym brzmieniu gitary elektrycznej. Charli ma talent do pisania wpadających w ucho refrenów. Piosenka utrzymana jest w konwencji rockowego "hymnu" i sprawdza się w tej roli chyba lepiej niż nieco bezpłciowe Heaven Knows od The Pretty Reckless.

Charakterystyczny groove i gitarowy riff zwiastują nadejście Gold Goins - jednej z lepszych piosenek na Sucker. Zbliżamy się zatem do końca głównego setu. Znakomicie bujająca piosenka z szybko wpadającymi w ucho refrenami, których nie sposób nie śpiewać razem z Charli. To jednak tutaj lśni najbardziej Debbie: po ostatnim refrenie pozwala sobie na szaleństwo talerzowe, robiąc należyty użytek ze swojego ulubionego combo w postaci Zildjianowego crasha 18'' K EFX z nałożonym na niego dużo mniejszym gen Z cymbal. Po Gold Coins zaś pora na zwyczajowe solo na perkusji które przywodzi na myśl solo Larsa z San Diego 92 :)

To jednak nie koniec setu! Nie bez powodu przeniesiono Doing It w ostatni slot przed bisami - zgodnie z zapowiedzią Charli przed gigiem na Twitterze, podczas utworu na scenie gościnnie pojawia się Rita Ora! Charli nagrała z nią duet specjalnie na potrzeby brytyjskiego wydania Sucker. Mnie tam ta osoba ani grzeje ani ziębi, ale tutaj najwyraźniej jest to ktoś znany, bo euforia publiczności po pojawieniu się jej na scenie jest nie do opisania. I choćby dla tej energii warto było tego momentu doświadczyć, przypomniało mi się jak podczas koncertu Hey Unplugged w Warszawie na scenie zupełnie znienacka pojawiła się Agnieszka Chylińska :)

Samo Doing It to swojego rodzaju perełka obecnego repertuaru Charli. Utwór chyba najbardziej przyjazny falom radiowym, niesamowicie melodyjny i wpadający w ucho, celebrujący imprezowy styl życia, a zarazem wyluzowany i jakby nieco zdystansowany. Może to dlatego, że jak Charli sama twierdzi, napisała go będąc na kacu?

Po kilkuminutowej przerwie pora na bisy w postaci dwóch ostatnich piosenek. Na pierwszy ogień Grins, ciepło przywitane przez starych fanów - ale ja tu bym najchętniej widział You're the One. Na sam koniec zaś Boom Clap - czyli swoisty Enter Sandman. Taka piosenka którą każdy już słyszał po milion razy ale bez której koncert po prostu nie może się obyć. A do tego konfetti i huczne zakończenie imprezy z największą imprezowiczką Londynu :)

"Peace out!" żegna się Charli charakterystycznym okrzykiem i znika w kuluarach.

Był to zdecydowanie jeden z najlepszych koncertowych wieczorów, które spędziłem odkąd mieszkam w Londynie. Bawiłem się wyśmienicie - Charli to profesjonalistka, promuje bardzo udaną płytę i wszystko jest zrobione z pazurem, z jajem. Dość powiedzieć, że byłem pod tak silnym wrażeniem, że jeszcze w trakcie drogi powrotnej do domu zdecydowałem, że wybiorę się na jeszcze jeden koncert w ramach tej trasy. Po powrocie do domu zrobiłem szybki research i okazało się, że są jeszcze bilety na koncert w Oxford, który miał odbyć się zaledwie za 4 dni... Ale o tym - w kolejnej relacji.

 

blog comments powered by Disqus