PVRIS
29.08.2015
Richfield Avenue
Reading
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
14.03.2016

Nie przepadam za wielkimi festiwalami, ale Metallica i Charli XCX w line-upie w tym samym dniu Reading Festivalu wystarczyły, bym podjął decyzję o wybraniu się po raz pierwszy na legendarny brytyjski festiwal. Przed wyjazdem zalecono mi, bym sprawdził także występ zespołu PVRIS, o ile zjawię się na miejscu odpowiednio wcześnie. O zespole tym nie wiedziałem wówczas kompletnie nic, zwrócono mi tylko uwagę na to, bym nie zniechęcił się nieszczególnie atrakcyjnym wyglądem wokalistki.

Na miejscu zjawiłem się na tyle wcześnie, że zdołałem obejść wszystko dookoła, posilić się sympatycznym burgerkiem oraz skorzystać z toalet. Przeszedłem się także pod główną scenę, gdzie akurat grało Pierce the Veil. Muszę przyznać, że nieco zaskoczyło mnie, jak świetnie wszystko było zorganizowane. Zawsze przerażały mnie takie gigantyczne festiwale z dziesiątkami hektarów pól namiotowych dookoła. Okazało się, że była to jedna z najlepiej zorganizowanych i "uporządkowanych" imprez masowych, na jakich byłem. W ogóle nie odczuwało się tego, że na festiwal przybyło w sumie ok. 90.000 ludzisk. Pod tym względem festiwal wypadł o wiele lepiej, niż ten burdel w Hyde Parku podczas koncertu Taylor Swift.

Występ PVRIS miał odbyć się w jednym z najmniejszych namiotów na festiwalu, na scenie The Pit (a scen było w sumie 8, a może nawet 9 - już nawet dokładnie nie pamiętam, a wiem że jeszcze na kilka dni przed dodawano kolejne sceny i artystów). Koncert rozpoczął się ze sporym opóźnieniem (30-40 minut), ale bardzo licznie zgromadzonym fanom to nie przeszkadzało. Jeszcze przed rozpoczęciem koncertu jasne było, że PVRIS to zespół zbyt popularny na The Pit, gdyż namiot nie był w stanie wszystkich pomieścić i sporo osób stało "na zewnątrz". Ja sam zająłem miejsce przy jednym z "filarów", jako że wówczas jeszcze nie znałem zupełnie tego zespołu i nie miałem natchnienia, by się pchać pod scenę, tym bardziej, że czekało mnie jeszcze sporo atrakcji i chciałem zaoszczędzić siły na Charli i Metallikę, których koncertów nie potrafię spędzać w spokoju :)

Gdy zespół pojawił się na scenie, od razu uwagę przykuła intrygująca wokalistka i liderka Lynn, która wyskoczyła na scenę z gitarą. Mimo sporej odległości od sceny mogłem się jej solidnie przyjrzeć, gdyż nawet w tym małym namiocie zadbano o telebimy (wprawdzie były niewielkie, a jakość obrazu jak i ogólna produkcja pozostawiały sporo do życzenia, ale i tak pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że się o nie postarano). Okazało się, że wizualnie wcale nie jest tak odstraszająca, jak mnie ostrzegano i gdyby nie trochę przekombinowana fryzurka, byłoby estetycznie bardzo na plus.

Najważniejsze jednak, że muzycznie PVRIS bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Odkąd Paramore zaczęło osiągać umiarkowane sukcesy, jak grzyby po deszczu pojawiały się zespoły, które często bezpardonowo kopiowały zarówno ich wizerunek sceniczny, jak i brzmienie. PVRIS to twór zdecydowanie mocno zainspirowany Paramore, w którym można odnaleźć bardzo wiele podobieństw, ale jednak do kalki mu bardzo daleko. Znakomicie sprawdza się tutaj, także na żywo, znakomicie zbalansowane połączenie organicznego, dynamicznego rocka z nowoczesną elektroniką. Ta jednak jest na tyle subtelna, że nigdy nie dominuje i nie tłumi rockowej energii i gitar, które przez większość czasu są na pierwszym planie instrumentarium.

Oczywiście punktem centralnym zespołu jest Lynn, która mimo pewnej naturalnej nieśmiałości potrafi całkiem skutecznie nawiązywać kontakt z rozszalałą publicznością. Zaintrygował mnie jej wokal, który mimo tego, że wypada jeszcze znacznie gorzej niż na perfekcyjnie wyprodukowanym albumie, zadziwił mnie swoją mocą i tym, że Lynn potrafi także w odpowiednim momencie całkiem agresywnie, że tak powiem, "huknąć" do mikrofonu.

Zespół podczas zaledwie 30-minutowego setu przedstawił 6 utworów, które poprzedził krótkim instrumentalnym intrem, co także przywiodło na myśl początki koncertów Paramore. Najlepiej wypadły moim zdaniem trzy utwory: otwierające set Fire, oraz dwa kończące: potężne White Noise i wpadające w ucho, dynamiczne My House. O jakości tych utworów może poświadczyć fakt, że ich fragmenty zapadły mi w pamięć już po pierwszym odsłuchaniu, co miało miejsce właśnie na tym koncercie - a coś takiego zdarza się szalenie rzadko.

Urzekała także atmosfera, gdyż znakomita większość zgromadzonych w namiocie fanów znała te piosenki i uczestniczyła w tym krótkim występie z pełną energią. Widać było jak na dłoni, że popularność zespołu rośnie szybciej, niż zakładali organizatorzy i na kolejnym swoim Reading Festivalu PVRIS z pewnością wystąpi już na większej scenie.

Ja natomiast opuściłem The Pit zadowolony, że dałem się namówić, by wybrać się na koncert zespołu, którego zupełnie nie znałem i wiedziałem, że nie przegapię najbliższej okazji, by wybrać się na ich własny koncert klubowy. Po czym udałem się do namiotu BBC Radio 1 Dance Stage, gdzie niebawem zacząć miała się impreza pod szyldem Charli XCX, ale o tym w kolejnej relacji.

 

blog comments powered by Disqus