ALL KINGS AND QUEENS
27.05.2015
Notting Hill Arts Club
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
14.12.2015

Gabriella Cilmi to z całą pewnością nietuzinkowa artystka. Nie tylko ze względu na charakterystyczną barwę głosu czy miksturę etniczną w DNA, ale przede wszystkim podążanie bardzo krętą ścieżką kariery w muzycznym show biznesie.

Towarzyszę Gabrielli w tej przygodzie już od pierwszej płyty i wprawdzie nie załapałem się na koncert w cyklu Lessons to Be Learned, miałem przyjemność zobaczyć ją na żywo promującą album Ten na czeskim festiwalu w 2010 roku. Na płycie znajdowały się fantastyczne kawałki utrzymane w klimacie retro-dance, jednak Gabcia nie była zadowolona z kierunku wizualnego, w którym była popychana przez swoich popleczników. W efekcie przerwała przedwcześnie promocję płyty i zniknęła na dobre 3 lata, by w 2013 powrócić z zupełnie nowym brzmieniem na albumie The Sting. Koncert promujący tę płytę w Londynie, na jakim miałem przyjemność być, składał się niemal wyłącznie z nowego materiału, co było dowodem na to, że Cilmi stara się odciąć od swojej muzycznej przeszłości.

Album nie osiągnął jednak spektakularnego sukcesu komercyjnego i po kilkunastu kameralnych koncertach Gabriella znów jakby zapadła się pod ziemię. Dopiero w pierwszej połowie 2015 roku powróciła zapowiadając na Facebooku iż wraz ze swoim bratem Josephem zakłada zupełnie nowy zespół: All Kings and Queens.

Jako że kibicuję młodej Australijce, nie mogłem nie wybrać się na pierwszy oficjalnie zapowiedziany koncert w Londynie, który odbył się w Notting Hill Arts Club. Była to pierwsza moja wizyta w tym venue i byłem zaskoczony jego rozmiarami. Dość powiedzieć, że sam grywałem koncerty w większych miejscówkach. I to jest właśnie piękne - możliwość zobaczenia ulubionego artysty w intymnej wręcz sytuacji koncertowej. Scena? No chyba za dużo powiedziane - po prostu wydzielono część pomieszczenia w jednym kącie, gdzie ustawiono sprzęt i zamontowano jakąś lampę.

W zasadzie cały klub to jedno dosyć spore pomieszczenie, przedzielone schodami, po których schodzi się do środka z poziomu ulicy. Po prawej znajduje się połowa tego pomieszczenia zaadoptowana na salę koncertową, a po lewej druga połowa zaadaptowana na bar. Nie namyślając się długo, zgodnie z tradycją, poszedłem więc uraczyć się smacznym piwkiem, aby wprowadzić się w odpowiedni nastrój. Gabcia z bratem i zespołem nie byli wcale główną atrakcją wieczoru, mieli więc przygotowany krótki set.

Już przed setem muzycy swobodnie poruszali się po venue rozmawiając z ludźmi zaangażowanymi w organizację. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że Gabcia stoi tuż obok mnie, jednak postanowiłem jej nie zawracać głowy na kilka minut przed rozpoczęciem występu. Po chwili muzycy pojawili się na scenie. Gabrielli i jej bratu (grającemu na gitarze) towarzyszyli także basista i perkusista, znani z poprzedniego składu koncertowego artystki.

Koncert rozpoczął się od jedynego kawałka opublikowanego wcześniej w sieci w wersji demo - Animals. Był to zatem jedyny znany mi utwór, a cała reszta gigu pozostawała niespodzianką. Gabriella uśmiechnięta, wyluzowana, ponownie z dłuższymi włosami, którymi zdarzało jej się zatrzepać przy bardziej żywiołowym momencie, których w repertuarze All Kings and Queens nie brakuje. Usłyszeliśmy zdecydowanie więcej instrumentów, niż było widać na scenie - zespół wspierał się podkładem, jednak 3 główne instrumenty i wokale były oczywiście grane na żywo i na pierwszym planie.

Drugim kawałkiem była już dla mnie nowość - piosenka zatytułowana Flood, nie mająca jednak nic wspólnego z kawałkiem o podobnym tytule od Katie Melua. To utrzymana w średnim tempie mocno rockowa piosenka oparta na długo wybrzmiewających akordach przesterowanej gitary Josepha, gdzie porywającemu wokalowi Gabci wtórowali brat i basista na chórkach, a czarnoskóry bębniarz podkreślał całość pulsującym rytmem wygrywanym na tomach, z podkreślającymi całość akcentami na talerzach.

Następnie zespół wykonał Cherry Red - prawdopodobnie najciekawszą piosenkę całego wieczoru. Spokojna, mroczna ballada przypadła mi do gustu już od pierwszej zagrywki gitarowej Josepha. Minimalistyczna, świetnie brzmiąca zagrywka zostawiła mnóstwo przestrzeni dla hipnotyzującego wokalu jego siostry. Perkusista grał młoteczkami, by oszczędnymi akcentami jedynie podkreślić narastający charakter kompozycji.

Po tej wisience na torcie przyszedł czas na jedyny tego wieczoru cover - wybór padł na pasujące klimatem do nowego repertuaru Depeche Mode i jeden z ich największych hitów, Personal Jesus. Nigdy nie byłem fanem Depeche Mode i być może dlatego wersja rodzeństwa Cilmi spodobała mi się znacznie bardziej. Nisko śpiewana linia melodyczna bardzo pasuje do głosu Gabci.

Kolejnym kawałkiem zespół powrócił do autorskiego repertuaru - tym razem piosenka Push, nawiązująca skojarzenia z repertuarem Avril Lavigne, ponownie jednak jedynie brzmieniem tytułu, bowiem brzmienie muzyki jest zupełnie inne. Nisko śpiewane i nieco spokojne zwrotki szybko przechodzą w pełne życia refreny z charakterystycznymi, rytmicznymi zaśpiewami, które stają się znakiem rozpoznawczym All Kings and Queens.

Szósty kawałek w secie był zarazem ostatnim - a jego tytuł to Beach, nawiązujący całkiem słuszne skojarzenia ze świetnym coverem Echo Beach, który znalazł się na rozszerzonej edycji pierwszego albumu Gabrielli. Najbardziej dynamiczny i przebojowy kawałek, który zaprezentowało tego wieczoru All Kings and Queens. Ciężko było ustać w miejscu, a żywiołowa prezencja sceniczna Cilmi znakomicie pasowała do całości i podkreślała energiczny charakter kompozycji. Fajnie zaprezentowała się krótka, środkowa część instrumentalna z niemal funkowymi zagrywkami Josepha na gitarze.

Pierwszy koncert All Kings and Queens zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Gabriella po licznych perturbacjach nareszcie zdaje się śpiewać repertuar, w którym czuje się jak ryba w wodzie. Już wcześniej niejednokrotnie zdradzała fascynację klasycznym rockiem i bardzo swobodnie czuła się coverując Led Zeppelin, Marthę and the Muffins, czy nawet Kings of Leon. Wygląda na to, że teraz, kiedy jej brat wreszcie dorósł, znalazła swoją muzyczną bratnią duszę, z którą z pełną śmiałością podbija scenę.

Ciekawe jest to, że mimo iż Gabriella zdecydowała się nie firmować nowego projektu swoim nazwiskiem, a we wszelkich wzmiankach mówi się że to duet w postaci rodzeństwa stanowi jego trzon - to nadal ona jest liderem, punktem centralnym, głównym głosem który ciągnie wszystko do przodu na scenie. Efekt jest ciekawy - mamy do czynienia z zupełnie nowym zespołem, nową jakością i chociaż formacja jest zmuszona zaczynać "od zera", grając koncerty w najmniejszych klubach dla parudziesięciu osób, to jednak widać, że osoba, której głos słyszymy na pierwszym planie ma za sobą 7 lat doświadczenia scenicznego i jest stuprocentową profesjonalistką.

Z ciekawością wyczekuję następnych poczynań All Kings and Queens, a przede wszystkim pełnoprawnego albumu, który ma spore szanse ukazać się w 2016 roku. Tymczasem po pierwszym koncercie postanowiłem wspierać Gabcię i jej nowy projekt, co miałem okazję udowodnić już niecałe dwa tygodnie później, na kolejnym londyńskim występie.

 

 

blog comments powered by Disqus