EWA FARNA
08.11.2015
Sala Ziemi MTP
Poznań
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
08.05.2016

Ostatnim polskim artystą, jakiego widziałem na żywo przed wyjazdem do Anglii w 2013, była Ewa Farna. By zatem zadość uczynić wszelkim klamrom i ogólnemu porządkowi świata, także ona była pierwszym artystą, na występ którego udałem się po przyjeździe do Polski ponad 2 lata później.

Okazja była nie byle jaka - Ewunia promowała właśnie swoje nowe dwupłytowe wydawnictwo Inna, którego główną częścią są akustyczne, lekko jazzujące przeróbki wybranych utworów z jej dyskografii. Zorganizowano więc biletowaną trasę w takich właśnie klimatach i był to dopiero mój drugi biletowany koncert Ewy, chociaż widziałem ją na żywo już wiele razy! Padło na Poznań, gdzie w Sali Ziemi MTP 8 listopada odbył się trzeci w ramach tego cyklu koncert.

Już widok pustej sceny zwiastował bardzo konstruktywne podejście do tematu - skromna, ale efektywna i przywodząca na myśl "zadymione" kluby jazzowe oprawa świetlna i gustownie urządzona scena, na której znaleziono miejsce dla muzyków towarzyszących standardowemu składowi Ewy. Pojawiła się więc dodatkowa gitara (elektryczna, by wtórować tej akustycznej), perkusjonalia i trzyosobowa grupa chórzystów, zaś gitarę basową w wielu utworach zastąpił klasyczny kontrabas.

Utwory, jakie złożyły się na solidny, 19-utworowy repertuar, podzielić można generalnie na 4 grupy. Pierwsza grupa to nowe aranżacje starych utworów Ewy, które znaleźć można na pierwszej płycie albumu Inna: Tajna Misja, Nie Przegap, Poradnik dla Początkujących, La la laj, EWAkuacja, Cicho, Śmiej Się i Bez Łez. Bardzo przyjemnie wypadły wszystkie kawałki, zwłaszcza te w których przewidziano zabawy z publicznością, które na płycie o charakterze studyjnym zabrzmiały jak próba przed koncertami. Najlepiej sprawdziły się te energiczne numery - Śmiej Się, Bez Łez i mój ulubiony Poradnik dla Początkujących z przyjemną solówką na gitarze elektrycznej, a potem na perkusjach. Pojawił się także Znak, wykonany jako pierwszy bis, podczas którego Ewie towarzyszył jedynie Honza na klawiszu, jednak zagrany został w innej, mniej figlarnej aranżacji niż na płycie.

Druga grupa to stare utwory, które nie znalazły się na płycie: Ulubiona Rzecz, Z Napisami, Mamo, Rutyna i Dmuchawce, latawce, wiatr. Piosenki te zagrano generalnie w klasycznych aranżacjach, z ewentualnie małymi zmianami w zakresie instrumentarium, aby dopasować je brzmieniem do obecnego formatu. Zresztą te spokojne piosenki, takie jak Mamo i Dmuchawce, nie potrzebowały zmian i pasowały do kontekstu w swoich klasycznych wersjach.

Grupę trzecią stanowiły piosenki z płyty nr 2 wydawnictwa Inna, czyli te premierowe. Spośród czterech zawartych na płycie, na koncercie zagrano trzy: Niekoniecznie, Tu i Na Ostrzu. Ten ostatni numer zagrano na sam koniec i był to jedyny tego wieczoru utwór wykonany normalnie, "elektrycznie". W przypadku dwóch pierwszych piosenek wprowadzono drobne zmiany nawet w zakresie linii melodycznych, tak by bardziej pasowały do lirycznego charakteru występu. Niestety, nawet to ich nie uratowało - to bardzo słabe, miałke, pozbawione jakiegokolwiek wyrazu piosenki dopasowane do niewymagającego słuchacza radiowej papki. Wielka szkoda, zwłaszcza że poprzednia płyta Ewy - (W)INNA? - to był jej pierwszy autorski album pełny charakteru i dający wówczas dobre rokowania na przyszłość.

Wreszcie ostatnia grupa, czyli nieliczne tego wieczoru covery: Pół na Pół z repertuaru Natalii Kukulskiej, które płynnie przeszło w When Love Comes to Town autorstwa U2 (w oparciu o wersję Herbiego Hancocka). Trzeba przyznać, że ten coverowy element był miła niespodzianką wieczoru, wprowadził bardziej żywą, bluesową atmosferę i fajnie wpasował się w ten bardzo zróżnicowany muzycznie koncert. Warto wspomnieć, że szersze pole do popisu mieli tutaj chórzyści Ewy, którzy nawet wyszli na pierwszy plan sceny, oraz publiczność, która zachęcona została nie tylko do standardowego klaskania, ale też wspólnego śpiewania.

Był to zdecydowanie najbardziej wyrafinowany muzycznie koncert Ewy, na jakim byłem. To, że dysponuje ona nieprzeciętnymi warunkami wokalnymi wiedziałem już od dawna, jednak siłą rzeczy jej własny repertuar mocno ją ograniczał. Tym razem Ewunia zrobiła należyty użytek z uzdolnionych muzyków, którzy od lat jej towarzyszą na scenie (przede wszystkim Honzy - który odpowiedzialny jest za większość nowych aranżacji) w jej rockowo-popowych wyczynach i stworzyli odpowiednie tło dla zabaw głosem i barwą. Te wypadły świetnie, mimo pewnej gardłowej niedyspozycji Ewy tego wieczoru (chociaż, może był to zamierzony efekt, by uzyskać efekt "zabrudzonej" barwy głosu podstarzałej jazzowej wokalistki, siedzącej na fortepianie).

Daje to do myślenia - czy nie najwyższa już pora, by przestać grać głównie na imprezach dla dzieci czy dniach wsi i wreszcie "przepoczwarzyć" się do końca w pełnoprawną artystkę, która gra regularnie własne, biletowane trasy? Sala Ziemi MTP w Poznaniu wypełniona były po lub niemal po brzegi i wszyscy zdawali się dobrze bawić. Podkreślić trzeba, że tylko część publiczności stanowiły małe dzieciaki, kojarzące się niestety nadal nierozerwalnie z poczynaniami scenicznymi Ewy. Byli ludzie w każdym wieku i to nie tylko tacy z przymusu prawni opiekunowie tych najmłdoszych. Poprzedni album i pierwsza płyta ostatniego to zdecydowanie dobre kroki w rozwoju kariery Ewy, szkoda tylko, że te nowe piosenki to ogromny krok w tył.

 

blog comments powered by Disqus