CHARLI XCX
30.03.2015
O2 Academy
Oxford
____________________

GALERIA

MEET & GREET

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
20.04.2015

Każdy koncert Charli, na którym miałem przyjemność być, wiązał się z jakimś przełomowym momentem w mojej fanowskiej przygodzie. Dowiedziałem się o jej istnieniu we wrześniu 2013 roku, kiedy to zobaczyłem ją po raz pierwszy na żywo jako support Paramore. Była to pierwsza halowa trasa Charli i zarazem pierwsza z nowym, złożonym wyłącznie z babek zespołem, który skompletowano właśnie na potrzeby owej trasy. Koncert ten miał znacznie skromniejszą produkcję, zespół nie był ze sobą dobrze zgrany (pomimo dwóch tygodni intensywnych prób), a Charli pomimo swojej charyzmy była wyraźnie przytłoczona rozmachem koncertów. Nie pomógł także fakt, że zagorzali fani Paramore przyjęli ją dosyć szorstko, a mroczny electro pop z pierwszej płyty True Romance nieco gryzł się stylistycznie z tym, do czego przyzwyczajone są uszy typowego fana headlinującego zespołu.

Mimo to występ urzekł mnie na tyle, że postanowiłem zapoznać się z muzyką Charli w domowym zaciszu i spodobało mi się na tyle, że postanowiłem wybrać się tym razem na jej własny headlinowy koncert w małym klubie Heaven w październiku 2014 roku. Koncert ten pierwotnie przewidziany był jako release party nowego albumu Sucker, jednak premierę krążka przesunięto w Europie na styczeń kolejnego roku. Mimo to setlista złożona była głównie z nowego repertuaru, a koncert mógł poszczycić się wyraźnie większym budżetem, który zaowocował bardziej wyrafinowaną produkcją i rejestracją filmową z przeznaczeniem dla późniejszego wykorzystania przez wytwórnię płytową. Ja, kompletnie nie znając nowego materiału, przyglądałem się z boku temu fascynującemu zjawisku. Atmosfera i energia na tym gigu były zupełnie inne, niż te których doświadczyłem rok wcześniej na Wembley Arena. Oto na gig przyszli oddani fani piosenkarki, którzy znali nie tylko każde słowo jej najbardziej rozpoznawalnych utworów, jak I Love It, Fancy czy Boom Clap, ale także jeszcze nie opublikowanych piosenek, takich jak tytułowy Sucker. Wówczas nie potrafiłem się jeszcze odnaleźć w tym skaczącym i skandującym głośno "Fuck you sucker!" tłumie, ale wkrótce przyszła kryska na matyska.

Po premierze, Sucker stopniowo piął się w górę w moich statystykach na last.fm. Nowy materiał przypadł mi do gustu na tyle, że wybierając się w lutym 2015 roku na Prismatic World Tour do Pragi, byłem jednakowo podekscytowany występem Charli, co samej Katy Perry. A może nawet nieco bardziej. Połączenie to okazało się idealne - Charli, zwłaszcza z nowym repertuarem, pasowała o wiele bardziej na support Katy niż Paramore. Poza tym koncert wypadł znakomicie - profesjonalnie wyprodukowany, świetnie brzmiący, z dobrze zgranym zespołem i Charli wreszcie komfortowo czującą się podczas śpiewania dla kilkunastotysięcznej publiczności. To podczas tego gigu, w trakcie znakomicie nadającego się na arenowy setting Doing It, pomyślałem sobie, że ona tu jeszcze wróci za parę lat, ale jako artysta headlinowy.

Po tych jakże pozytywnych doświadczeniach oczywistym było wybranie się na londyński przystanek podczas trasy promującej nowy krążek w UK. Eksplozja energii, jakim był gig w Shepherd's Bush Empire przerosła znacznie moje i tak wysokie oczekiwania. Zabawa była tak przednia, że nie mogłem poprzestać na tylko jednym gigu. Ponadto Debbie... ekhm, to znaczy Charli, zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie że po prostu musiałem doświadczyć tej magii raz jeszcze.

Zaraz po powrocie do domu z Shepherd's Bush sprawdziłem więc koncertową rozpiskę Charli i okazało się, że raptem za 4 dni dziewczyny zatrzymują się w położonym niedaleko od Londynu Oxford, w dodatku był to jeden z mniejszych, a jednak niewyprzedanych koncertów. Cały wolny czas dzielący ów wieczór i dzień wyjazdu poświęciłem więc na planowanie spontanicznego wyjazdu - rezerwacja biletów na koncert i pociąg do Oxford nie były problemem, ale musiałem się troszeczkę naszukać noclegu, zanim znalazłem taki który zapewniał optymalny stosunek warunków do ceny w tym, jak się okazało, nieco dzikim mieście.

Co ciekawe, mieszkam w Londynie już prawie 2 lata, a był to pierwszy przypadek, kiedy to wybrałem się na koncert do innego miasta w Anglii. Co tylko potwierdza fakt, że Londyn to najlepsze miejsce dla koncertowych przygód, bo jednak rzadko kiedy trasy koncertowe omijają to miasto.

Ponieważ bilet na koncert kupowałem raptem 4 dni przed gigiem, jedyną możliwą opcją był odbiór osobisty na miejscu w box office. Wzdłuż ulicy ustawiła się jednak kolejka do wejścia, oddzielona bardzo ciasno barierką, postanowiłem więc zapytać ochrony czy mogę się wcisnąć w ten tłum żeby odebrać swój bilet. Ochrona powiedziała, że bez problemu, tak więc też zrobiłem. Po chwilowej konsternacji (z jakiegoś powodu na kopercie było moje imię a nie nazwisko, co w połączeniu z dziwnie obcym brzmieniem przysporzyło pani w okienku sporo problemów) miałem już bilet w łapie i ledwie kilka metrów do wejścia, postanowiłem więc skorzystać z daru losu i nie cofać się na koniec kolejki tylko zostać sobie tam, gdzie już stałem. Tym razem byłem trochę zbyt sprytny!

Fakt, trochę zastanawiało mnie, czemu wokół mnie są same małe dziewczynki, w końcu w Londynie na koncercie Charli towarzystwo było zdecydowanie bardziej wymieszane pod względem wieku. Ale postanowiłem się tym nie przejmować i sobie tak stałem w tej kolejce do momentu, w którym ochroniarz zczytał mój kod z biletu. Mój zaświecił na czerwono i zostałem odeskportowany... Do drugiej kolejki. Okazało się, że ta jest na inny gig, który odbywał się na piętrze. Jakiegoś zespołu złożonego z kilkuletnich dzieci, które podbiły jakiś brytyjski talent show i teraz grają sobie koncerty... No to fajnie że chociaż ktoś mi w porę o tym powiedział :)

Pomyślałem sobie, że oto kara za moje cwaniakowanie - teraz będę na samym końcu kolejki i będę podpierał ścianę z tyłu klubu. Na szczęście nic z tych rzeczy. Kolejka na Charli była zaskakująco krótka - O2 Academy w Oxfordzie to nieduże venue, mieszczące zdaniem organizatora ok. 1000 osób - tymczasem koncert ten był wyprzedany być może w połowie! W efekcie, pomimo całej tej wpadki z kolejką, chwilę poźniej stałem sobie w jednym z pierwszych rzędów pod sceną, co w połączeniu z faktem, że cała sala była znacznie mniejsza niż ta w Shepherd's Bush oznaczało, że znajdowałem się dużo bliżej sceny niż poprzednio.

Jakby tego było mało, raptem po kilku minutach poznałem świetnego kolesia, który także przyszedł na koncert sam i bardzo szybko zakolegowaliśmy się, w efekcie czego spędziliśmy razem całą resztę wieczoru, wliczając w to after party w klubie nocnym po gigu! Ale po kolei. Gość okazał się być podobnym maniakiem koncertów i spotkań z artystami co ja, w dodatku był w podobnym wieku. Jedyna różnica była taka, że on całe swoje dorosłe życie poświęcił na podążaniu za jedną artystką - Rihanną. Szybko złapaliśmy więc wspólny język, dzięki czemu czas przed gigiem płynął znacznie szybciej. Zwłaszcza, że kolega nie miał nic przeciwko wycieczkom do baru, dzięki czemu regularnie kupowano mi piwo z dostawą pod scenę, a ja nie musiałem się martwić, że ktoś zajmie mi moje dogodne miejsce pod barierką :)

Jako support wystąpiła ponownie Holly Hardy pod nazwą CuckooLander wraz z zespołem. Ponownie było to doświadczenie, które pomyślnie spełniło swoją rolę - rozgrzało przed gigiem Charli, ale zanadto ani nie zmęczyło, ani nie skradło całego hajpu zarezerwowanego dla gwiazdy wieczoru.

Ze względu na gabaryty pomieszczenia, musiano pozbyć się pewnych elementów produkcji. Widoczne to było już przed koncertem - perkusja stanęła tym razem na pojedynczym podeście, a sceny nie przysłonięto wielkim prześcieradłem z różową łapą z wysuniętym środkowym palcem, jak to miało miejsce w Londynie.

Ale może to i lepiej - koncert miał zdecydowanie bardziej intymny charakter, łatwiej było nawiązać kontakt z muzykami na scenie i ogólnie zabawa była jeszcze bardziej intensywna. Początek koncertu wyglądał tak samo jak w Shepherd's Bush - a więc przemocne kombo niesamowicie energetycznych piosenek.

Już podczas pierwszych sekund Sucker nie miałem wątpliwości, że decyzja o wyjeździe do Oxford była najlepszą rzeczą, do jakiej mógł mnie zainspirować poprzedni gig. Zabawa ponownie była znakomita, ale to w trakcie kolejnego Breaking Up nastąpił kontakt wzrokowy z Charli tak intensywny, jak na Katy Perry w 2010 roku. Drąc japę słowo w słowo z Charli, ta szybko wychwyciła mnie w tłumie i przytrzymała wzrok na dobre cztery wersy. Dla takich chwil warto pokonywać kilometry, stać w kolejkach, uszczuplać konto bankowe - doświadczenie jest absolutnie bezcenne.

Dalej było równie dobrze, bo mieliśmy znakomicie pasujące do repertuaru I Love It - ten kawałek mógłby znaleźć się bez problemu na Sucker. A potem niesamowicie skutecznie bujające Famous, podczas którego w środkowej partii jak zwykle najjaśniej błyszczy Debbie ze swoimi wysmakowanymi wstawkami na hihacie.

Muszę jednak przyznać, że publiczność w Oxford była nieco bardziej drętwa, niż ta w Londynie. Co jest dla mnie sporym zaskoczeniem, bo to w Londynie Charli wspominała ze sceny o tym, że była zdenerwowana przed koncertem, gdyż publiczność londyńska słynie z grymaszenia i surowego oceniania artystów, zaś od lokalnego kolegi z Oxford usłyszałem, że tam z kolei prawie nic się nie dzieje. A jednak naprawdę mocno szalała zaledwie garstka osób pod sceną. W pewnym momencie Charli odpowiednio to skomentowała w charakterystycznym dla siebie stylu: "Co do ku**y, jak przychodzicie na moje koncerty to macie skakać!" Gotta luv XCX :)

Setlista odrobinę różniła się od tej w Londynie - zabrakło Allergic to Love, zaś Doing It pojawiło się znacznie wcześniej, gdyż tym razem nie było zapowiedzianej niespodziewajki w postaci gościnnego udziału Rity Ory. Ponownie za to podczas uroczego Need Ur Luv na scenie pojawiła się Holly Hardy, by wykonać tą piosenkę w duecie z Charli, która chyba wyjątkowo potrzebowała tego wieczoru wsparcia, gdyż po gigu okazało się, że miała chore gardło.

Znów odrobinę przymulił segment z True Romance z monotonnym Black Roses, powolnym Stay Away i tylko odrobinę lepszym You (Ha Ha Ha). Za to z każdym kolejnym gigiem zwracałem większą uwagę na te drugoplanowe utwory z Sucker - takie jak Caught in the Middle, Body of My Own czy Hanging Around i stopniowo docierało do mnie, jak udana jest to płyta i że tak naprawdę nie ma na niej słabych utworów.

Nawet pomimo faktu, że nie jestem wielkim fanem Break the Rules, ciężko zaprzeczyć, że utwór ten znakomicie sprawdza się na gigu i brzmi znacznie lepiej z bardziej słyszalnymi partiami gitarowymi. Słusznie jednak główny set zamknęło ponownie Gold Coins, które buja nie gorzej niż Famous, a w dodatku kończy się prawdziwą wisienką na torcie w postaci soczystego sola na perkusji w wykonaniu Debbie.

Gig oczywiście nie może skończyć się inaczej, niż na Boom Clap - który jak na Charli jest zaskakująco milusim i przyjemnym dla ucha kawałeczkiem. Ale i tutaj zdarzyło się coś, na co może pozwolić sobie tylko ona - w mostku przed ostatnim refrenem odbywa się standardowy motyw znany z każdego możliwego koncertu w postaci milusiego machania łapkami na lewo i prawo. Co w pewnym momencie Charli skomentowała następująco: "This is so cheesy" :)

Tak, tak, Charli to nie teletubisie i rurki z kremem. Charli to wielki środkowy palec w kierunku muzycznego showbusinessu, to artystka nietuzinkowa i inna niż jej koleżanki po fachu, agresywna, pełna energii, zmysłowo erotyzująca ale nie obleśna, czasem wulgarna ale tylko pod względem słownictwa, a zarazem pełna klasy.

Spotkanie po gigu tym razem nie mogło się nie odbyć, więc ustawiliśmy się z nowopoznanym kolegą pod Beat the Streetem i wraz z grupką ok. 30 fanów rozpoczęliśmy czekanie. To się trochę dłużyło, tym bardziej że pogoda nie była szczególnie sprzyjająca - noc była mroźna, wietrzna i deszczowa. W międzyczasie obserwowaliśmy załadunek ciężarówki z cargo. Spore wrażenie zrobił na nas fakt, że pomimo iż był to koncert o okrojonej produkcji, cała jedna ciężarówka była wypakowana sprzętem po sam sufit.

Po ok. 2 godzinach i 30 minutach było nas już wyłącznie 10 osób i wreszcie Charli i reszta ekipy opuścili venue. Mieliśmy już pewne wątpliwości, czy w związku z późną porą i fatalną pogodą, nie zdecyduje się ona nam tylko pomachać i wsiąść od razu do busa. Nic z tych rzeczy. To spotkanie było jednym z najbardziej pozytywnie zaskakujących meet & greetów w których uczestniczyłem. Charli poświęciła czas i z każdym przywitała się czułym misiem, pogadała, podpisała co trzeba i chętnie pozowała do indywidualnych zdjęć. Gdyby nie ponaglający ją manager, pewnie by tam z nami hang outowała do białego rana.

Ja jednak stwierdziłem, że nie pójdę sobie dopóki nie będę miał w ręce pałeczki od mojej nowej ulubionej perkusistki. Podszedłem więc do Beat the Streeta, zajrzałem przez otwarte drzwi do środka (blokując przy okazji drogę Charli hehe) i gdy moim oczom ukazał się manager, zażądałem prywatnej audiencji z Debbie. Ta wyszła do mnie na ten mróz i porozmawialiśmy trochę o perkusji i takich tam, powiedziałem jej co miałem do powiedzenia i chwilę potem wracałem z podpisami, fotkami i graną tego wieczoru pałeczką Vic Firth.

Po gigu udaliśmy się z kolegą do klubu nocnego gdzie przyszła moja kolej by wyrównać piwny rachunek... Ale to zupełnie inna historia :)

Wyjazd do Oxford był jednym z najlepszych moich koncertowych wyjazdów w ciągu tych 12 lat jeżdżenia na gigi. Już nie raz byliśmy w sytuacji bycia pod tak silnym wrażeniem po gigu, że chcieliśmy się wybrać na jeszcze jeden w trakcie trwania trasy. Nie zawsze jednak było to możliwe z przeróżnych powodów, czasem tak błahych jak brak biletów (chociaż i to okazało się nie być przeszkodą, gdy pojechaliśmy samochodem podczas śnieżycy stulecia na Paramore z Polski do Londynu w 2009 roku - a Fixxxer nie miał wtedy biletu). Tym razem jednak opcja ta była jak najbardziej możliwa do zrealizowania i po raz kolejny linie tego, gdzie się znajduję i tego, gdzie powinienem być nałożyły się na siebie w perfekcyjnie harmonijny sposób. Tego wieczoru nie było żadnego innego miejsca na całej planecie, gdzie mógłbym spędzić ten czas lepiej - nie mam żadnych wątpliwości co do tego.

Mój pierwszy koncert Charli odbył się zaledwie 1,5 roku wcześniej. Od niechcianego supportu Paramore po pełny fan-mode i spontaniczne "jeszcze raz!". Debbie Charli absolutnie opanowała mój muzyczny umysł i moje statystyki na last.fm w pierwszej połowie 2015 roku. Gdybym mógł, wybrałbym się na jeszcze jeden koncert... a potem jeszcze jeden...

Charli XCX to produkt muzyczny który będę z chęcią dalej kupował. Jest świetne brzmienie na żywo, jest chemia między członkami zespołu, jest świetny kontakt z publicznością, jest uzależniająca energia która nie pozwala pozostać obojętnym. Sucker to płyta przebojowa i bezkompromisowa, świetnie sprawdzająca się w koncertowych warunkach. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, co też jeszcze Charli zmajstruje w przyszłości.

 

blog comments powered by Disqus