TAYLOR SWIFT
27.06.2015
Hyde Park
London
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
27.02.2016

Gdy tylko ogłoszono, że headlinerem "popowego dnia" na tegorocznej edycji festiwalu Barclays British Summer Time w Hyde Parku będzie Taylor Swift, nie było wątpliwości, że idziemy! Tym bardziej, że nie skorzystałem z poprzedniej okazji, gdy w lutym 2014 Taylor zagrała pięć koncertów w O2 Arenie, promując album Red. Wówczas jednak dopiero zacząłem nieśmiało zapoznawać się z jej twórczością i podobało mi się raptem kilka piosenek, a w sumie to jedna mi przypadła do ucha (ta, w której beczy jak koza). Nie czułem więc aż tak dużej potrzeby, by doświadczyć jej koziej magnificencji osobiście.

Uznałem, że festiwal w Hyde Parku to doskonała okazja, tym bardziej, iż rok wcześniej świetnie bawiłem się na spektakularnym line-upie dnia rockowego: Black Sabbath, Soundgarden, Faith No More i Motörhead. Błędnie jednak założyłem, że skoro to ten sam festiwal w tym samym miejscu, tylko rok później, to organizacyjnie będzie to wyglądać podobnie i można wykorzystać doświadczenie zdobyte rok wcześniej. Nic bardziej mylnego. Byłem już na stu iluś koncertach, od zadymionych klubów na 20 osób, po największe stadiony, ale nic nie było w stanie przygotować mnie na mój pierwszy koncert obecnej światowej gwiazdy pop nr 1.

Taylor wówczas niewątpliwie nią była, a jej nowy album 1989 bił wszelkie rekordy sprzedażowe. Ponadto był to jedyny koncert w Londynie na tej trasie i zaledwie jeden z trzech w Anglii. Przyjęto bowiem zasadę, że gramy tylko wielkie koncerty (głównie stadiony i kilka festiwali) i kończymy trasę, zanim zdążymy się zmęczyć i zaczniemy odwalać kaszanę. Efekt był spektakularny - wyprzedano Hyde Park, do którego wpuszczono 65000 ludzi. W dodatku większość z tych ludzi przyszła na miejsce dosyć wcześnie. Tłok jak na Papieżu.

Dlatego moje założenie, że jeśli przybędziemy na miejsce o podobnej godzinie, co rok temu na Black Sabbath, to podobnie jak wtedy, spokojnie podejdziemy sobie pod scenę i będzie można nawet sobie wychodzić siku między koncertami. Nic z tego. Zjawiliśmy się przed setem Johna Newmana i ludzie byli już tak gęsto upchani, że samo dojście do bramek sektora pod sceną zajęło nam jakieś pół godziny. Gdy do nich dotarliśmy, zauważyliśmy, że do środka wchodzą jedynie ludzie z magicznymi, niebiesko-białymi opaskami. Nikt nie oferował nam sprzedaży biletów, które byłyby droższe i zawierałyby w pakiecie takie opaski, co wydawało się naturalną rzeczą w tej sytuacij, więc nieco się zdenerwowałem. Miły murzyński ochroniarz wyjaśnił mi, że opaski dostali pierwsi ludzie, którzy się tam zjawili i nie było już żadnych szans, aby je zdobyć. Rozczarowani tym stanem rzeczy, oddaliliśmy się w poszukiwaniu dogodnego miejsca, by podziwiać koncert z drugiego sektora.

John Newman grał jeszcze w pełnym słońcu, ale nic dziwnego, w końcu dopiero zaczęło się kalendarzowe lato. Znałem jego jedną piosenkę, bo była regularnie grana w miejscu, w którym wówczas zaprzedawałem swoją godność, by osiągać korzyści materialne. Co uczyniło mnie perfekcyjnie przygotowanym na jego set, bo okazało się, że wszystkie pozostałe piosenki brzmiały tak samo. Nie jestem w stanie napisać nic pozytywnego o tym występie. Może tylko tyle, że mogło być gorzej? Mogła to być gejowska burleska. Na szczęście było tylko gejowsko. Nie mam pojęcia, dla jakiego odbiorcy przeznaczony jest ten artysta. Na pewno nie dla konesera muzyki, bo ta jest tu płaska niczym klatka piersiowa Calisty Flockhart. Facet zachowuje się zbyt gejowsko, by porwać heteryków i kobiety, ale też zbyt męsko, by porwać gejów.

Ellie Goulding grała także w pełnym słońcu, ale już takim bardziej pomarańczowym, zachodzącym. Próbowałem się wcześniej oswoić z jej repertuarem, ale nieszczególnie mi się to powiodło, może dlatego, że czułem przesyt jej piosenkami, gdyż te także w nadmiernych ilościach nadawane były w moim ulubionym miejscu pozyskiwania funtów. Studyjne nagrania jej piosenek nie były w stanie mnie zauroczyć. Odbijałem się od trochę zbyt sterylnej elektroniki i od strasznie... piskliwej (? ...z braku lepszego słowa) barwy głosu. Na koncercie natomiast mnie absolutnie zauroczyła. Przede wszystkim bezpretensjonalnością, ciepłym i naturalnym zachowaniem na scenie. Ale także zdecydowanie bardziej organicznym i przestrzennym brzmieniem, zarówno w warstwie intrumentalnej, jak i wokalnej. Niewiem czego był to skutek, ale jej głos brzmiał jakoś tak... przystępniej, głębiej, cieplej, nie tak szorstko jak w radiu. Tak było np. w przypadku charakterystycznego I Need Your Love. Najbardziej natomiast podobała mi się najnowsza piosenka Powerful.

Taylor zaczyna... w pełnym słońcu, ale już takim bardzo późnym, także niedługo zacznie się robić ciemno. Ekscytacja jest ogromna, a w głowie ciągle powtarza się pytanie, czy to rzeczywiście będzie koncert godny obecnej królowej popu? Show zaczyna się oczywiście od intra, wyeksponowanego na olbrzymich telebimach, dzięki czemu mamy możliwość zobaczyć coś także stojąc 20 km od sceny. Na ekranach widzimy animację przedstawiającą światła dużego miasta w nocy, a z głośników dobiega intro do Welcome to New York. Na scenie najpierw pojawiają się tancerze, następnie centralnie z tyłu Taylor i wyśpiewuje otwierającą frazę z refrenu piosenki, po której następuje pauza, aby zgromadzone pod sceną dziewczynki mogłby się napiszczeć.

No, przesadzam, nie jest tak źle, publiczność jest solidnie wymieszana tak pod względem płci, jak i wieku. Ale oczywiście można zauważyć pewną tendencję, że większość to jednak osobniczki płci pięknej i to tak umiarkowanie tknięte zębem czasu. Ale też nie było tak jak na koncertach naszej rodzimej Ewuni, że się człowiek czuje jak w przedszkolu. Myślę, że zwłaszcza nowym albumem Taylor zdobyła sobie wielu starszych fanów, w końcu muzycznie w wielu miejscach nawiązuje do czasów, które pamiętają jedynie tacy starcy jak ja.

Welcome to NY to umiarkowanie spektakularne otwarcie koncertu, ale kawałek otwiera także płytę, więc nie dziwne, że został wybrany na otwieracz. To jednak dopiero rozgrzewka. Taylor zrzuca błyszczącą marynareczkę i już drugim kawałkiem show rozkręca się na dobre - New Romantics. Jeden z najlepszych kawałków na albumie, aż dziw, że został odrzucony z podstawowej wersji albumu (to jeden z trzech "bonusów"). Po Shake It Off to najbardziej taneczny kawałek na płycie i absolutnie bezpretensjonalny, pewny radiowy hicior.

Parę słów o oprawie koncertu. Mamy dosyć sporą scenę, od której prostopadle odchodzi szalenie długi wybieg, przedzielając widownię będącą bezpośrednio pod sceną na dwie części. Taylor biega po nim niczym modelka na... wybiegu, podnosząc wysoko kolana i obijając sobie tyłek piętami. Oczywiście co kilka kawałków zmienia fatałaszki, stroi uwodzicielskie miny i tarza się w przedziwnych pozach w towarzystwie tancerzy, niestety są nimi wyłącznie faceci więc żadna to atrakcja.

Trzecim kawałkiem jest największy hit Taylor wszech czasów, czyli Blank Space. To wzorowa piosenka pop, której nie sposób nie polubić i nie nucić wraz z wokalistką każdego refrenu. Na scenie pojawiają się jakieś dekoracje, ale nie dzieje się nic co zapadłoby mi na dłużej w pamięć. Taylor pojawia się w nowym fatałaszku prezentując w pełnej obfitości swoje warte 40 milionów dolarów nogi. Szkoda tylko, że co i rusz zasłaniają je tancerze.

Warto w tym miejscu nadmienić, że rzadko która piosenka zaprezentowana zostaje w wersji znanej z albumu. Doskonałym przykładem jest właśnie ciekawy motyw w segmencie z mostkiem poprzedzającym ostatni refren - użyto zapętlacza sekwencji wokalnych, z którego na żywo skorzystała Taylor, nakładając na siebie różne partie wokalne, chórki, okrzyki a następnie śpiewając ostatnią partię mostka w harmonii z samą sobą. Wyszło to całkiem ciekawie, zwłaszcza jak na wokalistkę, której śpiew wcale nie jest najmocniejszą stroną.

Po największym hiciorze przyszedł czas na piosenkę, która sprawiła, że po premierze Red w końcu przekonałem się, by poświęcić Taylor nieco więcej czasu. Mowa o bardzo udanym I Knew You Were Trouble, które bardzo zgrabnie połączyło melodyjny pop z popularnym wówczas dubstepem. Oczywiście piosenka doczekała się miliona remiksów i także w odmienionej wersji została zaprezentowana tutaj. Już intro zwiastuje coś niezwykłego: Taylor siedzi na scenie oparta o tancerza i śpiewa refren bardzo powoli i o 18 oktaw niżej, niż na albumie. W niczym nie przypomina tej kozy którą znamy z internetowego filmiku.

Piosenka wypada spektakularnie, pojawia się pirotechnika, a Swift robi pełny użytek z długiego niczym jej nogi wybiegu. Chociaż na pewno wszystko to robiłoby znacznie większe wrażenie, gdyby się było w bezpośredniej odległości od sceny, która oświetlona byłaby reflektorami, a nie wciąż mocno świecącym słońcem. Po niezwykle mocnym, czterokawałkowym otwarciu przychodzi czas na nieco słabszy segment koncertu - te nudniejsze piosenki z 1989: I Wish You Would i How You Get the Girl. Chociaż poziom ekscytacji nieco podnosi fakt, że Taylor pojawia się w nowym fatałaszku: różowej sukience, a towarzyszą jej tancerze z parasolami, gdyż w naszym scenicznym Nowym Jorku się rozpadało.

Na scenie robi się bardzo teatralnie: pojawia się mnóstwo drzwi, z jednych z nich wychodzi Taylor w nowym fatałaszku (takie białe portki, topik i sympatyczne czarne buciki ponad kolana - sorry, nie jestem specjalistą od fachowej nomenklatury w tym temacie :)). Słyszymy jedną z bezwzględnie najlepszych piosenek na płycie - I Know Places, która aż dziw, że (jeszcze?) nie została singlem.

Następnie znów nieco nudniejszy muzycznie segment - All You Had to Do Was Stay i You Are in Love. Podczas tej drugiej piosenki diametrialnie zmienia się setting: Taylor pojawia się na wybiegu ze swoją gitarą akustyczną, milknie zespół, znikają tancerze, znika produkcja. No, może z wyjątkiem wybiegu, którym niczym dźwig podnosi się i wznosi Taylor nad publiczność. Po chwili zaczyna się do tego obracać, dzięki czemu jest (prawie) na wyciągnięcie ręki (brakuje już tylko 18 km).

You Are in Love to średnia piosenka, ale bardzo zyskuje fantastycznie zaaranżowanym wspólnym zaśpiewom refrenów z publiką - która wtóruje Taylor po każdej frazie jako chórek, śpiewający każdą linijkę tekstu tak, jakby było to echo. Efekt doprawdy ujmujący i jest do zdecydowanie jeden z najbardziej pamiętnych momentów całego gigu.

Następnie Taylor porzuca gitarę, ale pozostaje na czubku wzniesionego nad ziemię wybiegu, by wykonać kolejny spokojny utwór - Clean. Piosenka poprzedzona zostaje jedną z kilku tego wieczoru długich przemów, na jakie sobie pozwoliła. Nie są to jednak takie zwykłe "jak się bawicie, Londyn?". To przemyślane, dobrze wyuczone przemówienia, mocno zahaczające o coaching motywacyjny. I nawet, jeśli Taylor każdego wieczoru wygłasza te same przemowy słowo w słowo, to kłaniam się nisko, bo brzmieć w niech autentycznie, spontanicznie i przekonująco trzeba potrafić. A ona potrafi wygłosić te kilka w sumie banalnych słów w taki sposób, że człowiek słuchając ich zastanowi się po raz kolejny nad kilkoma sprawami i poczuje się tak, jakby ta warta setki milionów dolarów osoba na piedestale rzeczywiście odrobinę troszczyła się o samopoczucie każdej z 65000 zgromadzonych pod sceną osób. Nawet jeśli jest to iluzja, to bardzo udana.

O piosence niestety nic nie napiszę, bo jest to jeden z tych kawałków, które zupełnie nie zapadają w pamięć. Trochę lepiej było chwilę później: Taylor zapodaje melodyjkę na organkach i słyszymy jedyny tego wieczoru utwór sprzed albumu Red: Love Story z wydanego w 2008 roku Fearless.

Następnie wracamy na "ziemię", tj. na scenę, gdzie zaczyna się wreszcie bardziej energetyczny, wręcz rockowy segment: Bad Blood i nieco męczące We Are Never Ever Getting Back Together, tutaj właśnie w bardziej przyjemnej, rockowej aranżacji. Taylor pokazała się nawet z gitarą elektryczną (która nawet niby była podłączona, bo przed piosenką Swifciunia zapodała grunge'ową zagrywkę i kilkoma przyjemnymi wokalizami wprowadziła tę bardzo irytującą z właściwej piosenki) i zatrzepała kilka razy czupryną.

Kolejnym kawałkiem jest Style, podczas którego Taylor pojawia się na scenie w eleganckiej, błyszczącej, acz oczywiście odpowiednio krótkiej sukience. Podczas tego niestety bardzo nijakiego kawałka piosenkarka zaprasza na scenę gości, którzy towarzyszą jej na wybiegu. W edycji londyńskiej były to w większości nazwiska nic mi nie mówiące, więc ograniczę się tylko do jedynej osoby, którą rozpoznałem: Serena Williams. Reszta to były chyba jakieś słynne modelki, czy coś takiego, ale ja się na tym nie znam. W każdym razie, psiapsiółeczki Taylor :)

Po Style jeszcze jedna spokojna piosenka, This Love, a po niej nadchodzi pomału wielki finał. Na pierwszy ogień jeden z najbardziej udanych utworów na 1989, czyli Wildest Dreams, ciekawie zmiksowany tutaj z obszernymi fragmentami z Enchanted z wydanej w 2010 roku płyty Speak Now (i jest to jedyny fragment muzyki z tej płyty, jaki słyszymy tego wieczoru). Tylko Taylor i pianinko na pierwszym planie - trzeba przyznać, że ona jednak potrafi dobrze zaśpiewać na żywo, tylko musi się skupić. Jednoczesne fikanie koziołków z tancerzami ewidentnie temu nie sprzyja.

Muszę przyznać, że to jeden z bardziej majestatycznych fragmentów tego koncertu - szczęśliwie zrobiło się już ciemno i zarówno oprawa świetlna, jak i świecące rytmicznie silikonowe bransoletki na rękach publiczności stworzyły niesamowitą atmosferę. Na hali lub stadionie z ludźmi rozprzestrzenionymi wertykalnie wyglądałoby to jeszcze lepiej.

Przedostatnim kawałkiem jest Out of the Woods, za którym specjalnie nie przepadam, zwłaszcza ze względu na monotonne, powtarzające się w nieskończoność zaśpiewy refrenowe (tutaj jeszcze dodatkowo przedłużone na koniec i śpiewane przez chórzystki). Taylor też w najmniej ciekawym kombinezoniku, taka cała ubrana od stóp do głów w pstrokate świecące beżowe wdzianko. Żeby chociaż nóg nie zostawić na wierzchu? :(

Dotarliśmy do wielkiego finału. Charakterystyczny, dynamiczny beat rozpoczął ostatnią piosenkę: Shake It Off. To absolutnie najmocniejszy fragment koncertu i najdoskonalszy zamykacz, jaki można było na tę trasę wybrać. To także tego kawałka, obok I Knew You Were Trouble, wyczekiwałem najbardziej, bo całkiem zasłużenie Taylor miała tutaj wielki hicior, z moim zdaniem jednym z najlepszych kawałków w historii muzyki pop. Nawet znacznie popularniejszy Blank Space nie dorasta mu do pięt.

Taylor wraz z tancerzami wchodzi na parkiet, który ponownie unosi się nad ziemię i obraca wokół własnej osi w tym spektakularnym finale, pełnym radości, eksplozji, konfetti, kolorów, uśmiechów i głupawego tańca. Ale właśnie o to chodzi w tej piosence - aby strzępnąć z siebie okruchy codzienności, tego co nas dręczy i męczy i po prostu bezmyślnie, infantylnie pokręcić tyłkiem do tej fantastycznie wesołej piosenki. 10/10.

Dodatkowym smaczkiem było wydłużenie kawałka o instrumentalną kodę, w trakcie której Taylor pożegnała się z publiką, przedstawiła tancerzy i zespół, a muzycy mieli swoje "solówkowe" momenty. W powietrzu unosi się konfetti, na telebimach kolorowo, piosenka i zabawa wydają się nie mieć końca, podczas kiedy Taylor schodzi ze sceny co i rusz odwracając się w kierunku publiki i machając do niej. Jedno z najbardziej spektakularnych zakończeń koncertów, jakie widziałem i tutaj nie przeszkadza nawet duża odległość od sceny, atmosfera udziela się wszystkim.

Mieszane uczucia towarzyszyły mi, kiedy opuszczałem zatłoczony jak nigdy wcześniej Hyde Park. Z jednej strony, pomyślałem, że to taki koncert, na który człowiek raz się wybierze i mu wystarczy. Z drugiej strony, dopiero drugi raz znajdowałem się aż tak niedorzecznie daleko od sceny, że aż przydałaby mi się lornetka. Siłą rzeczy ciężko w takiej sytuacji o pełną immersję, gdyż nie sposób zapomnieć o tych wszystkich ludziach, którzy są dookoła i oddać się zabawie. Więc w sumie fajnie by było wybrać się jeszcze raz, ale do hali i znaleźć się pod samą sceną. Wówczas z pewnością doświadczenie to byłoby pełniejsze.

A tak... Wrażenia były bardzo nierówne. Na scenie niby wiele się działo, ale nie było to nic, co człowiek zapamiętałby do końca życia. Fajny był patent z latającym wybiegiem, ale nic poza tym. Wszystkie choreografie, scenografie i animacje na telebimie nie wyróżniały się niczym specjalnym. Tutaj wygrywa Katy Perry - mimo że Prismatic World Tour utrzymana była w zupełnie innej stylistyce, tam po prostu roiło się od ciekawych pomysłów, kostiumów, choreografii i animacji i praktycznie każda piosenka zawierała jakiś element, który zapadał w pamięć na długo po opuszczeniu hali. Spodziewałem się równie mocnego kopa na jednym z największych koncertów na największej trasie koncertowej największej artystki na świecie promującej swój największy album w karierze.

Koncert uratowały te najlepsze utwory: Shake It Off, New Romantics, I Knew You Were Trouble, Blank Space, I Know Places, Wildest Dreams i dzięki ciekawemu pomysłowi You Are in Love. Zagrano prawie całe 1989 w wersji Deluxe (z wyj. Wonderland) i to niestety zaszkodziło temu koncertowi - pozostałe kawałki to typowe wypełniacze, o których nikt nie będzie pamiętał po zakończeniu trasy. Można było zamiast nich dorzucić ciekawsze piosenki z poprzednich albumów, takie jak Treacherous, Red, You're Not Sorry, bo przecież zawsze na takich koncertach pojawiają się ludzie, którzy widzą danego artystę pierwszy raz i chcą usłyszeć też starsze hity. No cóż, może na następnej trasie.

Mimo wszystko wybrałbym się na ten koncert jeszcze raz, ale tym razem upewniłbym się, że jestem pod samą sceną, nawet jeśli miałbym od świtu męczyć się w kolejce złożonej z małych dziewczynek. Może wówczas doceniłbym w pełni walory produkcyjne tego show, bo nawet tak długie nogi z takiej odległości wydają się zbyt krótkie. Shake It Off rozniosło Hyde Park na strzępy (na pewno nawet licznie zamieszkujące tutaj wiewiórki trzepały kitami), ale póki co Katy Perry wygrywa jeśli chodzi o spotkania na szczycie muzyki pop.

Taylor Swift można lubić mniej lub bardziej (no dobra, są też tacy, którzy twierdzą, że jej nie lubią), ale będąc fanem ogólnie pojętej muzyki trzeba zobaczyć ją na żywo co najmniej raz. Jakaż lepsza ku temu okazja, niż celebracja największego sukcesu w jej całej karierze? Taka impreza zwyczajnie już się nie powtórzy, niezależnie od tego, jak dobry będzie jej następny album.

 

blog comments powered by Disqus