METALLICA
29.08.2015
Richfield Avenue
Reading
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
24.03.2016

Wychodząc z namiotu BBC Radio 1 Dance Stage pełen byłem obaw, czy zdołam przedostać się w pod główną scenę i zająć dogodne miejsce na koncert gwiazdy wieczoru. Strach przed obserwowaniem koncertu z odległości kilku kilometrów od sceny zresztą towarzyszył mi odkąd kupiłem bilet i spędzał sen z powiek przez kika tygodni poprzedzających jeden z najsłynniejszych brytyjskich festiwali. Bowiem spośród 17 koncertów Metalliki, na których byłem, jeden z nich przyszło mi spędzić bardzo daleko od sceny - a było to w londyńskiej O2 Arenie, gdzie w 2008 roku witaliśmy album Death Magnetic. Wówczas powiedziałem sobie - nigdy więcej.

Gdy wyszedłem z namiotu okazało się, że siąpi taki typowy wyspowy deszczyk, ale po skrajnym oberwaniu chmury, które niemal wypłukało mi soczewki w Pradze w 2014 roku, nawet nie zwróciłem na to szczególnej uwagi. Była ona skoncentrowana na jednej, konkretnej misji: przedostać się możliwie blisko sceny, na ok. 30 minut przed planowanym rozpoczęciem koncertu. Bring Me the Horizon zbliżało się do końca swojego setu. Sektor pod sceną był prawie w całości wypełniony fanami, których ten zupełnie mi nieznany zespół najwyraźniej ma całkiem dużo. Zacząłem przesuwać się w wzdłuż okalającej barierki w kierunku środka, ale dosyć szybko się zatrzymałem, bo był za duży tłok. Zdecydowałem się poczekać na przerwę, bacznie obserwując, co dzieje się dookoła.

Szybko zaobserwowałem dwa nurty pielgrzymów - jeden wychodzący spod sceny, drugi w kierunku przeciwnym. Czym prędzej dołączyłem do prądu płynącego w kierunku sceny i kilka minut dryfowania później znalazłem się w miejscu w którym zaledwie kilka rzędów dzieliło mnie zarówno od środkowej, jak i przedniej barierki. Byłem bardziej niż zadowolony - miałem znacznie bardziej dogodną pozycję, niż 3 miesiące wcześniej w Gelsenkirchen, gdzie wybrałem się pod scenę dużo wcześniej, bo jeszcze przed poprzedzającym występ Metalliki występem Faith No More.

Prawda jest taka, że to był mój pierwszy raz na aż tak masywnym festiwalu (w sumie ok. 90.000 przybyszów). Stąd miałem obawy, jak to wszystko będzie zorganizowane, czy sektor pod sceną nie będzie zamknięty, czy nie będzie jakiegoś kretyńskiego, ukrytego systemu opasek, jak to miało miejsce na Taylor Swift w Hyde Parku. Na szczęście przekonałem się, że na tak wielką imprezę, o tak skrajnie zróżnicowanym line-upie ludzie przybywają z przeróżniejszych powodów, w dodatku nie wszystkim zależy, aby być w pierwszym rzędzie. Paradoksalnie więc łatwiej było dostać się blisko sceny, niż na 2-3-krotnie mniejszym, dedykowanym koncercie stadionowym.

Obserwując przygotowanie sceny zastanawiałem się nad tym, co też dobrego przyniesie dzisiejsza setlista. Jednym z głównych powodów zdecydowania się na drugi w tym roku koncert Metalliki była spektakularna setlista pełna rarytasów 3 miesiące wcześniej, w Gelsenkirchen. Chciałem jeszcze raz usłyszeć The Unforgiven II, a i Frayed Ends bym nie pogardził. Wówczas sądziłem, że szanse są spore, ponieważ na pierwszym, majowo-czerwcowym legu set prawie się nie zmieniał. Drugi, sierpniowy leg przyniósł większe zmiany i niestety The Unforgiven II wyleciał z listy. Była jednak szansa na usłyszenie innych ciekawych numerów, a przede wszystkim, duże różnice względem setu sprzed 3 miesięcy.

Nie zdążyłem się nawet zmęczyć oczekiwaniem, a rozbrzmiało It's a Long Way to the Top, a po nim Ecstasy of Gold. W połączeniu z rześkim powietrzem, lekką mżawką, lekkim wiaterkiem i ogólnie optymalnymi warunkami powodowymi, nie miałem powodów do narzekań, a na plecach jak zawsze pojawiły się ciary, a w gardle stanęła gula. To już (dopiero?) 18 raz, a efekt intra wciąż silny, wywołujący niepowtarzalne w jakiejkolwiek innej sytuacji połączenie ekscytacji, wzruszenia, refleksji, satysfakcji i zastrzyku adrenaliny.

W ostatnich sekundach Ecstasy na scenie pojawiają się Rob, Kirk, Lars i James, który przy mikrofonie ze spokojem, lecz krótko i stanowczo obwieszcza: "We're Metallica and this is what we do. Gimme fuel, gimme fire...!" i leci Fuel. Tutaj bez niespodzianek, ale na całej trasie otwieraczem jest Fuel, więc nie spodziewałem się odstępstw od obecnej normy. Fuel na żywo po raz 10, nie powiedziałbym, że to mój ulubiony kawałek, ale przyzwoicie sprawdza się w roli otwieracza. Publiczność oczywiście reaguje bardzo entuzjastycznie, pod sceną sami fani, wiedzą co robić i robi się przyjemne zamieszanie, ale nie takie, w którym trzeba walczyć o życie. Można się w pełni i bez przeszkód rozkoszować kontrolowanym szaleństwem, które rozpętało się pod sceną.

Po Fuel kolejny stały element setu - bez żadnych przerw zaczyna się Bellz i oczywiście miło sobie można poskakać. Zwracam uwagę na to, że James prezentuje niezwykle solidną formę wokalną, chyba najlepszą jak dotąd na tej trasie. Może trochę bardziej się stara, bo całość rejestrują kamery BBC. Będzie pamiątka! Bellz słyszę na żywo po raz 13, ale to nic, bo ten kawałek mógłby znajdować się w każdym secie - w przeciwieństwie do takiego Sad But True.

Pora na pierwszy slot, w którym dzieją się zmiany. W Gelsenkirchen w tym miejscu usłyszałem Metal Militia i był to zwiastun setlisty w której nie brakowało rarytasów. W Reading bardziej hitowo - leci rozpoczęte bezpośrednio od głównego riffu Battery. Muszę przyznać, że z początku nie mogłem przyzwyczaić się do tej dziwnej zmiany. Kawałki tego typu dotychczas albo otwierały set, albo zamykały jego główną część - umiejscowienie ich na pozycji 3 z początku jakoś mi nie pasowało, ale jak się jest pod sceną, to jest to fajne podtrzymanie atmosfery eksplozji wywołanej początkiem koncertu. Widać jednocześnie postępujące zmiany w strukturowaniu setlisty - ballady i hiciory przesunięte są dalej w głąb setu, a jego otwarcie służy zagraniu tych najbardziej energetycznych, póki zarówno zespół, jak i fani pod sceną dysponują jeszcze energią. W sumie ma to sporo sensu. Na moim liczniku Battery po raz 8 i jestem zadowolony, bo zamiast tego mógłby być jeszcze Blackened, który mi się bardzo przejadł w ostatnich latach (10 razy na żywo).

Kolejny slot to stały element programu - po krótkim przywitaniu Lars nabija hihatem cyk, cyk, cyk, cyk i Kirk zaczyna swoją piszczącą partię. To King Nothing, który po wielu, wielu latach pojawiania się na trasach pojedynczo (dosłownie), znów stał się stałym elementem setlisty. Zupełnie mi to nie przeszkadza, bo to chyba najfajniej wypadający na żywo kawałek z Loada, w dodatku słyszę go na żywo dopiero po raz 3 (przed Gelsen 11 lat wcześniej w Chorzowie!). Publiczność sobie przyjemnie bąca, atmosfera przyjemnej zabawy trwa.

Po Kingu w Gelsen usłyszałem moje ulubione Disposable Heroes, na drugim legu chłopcy zaczęli go rotować z Ride the Lightning i tak też się stało w Reading. Kolejna zmiana z ulubionego kawałka na inny ulubiony, więc nie narzekam. Słyszę Ride po raz 6, w dodatku dziś James wyjątkowo dostarcza wokalnie i jest to chyba pod tym względem najlepsza wersja, jaką słyszałem. W środkowej części solówkowej jak zwykle aktywne uczestnictwo publiczności, która jak patrzę za siebie wydaje się nigdy nie kończyć. Po Ride Kirku w ramach swojego doodle zacytował kilka piosenek innych zespołów, w tym Breadfan.

No i tutaj trudny moment. W tym slocie bowiem rozbrzmiało w Gelsen The Unforgiven II. Na scenie nie ma akustyka, a James pojawia się z explorerem, jeszcze więc się trochę łudzę, ale jednak zaczynają The Day That Never Comes. W sumie fajnie - słyszę ten kawałek dopiero po raz 4 na żywo i wypada on naprawdę dobrze. Publika się wyraźnie uspokaja - chyba nie tylko ja jestem zmęczony po całym dniu koncertów na festiwalu.

W kolejnym slocie w Gelsen było Cyanide, które także niestety trochę mi się już przejadło. Zamiast tego w Reading chłopcy stawiają na Memory, którym nigdy nie pogardzę na żywo, w dodatku na dużych koncertach plenerowych ten numer broni się sam trwającą nieskończoność partią śpiewaną przez tłum. W dodatku słyszę ten kawałek na żywo dopiero 2 raz! (poprzednio w Wiedniu w 2007 roku)

Po Memory gasną reflektory i słyszymy "trąbkę" z pierwszych dwóch Unforgivenów, ale ja już niestety wiem, że to będzie "jedynka", bo na scenie stoi statyw z gitarą akustyczną. Słucham sobie kawałka po raz 7 na żywo i marudzę sobie pod nosem, dlaczego, oj dlaczego zrezygnowali z dwójki? Był to solidny hicior w Europie po ukazaniu się Reloada i na pewno fajnie by wypadł w relacji BBC. No ale chłopcy postawili na bardziej sprawdzone i ograne numery i nie przeszkadza nawet fakt, że James wokalnie wypada tutaj obecnie tak sobie, zwłaszcza w refrenach. No i zabrakło Lords of Summer, które rozbrzmiało w tym miejscu w Gelsen. A więc ballada zastąpiła kawałek stosunkowo szybki i długi.

Kolejny slot bez niespodzianek - Sad But True. Wprawdzie grane w tej chwili (podobnie jak pozostałe kawałki) wyraźnie wolniej, bliżej swojego naturalnego tempa, dzięki czemu nabiera odpowiedniego ciężaru, ale ja zawsze powtarzam, że i tak mógłbym się obejść bez tego numeru. Mam nadzieję, że oddelegują go wreszcie kiedyś na emeryturę... Po Sadzie pora na solo basowe Roba, które niczym szczególnym nie zaskakuje.

Ciekawiej na szczęście robi się po Sadzie. Leci bowiem Turn the Page - które, można przyjąć, zastąpiło slot, w którym w Gelsen usłyszałem Damage Inc. (zaszła bowiem drobna zmiana w strukturze setlisty i sekwencjonowaniu piosenek). Po raz kolejny więc ballada zastępuje numer szybki i bardzo wymagający fizycznie - czyżby Misiowie odczuwali postępujące fizyczne zmęczenie? Tym niemniej, do "telewizji" ten singiel z czasów Garage Inc. na pewno bardziej się nadawał niż brutalny i nieokrzesany Damage. Mi ta zmiana podpasowała, ponieważ to był dopiero 2 raz, kiedy miałem okazję usłyszeć ten numer na żywo - wcześniej w 2009 roku w Lipsku na trasie Magnetic.

Następnie czekam sobie na Frayed Ends of Sanity, które usłyszałem po raz pierwszy na żywo w Gelsen i które obecne było na każdym europejskim koncercie tegorocznej trasy... I się nie doczekałem. Rozbrzmiewa bowiem intro do Roam. No dobra, trochę się zdziwiłem... Czyżby Lars się bał że nie da rady zagrać prawidłowo TEGO przejścia w TV? No cóż, musiał być jakiś powód, ponieważ jak się później okazało, był to jedyny koncert na tym legu, na którym nie zagrano Frayed... A Roam słyszałem na żywo wcześniej 8 razy, no ale zawsze to kolejna zmiana! Podczas Roam Larsowi coś się stało ze stopą. W pewnym momencie w ogóle jej nie słychać, Lars daje znaki, podbiega techniczny, coś tam grzebie i jeszcze na ostatnią partię z podwójną stopą powraca w chwale.

Potem standardowo - One i Master, słyszane przeze mnie na żywo po raz 17 i 18. Master to obok Seeka jedyny kawałek, który zagrali na każdym koncercie, na jakim byłem. Nie powróciło piro, bo na scenie nadal są fani, ale jest więcej laserów i ekranów, więc produkcja i tak robi spore wrażenie.

Po Masterze mój ulubiony Fade (po raz 7), niestety grany przez Jamesa na akustyku, mogliby już powrócić do dawnego, w pełni elektrycznego brzmienia. Tym niemniej Fade wychodzi przyjemnie, z ciekawymi animacjami towarzyszącymi na ekranach. Po Fade od razu Seek i tak oto kończy się główny set.

Segment bisów mija bez większych niespodzianek. Zamiast Creeping Death, które w tym miejscu rozbrzmiało w Gelsen, usłyszałem dopiero po raz 2 Whiskey in the Jar, ale tego się spodziewałem. Na koniec standardowo na tej trasie Nothing i Sandman, podczas którego spadły na publikę okolicznościowe piłki plażowe. Mi jak zwykle kilka takich odbiło się od głowy i jak zwykle żadnej nie zdołałem złapać.

I tak oto zakończył się mój pierwszy Reading Festival. Ale z pewnością nie ostatni, o ile tylko line-up dopisze. Przekonałem się, że przemieszczanie się pomiędzy różnymi scenami nie stanowi żadnego problemu, nawet jeśli odległość czasowa między gigami jest niewielka. Do tego nie ma problemu z jedzeniem i piciem, toalety jak na tak masową imprezę są całkiem przyzwoite, a nawet można było sobie wnieść jedną butelkę pysznego napoju. Czego chcieć więcej? Tylko interesującego line-upu.

W tym roku miałem wyjątkowe szczęście uczestniczyć w trzech zupełnie różnych koncertach moich ulubionych artystów. Ciężko wyobrazić sobie PVRIS, Charli XCX i Metallikę na jednej scenie, ale już na trzech różnych scenach w obrębie jednej imprezy jak widać jak najbardziej. Zobaczyłem wszystko co mnie interesowało, szczęśliwie bowiem wszystkie te trzy koncerty odbyły się tego samego dnia festiwalu. Poznałem nowe dla mnie, ale absolutnie fantastyczne PVRIS, zobaczyłem po raz piąty na żywo Charli, która zdominowała mój muzyczny koncertowy rok 2015 i zobaczyłem po raz 18 Metallikę. I chociaż nie usłyszałem ponownie The Unforgiven II, wszystkie kawałki, które były w rotacji w tym roku były zmienione względem koncertu w Gelsen, a było tych kawałków aż 8. Niezły bilans jak na dwa koncerty festiwalowe tego samego roku.

A 19 koncert powinien mieć już jakiś związek z nowym albumem...

 

 

blog comments powered by Disqus