METALLICA
29.05.2015
Veltins Arena
Gelsenkirchen
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
16.07.2015

Metallica lubi zaskakiwać fanów, a jeszcze bardziej lubi czynić to w sposób przebiegły, usypiając najpierw ich czujność. Moja czujność została uśpiona w Warszawie w 2010 roku standardową do bólu setlistą, co zaowocowało pominięciem koncertu w 2011, kiedy to festiwalowy repertuar uległ gruntownej przebudowie, w dodatku ubarwiony został takimi rarytasami jak The Call of Ktulu. W podobny sposób można ocenić ubiegłoroczne koncerty, podczas których ambitny pomysł powierzenia obowiązku wyboru utworów powierzony został niemal w całości fanom. Zespół liczył na wyzwanie, a skończyło się zagraniem kilkunastu koncertów z możliwie standardową festiwalową setlistą. Cios ten zabolał wyjątkowo mocno w Pradze, kiedy to The Unforgiven II - moje największe setlistowe marzenie - przegrał o włos w Vote of the Day, pozostawiając pełne goryczy i rozczarowania uczucie, że oto przepadła jedyna szansa na to, by usłyszeć ten utwór kiedykolwiek na żywo.

Kilka tygodni przed zbliżającym się wielkimi krokami pierwszym na bardzo krótkiej europejskiej trasie koncertem w niemieckim Gelsenkirchen, Metallica pojawiła się na Rock in Rio w Las Vegas, gdzie delikatnie odświeżona setlista zapaliła światełko w tunelu. Oto obok festiwalowych standardów pojawiły się bowiem takie utwory jak King Nothing, Disposable Heroes i Turn the Page, które grane są bardzo rzadko, zwłaszcza na koncertach o takiej skali. Zacząłem wówczas analizować moje spostrzeżenia z 15 lat śledzenia poczynań koncertowych Metalliki i uzmysłowiłem sobie, że istnieje spora szansa, że wydarzy się coś wyjątkowego. Po pierwsze, sam zespół zmęczony był graniem ciągle tych samych utworów. Po drugie, rok wcześniej nauczyli się grać kilka utworów, których nie mieli szansy zagrać więcej niż raz (mowa o The Unforgiven II - niewybranym w Vote of the Day w Pradze i tym samym nie zagranym na ani jednym koncercie oraz Frayed Ends of Sanity, które dostało się do listy jedynie w Helsinkach). Po trzecie, Niemcy często dostawali wyjątkowe setlisty. 2004 Brema- wywrócona do góry nogami setlista pełna rarytasów, 2006 Berlin - premiera The New Song i jedyne wykonanie na trasie Commando, 2009 Lipsk - jedyne wykonanie The Small Hours od 1998...

Miało więc sporo sensu to, żeby przykładowo obecny na Rock in Rio Turn the Page w Europie ustąpił miejsca The Unforgiven II, który był na tym kontynencie wielkim przebojem. Sam do końca nie wierzyłem, że coś takiego może się wydarzyć, ale Metallica już nie raz pokazała, że nic nie jest niemożliwe i skoro takie utwory, jak Orion, Dyers Eve, Escape czy Frayed Ends of Sanity w końcu zostały wykonane na żywo, to równie dobrze może być to The Unforgiven II.

Leciałem więc do Gelsenkirchen z umiarkowanym entuzjazmem, wiedząc, że nawet King Nothing i Disposable Heroes będą miłym dodatkiem, gdyż utworów tych nie słyszałem na żywo już od dawna. W samolocie już spotkał mnie sympatyczny akcent zwiastując, że będzie to udany wyjazd. Koleś siedzący obok mnie okazał się także turystą koncertowym. Już nawet teraz nie pamiętam na jaki koncert i do jakiego miasta się wybierał, ale była to podobnie jak w moim przypadku krótka wizyta z jasnym celem. Miło sobie porozmawialiśmy i w takiej oto sympatycznej atmosferze upłynął ten krótki lot.

Ponieważ podróż odbyłem na dzień przed koncertem, miałem wystarczająco czasu, aby wypocząć i następnego dnia w miarę wcześnie wybrać się do Veltins Arena. Postanowiłem atakować "nie za wcześnie, nie za późno" - zjawiłem się więc na miejscu niedługo po otwarciu bram, tuż przed rozpoczęciem gigu przez pierwszy zespół: Exodus. Fanów pod sceną było w tym momencie jeszcze dosyć niewielu. Sam koncert nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia, ale sam fakt że odegrał on niebagatelną rolę w historii Metalliki sprawił, że obejrzałem/posłuchałem z zainteresowaniem.

Następny był Hatebreed i był to zdecydowanie najsłabszy punkt całego dnia. Było tak słabo, że z nudów wybrałem się na tyły stadionu, by poczęstować się smakowitym Schnitzel am Brotchen, czy jak to tam się po ichniemu pisze. Oprócz tego przespacerowałem się do toitoi'a czystszego niż moja własna łazienka. Niestety na obiekt nie pozwolono mi wnieść małej butelki z wodą, pozostało więc raczenie się dosyć kosztowną Colą, którą sprzedawano przy wejściu do sektora pod sceną. Na szczęście dostęp do niego był bardzo łatwy i nie było problemu, żeby regularnie sobie zeń wychodzić i doń wchodzić.

Po bardzo nudnym Hatebreed było już wiadomo, że reszta wieczoru upłynie pod znakiem ciekawych zespołów. Na pierwszy ogień Testament - co tu dużo mówić, grupa która odegrała pewna istotną epizodyczną rolę w moim muzycznym życiu. Wypadli oczywiście bardzo profesjonalnie i mieli scenę milusio udekorowaną diabełkami, którym oczy świeciły na czerwono.

Następnie postanowiłem przedostać się nieco bliżej barierki, bo nadszedł czas na pierwszy koncert, którym byłem naprawdę zainteresowany - Within Temptation. Pod sceną spotkałem starych dobrych znajomych - ekipę z Wrocławia, z którą byłem na pamiętnym koncercie Metalliki w Pradze w 2012 roku. Niestety, zespół został dosyć oschło przyjęty przez publikę złożoną w większości z "hardkorowych" jak to się mówi "metalowych głów". Ja to bym przed Metalliką w ogóle najchętniej zobaczył jakiś dobry popowy koncert, no ale cóż, zdecydowanie byłem w mniejszości.

Sytuacji nie pomagał fakt, że zespół był wyjątkowo fatalnie nagłośniony. Mimo to było bardzo pozytywnie. Przed gigiem zostałem ostrzeżony, żeby nie zwracać uwagi na bardzo prawdopodobne niedoskonałości wokalu Sharon del Adel, jednak byłem bardzo pozytywnie zaskoczony tym, że ciężko było znaleźć jakieś rażące uchybienia. Ładnie wyciągała wszystkie, czasem ekstremalnie wokalizy. Kolega Boro ubawiony był solidnie wyeksponowanym przez biały gorset wydatnym biustem wokalistki. Było więc dosyć wesoło obserwować jego entuzjazm, zdawało się że przynajmniej jemu nie przeszkadza nienajlepszy dźwięk.

Ja zapamiętam przede wszystkim dwa momenty - już jako druga pojawiła się moja ulubiona piosenka Faster, ale prawdziwy ogień pojawił się nieco później, gdy zespół bardzo przekonująco wykonał Iron. Świetny, gnający przed siebie z pełną mocą utwór, który nie zamierza się zatrzymywać - świetnie sprawił się na żywo w festiwalowych settingu. To był zdecydowanie mocny punkt godzinowego setu Within Temptation.

Pozostał już tylko jeden zespół przed gwiazdą wieczoru - Faith No More. Mój entuzjazm był mocno umiarkowany po średnio udanym koncercie, którego doświadczyłem rok wcześniej na londyńskim British Summer Time przed Black Sabbath. Zostałem jednak bardzo przyjemnie zaskoczony i muszę przyznać, że Faith No More wypadli świetnie. Zdecydowanie służy im, kiedy Mike Patton skupia się na muzyce, a nie na niesmacznych żartach. Rozumiem, że to muzyk z dużym ego, ale moda na aroganckie zachowanie skończyła się wraz z latami 90-tymi i dobrze, że FNM wreszcie zorientowali się, że jest już 20 lat później.

No i wreszcie ostatnia przerwa wieczoru - ta najdłuższa i zarazem ta najbardziej wyczekiwana. Scena tym razem skromniejsza niż w poprzednich latach - nie tylko nie powrócił snakepit, ale także zniknęła platforma z tyłu sceny, a zastąpił ją... Tłum metclubowiczów. Dałbym wiele, żeby spędzić koncert dokładnie za perkusją Larsa, ale spod sceny wygląda to po prostu niestety kretyńsko. Na szczęście pozostał duży ekran z tyłu sceny, tym razem w nie "pociętej" wersji i oczywiście to, co najważniejsze, czyli doskonały, brutalny, rozrywający wnętrzności na strzępy dźwięk!

Ustawiłem się jak zwykle w mojej od kilku lat ulubionej pozycji - czyli mniej więcej w połowie odległości między tylną a przednią barierką w sektorze pod sceną. Bardzo punktualnie z głośników zaczęło dobiegać It's a Long Way to the Top, a potem Ecstasy of Gold. Doświadczanie tego momentu nie znudzi mi się nigdy. Ten moment, kiedy wiesz, że czeka Cię coś absolutnie magicznego, co zapamiętasz do końca życia. Dwie i pół godziny spędzone z ludźmi, którzy znaczą dla Ciebie wszystko w świecie muzycznym, pomagali Twoim rodzicom Cię wychowywać, byli z Tobą w najtrudniejszych momentach i pomogli przetrwać do chwili obecnej - czasu celebracji życia i oczyszczenia duszy z brudów, które nazbierały się w niej od ostatniego gigu.

Zaraz po Ecstasy na scenie pojawia się zespół, Lars jak zwykle zaczepia się z fanami, a James poważnym i spokojnym głosem zapowiada, że przykro mu, ale musi poinformować, że... GIMME FUEL, GIMME FIRE, GIMME THAT WHICH I DESIRE! A więc zaczyna się jak Rock in Rio - od Fuel. Kawałek, za którym w sumie szczególnie nie przepadam, ale miło wreszcie zobaczyć inny otwieracz po 4 latach otwierania Hit the Lights. Potem jednak, zgodnie z listą Rock in Rio spodziewam się Mastera, a tutaj niespodzianka... Bellz! Pierwsza zmiana w setliście i to dosyć poważna (jeśli chodzi o kolejność utworów), już więc wiadomo że będzie się dziać! Uwielbiam, kiedy Bellz pojawiają się wcześnie w secie - to idealny kawałek na skakanie i darcie japy, póki ma się jeszcze na to siłę :) Do tego tak się sympatycznie złożyło że stoję w jednym rzędzie z kolesiami, którzy spędzają ten koncert w dokładnie taki sam sposób jak ja i wytworzyła się dosyć fajna synchronizacja ruchowa i człowiek z jednej strony nie zwraca uwagi na ludzi dookoła, a z drugiej strony fajnie jak inni dookoła też świrują pawiana. Ale w taki sposób, że nie przeszkadzają innym!

No i co będzie dalej? Długiej solówki Kirka brak, wszyscy stoją w gotowości, będzie King? Chyba nie, James w centralnym punkcie sceny w pełnym hetfieldowym rozkroku, wszyscy zwróceni w jego stronę, jakiż też kawałek może się zaczynać w tym momencie od Jamesa? I nagle słyszymy charakterystyczną zagrywkę... otwierającą Metal Militia!!! No to szczęka opada mi do samej ziemi, już wiadomo że będzie pełny rozpierdol jeśli chodzi o setlistę. Tego nikt się nie spodziewał!! Metal Militia, kawałek nie dość że rzadki jak cholera to jeszcze nigdy nie wykonywany tak wcześnie w secie! Nie mogę się pozbierać ale postanawiam korzystać z tej wiekopomnej chwili i takiego headbangingu nie odstawiłem chyba od pamiętnego koncertu Heya w Świnoujściu w 2006 roku, po którym przez 2 tygodnie nie mogłem ruszać głową w żadnym kierunku. Tuż za mną, zarówno po lewej jak i po prawej stronie wytwarzają się dosyć duże, klasyczne moshpity. A ja dokładnie w samym środku pomiędzy nimi. A Metallica gna przed siebie z prędkością światła i nie zamierza się zatrzymać. James nakurwia zwrotki na zmianę śmiesznym piskliwym głosikiem niczym wprost z roku 1982 i swoim obecnym, niskim morderczym growlem. Mieszanka doskonała, w dodatku zdaje się, że James ma nad tym wokalnym szaleństwem pełną kontrolę. Kolejna niespodzianka: po solówce chłopaki grają charakterystyczną, nieco połamaną zagrywkę, która była wycinana z tego utworu aż do, o ile mnie pamięć nie myli, jubileuszowych koncertów w Fillmore w 2011, kiedy to wykonywano pełne wersje normalnie skracanych utworów z Kill'em All.

Po Militia chwila na nabranie oddechu i pierwsza przemowa Jamesa. "Jeśli jeszcze nie zauważyliście, będziemy wrzucać piosenki których już od dawna nie graliśmy" - tak się składa, że zauważyłem!! Dawać!! No to cyk cyk cyk cyk i Kirk zaczyna jazgotliwe intro do King Nothing. Zgodnie z rozkładem z Rock in Rio, znakomicie! Pierwszy i ostatni raz usłyszałem ten utwór niemal dokładnie 9 lat temu, 31 maja 2004 roku w Chorzowie. A sam zespół od tamtej pory wykonywał King Nothing bardzo sporadycznie. Cóż dużo powiedzieć, kawałki z Loadów pasują do obecnego brzmienia Metalliki znakomicie i miło widzieć, że zespół coraz chętniej po nie sięga. Koncertowy killer, powinien być zdecydowanie częściej wykonywany, na przykład w rotacji z Memory.

W piątym slocie, jak zwykle przez ostatnie 9 lat spodziewałem się oczywiście ballady. A tu bez żadnej przerwy Lars nabija Disposable!! Szaleństwo trwa i mój kręgosłup szyjny znów w poważnym nadwyrężeniu. Jeden z moich ulubionych koncertowych kawałków, absolutny killer, w dodatku chłopaki nadal świetnie sobie z nim radzą. Ostatni raz słyszany przeze mnie na żywo w 2008 roku, i ogólnie tylko 3 razy - poza tym w 2007 i 2006 roku. Absolutna perfekcja i aż zaczynam zastanawiać się co będzie dalej, przecież oni za chwilę stracą wszystkie siły a ja razem z nimi!

Po Disposable wszyscy znikają ze sceny z wyjątkiem Kirka, który zapodaje klasyczne Kirk Doodle #1. Następnie światła gasną i także Kirku znika ze sceny i wiadomo że po chwili ciszy będzie ballada. "Tylko nie Sanitarium, tylko nie Sanitarium" - powtarzam sobie w głowie szukając jakiejkolwiek wskazówki, co będzie dalej. Statywu z gitarą akustyczną brak na scenie, chociaż pojawił się podczas soundchecku. Nie będzie więc The Unforgiven ani Fade to Black. Przerwa trwa, a sekundy ciszy wydłużają się w nieskończoność. Desperacko próbuję wypatrzyć któregokolwiek członka zespołu, żeby odgadnąć kolejny punkt setu. Gdzieś tam w ciemności widzę, jak Lars ukradkiem zasiada do perkusji. Reszty zespołu nadal brak, zaraz zaraz co jest grane? Nie ma takiej ballady, która zaczyna się od perkusji... Z wyjątkiem jednej, w której wszyscy zaczynają razem.. Zaraz zaraz, coś leci z głośników... Intro do Unforgiven!! Ale na scenie nadal brak gitary akustycznej... Nagle pojawiają się Rob, Kirk i James... ze swoim brązowym Explorerem!! Zaraz zaraz... Wykonają Unforgivena elektrycznie, jak na demie?? Nie, bez sensu... Te sekundy które trwa intro dłużą się w nieskończoność, milion myśli, przecież nie może być... Niemożliwe... JEB! Pierwszy powerchord wraz ze stopą i crashem. THE UNFORGIVEN II!!!

Nie, kurwa, napiszę to jeszcze raz: THE. UNFORGIVEN. II. Całe życie nagle mignęło mi przed oczami, a w każdym razie ten moment rok temu w Pradze, kiedy to na telebimie pokazały się ostateczne wyniki głosowania na Vote of the Day. Moje rozgoryczenie wówczas nie mogło być większe. Jedna z moich ulubionych piosenek Metalliki od samego początku. Tyle osobistych wspomnień. Nigdy nie wykonywana na koncertach i wykonana tylko raz na żywo - na rozdaniu nagród Billboard w 1997 roku. Wydawało się, że jeden z tych utworów, których zespół nigdy nie wykona na żywo, o ile fani ich do tego nie zmuszą. Oto jedyna taka okazja w całym życiu przepadła. Nigdy nie usłyszymy tego utworu na żywo, pora się z tym pogodzić. A Metallica już zawsze będzie grać na festiwalach hiciory, bo tego chcą fani.

THE UNFORGIVEN II. Po raz pierwszy na koncercie. 18 lat po premierze Reload. Setki, a może tysiące odsłuchań. Najpierw na kasecie magnetofonowej w moim poczciwym walkmanie Sony, potem w przenośnym odtwarzaczu CD, potem z Winampa. I wreszcie na żywo. Po raz pierwszy, ale nie z livemetki, nie z youtube, jestem tutaj i doświadczam tego epickiego momentu. Bez wątpienia, najlepszego mojego osobistego momentu kiedykolwiek podczas koncertu Met. A miałem jechać do Wiednia na czwarty koncert z rzędu, ale nie, nie wyszło, nikt nie chciał jechać... To zmieniłem plany i poleciałem do Gelsenkirchen, licząc, że zaskoczy mnie setlista. Oj zaskoczyła. Rozczarowanie sprzed roku zostało w pełni wynagrodzone. Ten pierwszy power chord zabrzmiał tak potężnie, tak majestatycznie, to był najbardziej upragniony dźwięk jaki chciałem usłyszeć. Nie umiem opisać słowami emocji, jakie mi wtedy towarzyszyły, to było jak powrót do domu po wygranej wojnie. Udało się, dokonaliśmy tego. Głosowaliśmy na Unforgiven II rok temu, zespół zmuszony był nauczyć się utworu. Dostrzegł, że w wielu krajach utwór plasował się tuż poniżej zwycięskiej dwudziestki. Chcieli odświeżyć setlistę i oto nadażyła się doskonała okazja: nowość w slocie balladowym. Jedna z najrzadszych piosenek, jednocześnie najbardziej pożądanych przez fanów, wielki hit w latach 90-tych, niewykonany na żywo od niemal 20 lat.

Wpadam w taką euforię, że nie wiem co mam ze sobą zrobić. Pomimo tego, że jestem stanowczym przeciwnikiem nagrywania koncertów telefonem, postanawiam uwiecznić ten moment, wyciągam więc telefon, aby uwiecznić ten zwycięski moment i móc później zobaczyć go dokładnie z tej perspektywy, z jakiej go doświadczam. Ręka tak mi się jednak trzęsie z emocji jakbym dostał ataku padaczki i nawet optyczna stabilizacja Nokii nie pomogła. Pamiętam każde słowo i wykrzyczałem (bo trudno nazwać to śpiewem) je tak głośno, że mocno popsułem dźwięk w swoim filmiku. Ale nieważne. To jeden z najbardziej spektakularnych momentów całego mojego życia. Warto było :)

Sama piosenka wypadła fantastycznie. Brzmieniowo dobrze pasuje do obecnej kondycji zespołu, zwłaszcza nisko śpiewane przez Jamesa zwrotki. W refrenach zaś całkiem skutecznie Hetfield przełącza się w odpowiednich momentach na swój agresywny, brudny wokal. Sporym zaskoczeniem jest fakt, że James nie używa do tej piosenki charakterystycznej gitary B-Bender Telecaster, zamiast tego sięgając po sprawdzonego Explorera. Zabrakło więc charakterystycznego brzmienia czystych fragmentów rytmicznych, ale muszę przyznać, że zupełnie mi to nie przeszkadza, bo uwielbiam brzmienie brązowego Explorera i w ogóle brakuje mi tej gitary w koncertowej wersji Fade to Black. Do tego zespół nie wyciął z piosenki ostatniej zwrotki, jak to miało miejsce podczas wykonania w 1997 roku. Pełna wersja utworu w swojej pełnej glorii i chwale!

Mówiąc szczerze to po Unforgiven II ten koncert mógłby się już skończyć, mogliby go przerwać i odwołać, mogłoby paść nagłośnienie, nie przejąłbym się tym. A my przecież nawet nie jesteśmy jeszcze w połowie setu! Przyszedł więc czas na coś z Death Magnetic - a konkretniej, Cyanide. W sumie sympatycznie, lubię ten kawałek, chociaż trochę mi się przejadł, bo jest wykonywany bardzo często. Następnie Lords of Summer - które siłą rzeczy słyszałem na żywo tylko raz, bo piosenka zadebiutowała na zeszłorocznej trasie. Od tamtej pory przeszła bardzo drobne szlify, głównie solo Kirka. Dosyć dobrze brzmi na żywo, ale widać że po mega intensywnym początku para zaczyna bardzo drastycznie uciekać z zespołu, podobnie jak ze mnie. W zasadzie to w tym momencie już włączył mi się tryb paralityka, wszystkie mięśnie, ścięgna, stawy i kości zaczęły bunt po tym, co im wyrządziłem podczas Metal Militia i Disposable Heroes.

Potem Sad But True zakończone solem basowym i zespół po raz kolejny uśpił moją czujność. Jestem już przekonany, że setlista będzie już do samego końca wypełniona standardami. Szybko uzmysłowiono mi, że się mylę. Kolejne intro z taśmy... To brzmienie perkusji... To Justice! Ale zaraz, nie... To nie tytułowy kawałek... Znów coś innego... (wszystkie te myśli trwały ułamki sekund, bo w sumie po jakichś 2 sekundach zorientowałem się, do którego kawałka należy intro) Toż to FRAYED ENDS OF SANITY!!! Poważnie??? Po tym wszystkim?? Po Metal Militia, Disposable, Cyanide, Lords of Summer teraz jeszcze Frayed Ends?? Po UNFORGIVEN II??? Ano tak. Ale zostałem skutecznie wyprowadzony w pole na 2 sekundy - bowiem ten jeden raz, kiedy rok temu wykonali Frayed Ends w Helsinkach, intro było także zagrane na żywo.

Zespół zdaje się być naprawdę już solidnie zmęczony i ucierpiało na tym nieco wykonanie Frayed. Oczywiście zachwycony jestem faktem, że mogę doświadczyć tego utworu na żywo i że setlista jest naprawdę niewyobrażalnie odświeżona, to jednak trudno było nie dostrzec dwóch dosyć solidnych wtop. Pierwsza to charakterystyczny moment w niedorzecznie długiej instrumentalnej części, kiedy to przed pierwszą solówką na chwilę milkną wszystkie gitary, a Lars zapodaje mini-solo-przejście, które wprowadza w drugą część utworu. Przejście to jest dosyć proste, a jednak Larsowi poplątały się ręce. Na szczęście zespół się nie pogubił.

Pogubił się za to kilka minut później, już w końcowej fazie, kiedy to w nieskończoność zmieniają się riffy i pełno jest pułapek w postaci nagłych przesunięć podziału. Szczerze mówiąc, to do dziś nie wiem dokładnie co tam się wydarzyło. Wydaje mi się, że Lars najpierw nie zaakcentował zmiany podziału i reszta nie zaczęła grać zmienionego riffu. Efekt jest taki, że w pewnym momencie James zaczyna improwizować, Kirk gra tylko prosty riff na niskiej strunie E i po chwili wszyscy przestają grać z wyjątkiem Larsa, który w ogóle zdaje się nie zdawać sprawy z całej sytuacji i odwrócony jest w drugą stronę. Bardzo uważnie przypatruję się temu, jak teraz wszechpotężna Metallica wyjdzie z tej sytuacji. Co najzabawniejsze, niemal identyczną wtopę dokładnie w tym samym miejscu utworu zaliczyliśmy kilka lat temu grając Frayed Ends po raz pierwszy z Mikotą.

Ostatecznie James trochę cofa się w utworze i zaczyna całą pętlę riffów jeszcze raz i potem jakimś cudem wszyscy już pamiętają, w którym momencie co grać. I szczęśliwie zespół dociera do samego końca. Ale magia chwili gdzieś już trochę uleciała, Lars wyraźnie poddenerwowany. Po tym, jak normalnie kończy się utwór, Lars nabija i zespół jeszcze raz gra intro. Ta sekcja wyszła im zupełnie pospiesznie i nieprzekonująco. Wszystko było zaaranżowane tak, aby potem publika dalej śpiewała złowieszczą melodię, niczym w Memory, ale nie za bardzo wyszło. Zdecydowanie był to element koncertu, który należało doszlifować.

Potem jednak zespół wchodzi w swoją strefę bezpieczeństwa - One i Master. Brakuje tylko efektów pirotechnicznych na One, chociaż lasery także dają fajny efekt (najbardziej jednak brakuje eksplozji zaraz po "landmine"). Po Masterze jednak kolejna niespodzianka - kolejne intro z taśmy, tym razem Damage Inc.! Muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się prosty efekt, jakim się posłużono - czerwone reflektory w bardzo fajny sposób zsynchronizowane są z narastającymi brzmieniami basu Cliffa. Moment ten sprawił, że wpadłem w chwilę zadumy myśląc o Cliffie.

Sam Damage zaś... Jak dotąd słyszałem ten kawałek na żywo jedynie 2 razy - w Berlinie w 2006 roku i w Pradze w 2008. Kolejny doskonały kawałek do opętańczego headbangingu, ale tryb paralityka mam już aktywowany w pełnej mocy, więc jedynie rytmicznie kiwam głową.

Dalej Kirk Doodle #2 a na scenie pojawia się gitara akustyczna... Szansa na pierwszego Unforgivena w tej sytuacji jest raczej mała, a więc... Tak, Fade to Black - zamiast Nothinga! Zupełnie jak w 2011. A więc to nie koniec niespodzianek w secie, myślę sobie. Po Fade zaś bezpośrednio nabicie do Seeka! Czyżby koncert bez NEM i Sandmana? Pierwszy od 2008 roku? To by było coś.

Póki co jednak kończy się główny set i chłopaki żegnają się wstępnie z publicznością. Wiadomo jednak, że to tylko takie żarty i po paru minutach przerwy i ciszy wracają na scenę i zaczynają grać... Blitzkrieg!! Niestety, to tylko jam, a szkoda, bo ostatni raz kawałek ten usłyszałem na żywo w 2008 roku!

Lars jednak stanowczo nabija i leci festiwalowy faworyt - Creeping Death. Lubię ten kawałek, chociaż wolałbym, że otwierał setlistę. Lepiej brzmi, kiedy chłopaki są jeszcze w pełni sił. Po Creepie coś, co w setliście figuruje pod tajemniczym oznaczeniem ***6*6*6*** - a jest to nic innego, jak zmyślny pomost między Creepem a Nothingiem - pierwsze 6 dźwięków Nothinga grane jako power chordy i akcentowane przez cały zespół dokładnie 3 razy.

A więc jednak nie obeszło się bez Nothinga, a także Sandmana, który został zagrany jako ostatni numer. Tylko Lars trochę zaszalał i zamienił kolejność, żeby było inaczej. No cóż, Sandman już zamykał koncerty, choćby w 2003 roku, więc nie było to nic nowego. Trochę tylko dałem się nabrać, bo sądziłem, że Seek zamykający główny set oznacza, że w bisach usłyszymy jeszcze jakies niespodzianki, ale i tak nie byłem rozczarowany. Tak czy owak, doświadczyłem absolutnie spektakularnej setlisty i dobrze zrobiłem, że wybrałem się na pierwszy koncert na trasie, bo niespodzianka była jeszcze większa.

W czasie tych 13 lat jeżdżenia na koncerty zaliczyłem w sumie 17 koncertów Metalliki i doświadczyłem olbrzymiej różnorodności w setlistach. 71 różnych piosenek, w tym takie rarytasy, jak Commando, The Small Hours, The New Song, Trapped Under Ice, The Unnamed Feeling, Hell and Back, Dyers Eve... Nic jednak nie mogło przygotować mnie na to, czego doświadczyłem 29 maja 2015 roku w Gelsenkirchen. Kawałek, który chciałem usłyszeć na żywo najbardziej i przez 15 lat byłem absolutnie pewny, że nigdy przenigdy się to nie stanie. A jednak... Marzenia się spełniają, a Metallica to zespół, który nigdy nie przestaje zaskakiwać! W tej sytuacji nie przeszkadza mi nawet brak nowego albumu, nie przeszkadza mi to, że głosowanie fanów zakończylo się fiaskiem, nie przeszkadzają mi różnorakie niedoskonałości ich występów na żywo. Tym jednym gestem, tą jedną piosenką, tym jednym koncertem odkupili u mnie wszystkie swoje "grzechy".

Pytanie - co teraz? Na mojej wielkiej liście świętych graali były 3 utwory: The God That Failed, The Unforgiven II i The Oultaw Torn. Pozostał już tylko ten ostatni. No i oczywiście nowy album, który mam nadzieję że któregoś dnia nareszcie nadejdzie. Póki co jednak - niecierpliwie wyczekuję koncertu na festiwalu w Reading, bo muszę usłyszeć na żywo The Unforgiven II jeszcze co najmniej raz.