HALSEY
03.03.2016
Huxley's Neue Welt
Berlin
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
21.05.2016

Jak to zwykle bywa, na pierwszy koncert roku przyszła pora późną zimą. Padło na Halsey, czyli Ashley Frangipane - bardzo obiecującą młodą artystkę, która zza wielkiej wody przybyła na nasz kontynent promować swój wydany w 2015 roku debiutancki album Badlands. Na jej koncert wybraliśmy się do Berlina - miasta, które ciepło kojarzy się z wieloma przemiłymi muzycznymi przygodami. 3 marca do listy tychże dopisałem kolejną - koncert Halsey w Huxley's Neue Welt.

Koncert pierwotnie miał się odbyć w Kesselhaus - niewielkim klubie mieszczącym 1000 osób. Na skutek nadspodziewanie dużego zainteresowania koncertem, imprezę przeniesiono do nieco większego Huxley's Neue Welt, do którego wejdzie 600 osób więcej. To imponujący wynik dla artysty, będącego nie tylko dopiero w trakcie pierwszej światowej trasy koncertowej promującej debiutanckie wydawnictwo, ale także wywodzącego się "z internetu" - Halsey zaczynała, jeszcze nie tak dawno temu umieszczając w sieci amatorskie nagrania wykonywanych w sypialni na gitarze akustycznej coverów.

Pozytywną niespodzianką okazała się skala produkcji. Debiutujący artyści często na pierwszą trasę zabierają jakąś płachtę z logo i kilka żarówek, tymczasem tutaj na scenie postawiono dwa sporej wielkości (jak na skalę koncertu) ekrany, które ustawiono pod niewielkim kątem względem siebie tak, że stykały się w środku. Do większości piosenek przygotowano ciekawe i pasujące do nieco hipnotyzującej atmosfery animacje, które często były znakomicie zgrane z dynamiką utworów. Tak było np. w czasie Roman Holiday, gdzie pięknie przyspieszone animacje chmur na ułamek sekundy zaczęły cofać się, wraz z instrumentalnym przełamaniem poprzedzającym mostek.

Nie kulało także nagłośnienie, a najważniejszy jest fakt, że na scenie nie zabrakło żywych muzyków. Halsey gra pop mocno osadzony w elektronicznych brzmieniach, mogłaby więc bez wyrzutów sumienia ograniczyć się do pełnych podkładów instrumentalnych, tymczasem na scenie towarzyszą jej perkusista i dwóch klawiszowców (czy jak ich tam nazwać). Oczywiście jak to zwykle się robi na koncertach tego typu, używane są także backing tracks, z uwzględnieniem okazjonalnych chórków wokalnych znanych z wersji studyjnych, ale wykorzystane są z wyczuciem i w sposób nieinwazyjny. Nic nie zakłóca odbioru bardzo udanego performance'u wokalnego Halsey.

Od strony muzycznej, ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Wokalistki popowe bardzo często brzmią na żywo zupełnie inaczej niż na płytach, gdzie można pozwolić sobie na skrajną ingerencję w brzmienie wokalu. Tymczasem Halsey na koncercie brzmi prawie tak dobrze jak na płycie, a w niektórych momentach nawet lepiej - dobre nagłośnienie i odpowiedni moment utworu, potrafi wydobyć z jej głosu głębię, której nie sposób wyłapać z nieco spłaszczonych nagrań studyjnych. Zakładając oczywiście, że jest tego wieczoru w dobrej formie wokalnej, ale tak właśnie było w Berlinie.

Jej piosenki może nie porywają od razu przy pierwszym przesłuchaniu, niczym największe hity Taylor Swift, a kreują bardzo specyficzny, hipnotyzujący klimat. Wszystkie są nieco do siebie podobne, może nawet za bardzo, ale jak już damy się wciągnąć w ten nastrój, wpaść w niespieszny, lekko pływający trans, ciężko się z niego wybić. Dużo więcej tutaj ambientu, niż nachalnej, przesadnie zrytmizowanej i uproszczonej, mechanicznej rytmiki. Wiele utworów urozmaicają dziwne, nieco niepokojące dźwięki, które znakomicie współbrzmią z delikatnym, aksamitnym głosem Halsey.

Wokalistce znakomicie udaje się uniknąć trudności, które wielu debiutantów ma z prezencją sceniczną i kontaktem z fanami. Często uciekają wzrokiem gdzieś w otchłań, bojąc się wyrazistych i oceniających spojrzeń z pierwszych rzędów i stoją w miejscu, nie wychodząc ze strefy komfortu wyznaczonej pozycją mikrofonu i snopem światła z reflektora. Halsey nie ma tego problemu. Należy do niej nie tylko scena, ale całe pomieszczenie, w którym gra koncert. Dała temu dowód w trakcie piosenki Castle, gdy nagle zeszła ze sceny z prawej strony, wspięła się na blat baru, przeszła po nim całym, by zejść z drugiej strony i okrążyć całą salę, by wrócić na scenę z lewej strony, w międzyczasie ani razu nie przerywając śpiewu i nie unikając interakcji z entuzjastycznymi fanami.

Nic nie można zarzucić właśnie kontaktowi z fanami - zaczepne rozmowy co kilka utworów, śmiały kontakt wzrokowy i fizyczny - nie jest jej obce schodzenie pod barierki i "wtapianie" się w tłum. Nie przeszkadza jej przy tym, że ludzie łapią ją czasem nie tylko za rękę. Wydaje się być niezmiennie zachwycona emocjonalną intensywnością tej chwili i utrzymać ten sam, wysoki poziom wykonania wokalnego. Aktywnego udziału fanów nie brakuje także w sferze wokalnej. Oczywiście standardem są tu łatwo wpadające w ucho w wielu piosenkach refreny, ale mi najbardziej utkwiło w pamięci Control, gdzie w każdym powtórzeniu refrenu Halsey pozostawiała publiczności do zaśpiewania ten sam fragment: "Please stop, you're scaring me". Doskonale pasuje to do kontekstu piosenki i sprawia, że jest ona dużo mocniejsza w wersji na żywo.

Interesująco wypadło Colors, które - odwrotnie niż na płycie - otworzył jego krótki remix, znany z Badlands pod tytułem Colors, Pt. 2. Prosty i świetny patent na wykorzystanie tej miniatury jako intra do piosenki zaowocował podniesieniem ekscytacji wynikającej z zapowiedzi jednej z lepszych piosenek na płycie. Niestety, okazał się to jeden ze słabszych momentów koncertu. W tej piosence zabrakło tej wyrafinowej produkcji z albumu, a właśnie w refrenach Colors te ciepłe, przyjemne chórki i dźwięki towarzyszące były najbardziej potrzebne. W efekcie piosenka wypadła płasko, bezbarwnie i nieco męcząco. Nie pomogły nawet wzorowane na Taylor Swift zaśpiewy "uu-łuu-uu, uu-łuu-uu-uu-u".

Świetnie wypadła za to zamykająca główny set New Americana - piosenka, która moim zdaniem ma wszelkie zadatki na naprawdę solidny hit, jednocześnie odróżniajaca Halsey od całej gamy "konkurentek". Utwór jest swoistym hymnem nowego pokolenia, buntującego się przeciwko zastanemu porządkowi, ale nie brakuje tutaj kilku kluczowych elementów definiujących prawdziwy przebój: jest porywający refren, który pamięta się już po pierwszym przesłuchaniu, znakomicie frazowany tekst w zwrotkach, smaczki produkcyjne w postaci genialnie uzupełniających linię melodyczną chorków, a przede wszystkim poprzedzający ostatni refren mostek, znakomicie podsycający dynamikę i warstwę emocjonalną piosenki.

Do niedawna regularnie pławiłem się w zachwytach nad naczelną buntowniczką mainstreamowej sceny muzycznej - Charli XCX. Halsey też się buntuje, ale robi to w nieco inny sposób. Muzyka jest bardziej wyczilowana - Charli wali z liścia po twarzy i z buta po dupie; Halsey zapala skręta, siada na fotelu i olewa zastany porządek. Przy czym obie panie nie boją się użyć dosadnego słowa i nie podchodzą zbyt nabożnie do pewnych fundamentalnych elementów swojej kobiecości. U Halsey przejawia się to nie tylko w postępowej gestykulacji, na widok której niejedna zakonnica mogłaby zasłabnąć niczym ja podczas pobierania krwi, ale także stroju scenicznym, który robi spory użytek z bardzo nienagannej anatomii artystki. W efekcie na koncercie nasycić się można było nie tylko brzmieniem głosu, ale i widokiem sporego fragmentu pośladków Ashley. Zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach wykonawcy zdolni są do znacznie "gorszych" rzeczy na scenie, a widoki takie nie przeszkadzają mi, jeśli tylko mieszczą się w moich normach estetyki. Ale też zastanowiłem się przez chwilę po koncercie, czy ona na pewno tego potrzebuje - broni się już samą warstwą artystyczną, muzykalnością utworów, poruszaniem trudnych i niekonwencjonalnych, jak na muzykę pop, tematów w tekstach, osobowością sceniczną i kontaktem z fanami. Czy zatem pójście jeden mały kroczek w kierunku, w którym niedawno kompletnie zagubiła się Miley Cyrus służy jej, czy szkodzi?

To jednak tylko tak na marginesie, jak już wspomniałem, nie jest to rzecz, która zepsuła mi w jakikolwiek sposób odbiór koncertu. Wręcz przeciwnie - zaskoczył mnie on bardzo pozytywnie. Nie będąc wielkim fanem Halsey, a jedynie pobieżnie przesłuchawszy jej utwory, nie jechałem do Berlina z jakimiś niebywale wydumanymi oczekiwaniami. Tymczasem zaskoczyła mnie produkcja, urzekła osobowość piosenkarki, jej głos, charyzma i fakt, że nie boi się w bardzo znormalizowanym świecie robić czegoś inaczej, niż koleżanki po fachu. Oczywiście można wypunktować pewne trudne do przeskoczenia mankamenty ery debiutanckiej - choćby długość koncertu, bo przecież nie ma sensu grać 10 coverów tylko po to, by sztucznie przedłużyć setlistę. Album Badlands, chociaż bardzo udany, to zbiór bardzo dobrych piosenek, które są jednak też (z paroma wyjątkami, jak Control) bardzo do siebie podobne. Utrzymane w tym samym tempie, cechują się podobną dynamiką i atmosferą, a Halsey stosuje podobne techniki wokalne, co może na dłuższą metę nieco znużyć, zwłaszcza w koncertowym settingu. Ale to jest już czepianie się na siłę - dziewczyna ma wszelkie zadatki, by przygotować naprawdę porywającą, interesującą i ambitną alternatywę na żeńskiej scenie pop - i jestem przekonany, że stać ją na wiele i może odbiorców jeszcze NAPRAWDĘ zaskoczyć. Oby tylko nie uległa pokusie nagrania milusińskiego, łatwego popu o miłych rzeczach i z miłymi teledyskami, bo to by było marnotrastwo wielkiego talentu.

 

blog comments powered by Disqus