CHARLI XCX
29.08.2015
Richfield Avenue
Reading
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
18.03.2016

Po bardzo miłej rozgrzewce w postaci króciutkiego, acz udanego koncertu PVRIS w The Pit, udałem się do namiotu BBC Radio 1 Dance Stage na imprezę ze starą dobrą ekipą spod znaku XCX. Od ostatniego spotkania w Oxford minęło już niemal 5 miesięcy, ale moja fascynacja ówczesną odsłoną koncertową Charli ani trochę nie straciła na mocy, więc hype na ten koncert był niezwykle wysoki.

Gdy wszedłem do namiotu, trwała właśnie przerwa techniczna poprzedzająca bezpośrednio występ Charli, ale żeby żądna tanecznych wrażeń publiczność nie ostygła, w międzyczasie można było pokicać do DJ-owego setu. Ludzie byli dosyć luźno rozpierzchnięci po całym namiocie, stojąc w kilkuosobowych grupkach i gibając się w dziwnych pozach nie zwracając uwagi na to, co się dzieje dookoła. Postanowiłem wykorzystać tę bardzo dogodną sytuację, aby dostać się możliwie blisko sceny. Po odbiciu się od kilku tańcujących osób wylądowałem w trzecim rzędzie, nieco z lewej strony. Bardzo dogodna pozycja jak na wejście tuż przed gigiem na olbrzymim festiwalu.

Niestety, oczekiwanie trwające pozostałe kilkadziesiąt minut do gigu nie należało wcale do najłatwiejszych. Im bliżej godziny wyjścia Charli na scenę, tym rzecz jasna ludzi pod sceną robiło się więcej, ale nie była to typowa publiczność oczekująca na gig. W pewnym momencie znalazłem się pomiędzy dwoma grupkami które wyraźnie zainteresowane były dalej aspektem ściśle "imprezowym" aniżeli muzycznym tego, co się będzie za chwilę działo. W efekcie, przez moment niby w tanecznym szale doszło do niechcianych przeze mnie i z mojej strony biernych, acz wbrew mej woli dosyć bliskich interakcji fizycznych z osobnikiem, którego mocno podejrzewałem o odwrotne do standardowych upodobania co do preferencji płciowych. Pomyślałem, że jeśli teraz się wycofam, to stracę dobre miejsce, ale na szali była moja cnota. Zacisnąłem więc mocno zęby oraz pośladki i jakoś dotrwałem do rozpoczęcia setu, wiedząc, że ta mało męska publiczność wykruszy się jak tylko Charli wskoczy na scenę i zacznie rzucać fuckami ze sceny.

Miałem rację - Charli rozpoczęła od mojego ulubionego Suckera i rzeczywiście, z początku te ludziska próbowały się tam bawić tak jakby nadal trwała standardowa imprezka, ale szybko towarzystwo zaczęło się wykruszać, a zastępowała je silnie zgromadzona ekipa fanów, którzy doskonale wiedzieli, co i jak należy robić na jej koncercie. Warto więc było wytrzymać te chwile wielkiej nieprzyjemności tuż przed gigiem, by móc już kilka minut po rozpoczęciu koncertu uczestniczyć w zabawie pod sceną otoczonym ludźmi, którzy znajdowali się tam z tych samych powodów.

A koncert Charli, jak wszystkie w cyklu Sucker, cechował się specyficzną energią znacznie bliższą koncertowi rockowemu, niż typowej tanecznej imprezce spod znaku pop. Oczywiście olbrzymia w tym rola zespołu, który grał z Charli w tym składzie już od dłuższego czasu. Jedyna zmiana względem teamu który widziałem dwukrotnie w marcu zaszła na stanowisku gitarzystki, gdzie sympatyczną Liz Caney zastąpiła także sympatyczna Chloë Aper. W sekcji rytmicznej przesolidny team w postaci Vicky Warwick na basie i mojej ulubienicy Debbie Knox-Hewson na perkusji. Ta ostatnia tym razem w rozpuszczonych włosach, a nie w kiteczkach, więc blond czupryna latała podczas setu na lewo i prawo, co jak zwykle wyglądało skrajnie hipnotyzująco i skutecznie odwracało moją uwagę od samej Charli.

Ale to nie jedyna zmiana w wizerunku zespołu, bowiem od marca kilkakrotnie zmieniały się stroje i tym razem ekipa zaprezentowała się w stylu sportowym, co muszę przyznać bardzo rezonowało zarówno z moim poczuciem estetyki, jak i ze stylistyką albumu Sucker. Charli też było wyraźnie wygodniej w luźnych szortach, podkolanówkach i adidasach niż sukience w leoparda, a taki styl zdecydowanie lepiej pasuje do bezkompromisowej, nieokiełznanej dzikuski jaką staje się na scenie.

Oczywiście festiwalowy set był nieco krótszy niż ten podczas headlinowej wiosennej trasy, postawiono więc na pewniaki z Sucker i największe hity napisane przez Charli. Po otwierającym Suckerze usłyszeliśmy punkpopowe Breaking Up, w którym wokalistka jak zwykle wyskoczyła z wielką dmuchaną gitarą, a combo otwierające koncert zwieńczyły będące już hymnem I Love It oraz doskonale gruwijące Famous. Nieco bardziej lirycznie i melodyjnie zrobiło się podczas Doing It, ale chwilę później Charli zapodała kawałek, który miał premierę dopiero kilka tygodni wcześniej, podczas letnich festiwali: Mow That Lawn.

Legenda głosi, że piosenka ta pochodzi z sesji do drugiego albumu, który miał być jeszcze bardziej surowy i alternatywny, niż Sucker. Ponoć projekt ten jednak trafił do szuflady, a Charli postawiła na nieco więcej popu i bardziej melodyjne brzmienie. Słuchając Mow That Lawn ciężko nie odnieść wrażenia, że to mógł być naprawdę intrygujący materiał, z pewnością jednak o znacznie mniejszym potencjale komercyjnym. Być może wytwórnia nie chciała podjąć takiego ryzyka, a może nie chciała podjąć go sama Charli. Kawałek o mocnym, wyrazistym i bardzo prostym riffie opartym na solidnym beacie perkusyjnym i frywolnym tekście świetnie sprawdza się na żywo i pasuje stylistycznie do rzeczy typu Allergic to Love, czy nawet będącego pokłosiem tego kierunku muzycznego London Queen, które usłyszeliśmy chwilę później, po autoerotycznym Body of My Own.

Największa eksplozja energii nastąpiła jednak tradycyjnie na Break the Rules. Kawałek, który zupełnie nie wchodzi mi w wersji studyjnej, absolutnie miażdży na żywo. Cały zespół też nieziemsko się rozkręcił, a pod sceną sporo ruchu. Koncert nabrał kolorów, szkoda że już niewiele pozostało do końca. Główny set zakończyło tradycyjnie Gold Coins, które lubię przede wszystkim dlatego, że na ogół kończone jest wybornym solem na perkusji. Debbie już rozkręciła się na dobre, ostrzyłem więc sobie pazury na smakowite zakończenie. Tuż przed ostatnim akcentem Vicky spojrzała w kierunku Debbie, a ta pokiwała jej głową na "nie", informując, że nie robimy sola. I rzeczywiście, sola nie było, czym zaskoczona była nawet Charli, która stojąc tyłem nie otrzymała tajnego sygnału i na sam koniec wymachnęła łapkami na ostatni akcent rozpoczynający solo, którego tym razem zabrakło. To był jedyny rozczarowujący element tego koncertu, zwłaszcza, że energii muzykom nie brakowało.

Kolejny kawałek autorstwa Charli, Fancy, podtrzymał wysoką temperaturę, widać że to był wielki hit w Wielkiej Brytanii. A na sam koniec oczywiście nie mogło być inaczej jak Boom Clap, czyli największy hit Charli sygnowany jest własnym nazwiskiem.

Pod koniec koncertu nerwowo zerkałem w kierunku głównej sceny, na której swój set kończyło właśnie Bring Me the Horizon. Miałem wielkie obawy, czy uda mi się dotrzeć w miarę blisko zanim Metallica zacznie grać. Gdy opuszczałem namiot Dance Stage, zostało niewiele ponad 30 minut do rozpoczęcia się głównego koncertu. Rozpocząłem desperacką wędrówkę w strugach deszczu w kierunku Main Stage. Czy dotrę na czas? Czy zdołam przecisnąć się pod scenę? O tym w następnej relacji. Bądźcie Państwo z nami, tylko na kotontour.pl.

 

blog comments powered by Disqus