SIVERT HØYEM
10.03.2016
Beatpol
Dresden
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
24.05.2016

Na trzeci mój koncert Siverta wybierałem się z nadzieją, że uda się odtworzyć atmosferę tego najbardziej pamiętnego, pierwszego gigu. Odbył się on w 2011 roku, dokładnie w tym samym klubie Beatpol w Dreźnie, gdzie norweski artysta promował wówczas swój czwarty solowy album studyjny, Long Slow Distance. Publiczność reagowała niezwykle serdecznie, co stworzyło niezapomnianą atmosferę. Po raz drugi widziałem Siverta na żywo w 2014 w Londynie, gdzie promował swój kolejny album Endless Love. Koncert ten wypadł nieco gorzej, publiczność brytyjska okazała się trochę niewdzięczna i zabrakło drugiego segmentu bisowego, na który bardzo wówczas liczyłem. Jadąc w to samo miejsce, co w 2011, liczyłem na to, że spora część zgromadzonej publiczności to będą te same osoby co wtedy i będą potrafiły docenić wspaniałego artystę na scenie.

Sama otoczka koncertu, czyli podróż i venue, zwiastowały udany wieczór. Drezno to bardzo przyjazne, spokojne miasto, a klub Beatpol, podobnie jak 5 lat temu, czarował atmosferą minionych gigów i delikatną nutą stęchlizny. Fani Siverta zgromadzili się tłumnie i podobnie jak wtedy, raczyli się niedrogim, acz smacznym piwem, z czego skorzystaliśmy także ja i mój kompan podróży. Czas pozostały do rozpoczęcia gigu spędziliśmy na próbie zrozumienia, na co nam do piwa żeton o wartości 1 euro.

Koncert rozpoczął się od tytułowego utworu z nowego albumu - Lioness. Tradycyjne sivertowe granie w średnim, marszowym tempie, o dosyć pogodnym - jak na Siverta - nastroju. Generalnie mniej tu mroku i psychodelii niż na dwóch poprzednich płytach. Na pierwszym planie oczywiście wokal Siverta i jego gitara akustyczna, a wtórują mu klasycznie koledzy z zespołu i ich instrumenty: gitara elektryczna, bas, klawisz i perkusja. Brzmienie jest dobre, selektywne, a zarazem odpowiednio masywne. Koncert ma skromną, acz efektowną oprawę, a światła doskonale zgrywają się z muzyką.

Kolejnym utworem było Black & Gold, piosenka która ukazała się na singlu w 2014 roku. Oto przykład Siverta w dobrej formie - ten energiczny kawałek świetnie sprawdza się na żywo. Swoją mocą przypominą mi nieco Madrugadę - tutaj na pierwszym planie są gitary elektryczne i struktura oparta na mocnej progresji akordów i prostej, niemal westernowej zagrywce. Świetnie uzupełnia się to z jak zawsze majestatycznym brzmieniem głosu wokalisty. Narastającemu napięciu sprzyja także mocno akcentowana perkusja z dynamicznym werblowym rytmem. Takiego Høyema lubię.

Następnie cofnęliśmy się trochę w czasie, usłyszeliśmy bowiem utwór Lost at Sea z płyty Moon Landing. Kawałek ten nie gościł w repertuarze Siverta na moich dwóch poprzednich koncertach. Trzeba przyznać, że pasuje on stylistycznie do ostatnich dokonań artysty, ale niekoniecznie z tych dobrych powodów. Nieco monotonna i powtarzalna instrumentalizacja potrafi znudzić, chociaż jest w tej powtarzalności jakaś ujmująca hipnotyczność. Miło powitać także ciepłe przełamanie akordów pojawiające się w drugiej połowie utworu.

Czwarty slot w setliście zarezerwowany został dla pierwszego tego wieczoru utworu Madrugady. Padło na What's on Your Mind, które miałem niebywałą przyjemność usłyszeć już w Londynie w 2014 roku. Nie ośmieliłbym się jednak narzekać, bo to genialna koncertowa piosenka i jedna z najlepszych w całym repertuarze Madrugady i Siverta. Uwodzicielska zmysłowość delikatnego tango nie pozwala stać w miejscu, ten utwór to przykład doskonale przenikającej się z ujmującym wokalem subtelnej warstwy instrumentalnej. Znakomicie wypełniono tu przestrzeń muzyczną, pozwalając oddychać zarówno poszczególnym piosenkom, jak i słowom. Wspaniały klasyk wspaniałego zespołu w genialnym wykonaniu.

Pozostaliśmy w tym wzniosłym klimacie i po What's on Your Mind Sivert zagrał kolejnego zacnego klasyka Madrugady - Honey Bee. Utwór ten, podobnie jak poprzednika, także miałem okazję po raz pierwszy usłyszeć na żywo na koncercie w Londynie. Tutaj jednak wśród publiczności znacznie więcej było fanów, którzy potrafili ten fakt docenić. Honey Bee to przykład minimalistycznie zaaranżowanej perełki. Tutaj główne... skrzypce grają Sivert i jego gitara akustyczna. Artysta po raz kolejny udowadnia, że potrafi być równie interesujący na scenie, gdy nie towarzyszą mu koledzy z zespołu. Przy drugiej pętli delikatnia dołącza perkusja i instrumentarium zostaje wzbogacone, ale w bardzo subtelny sposób.

Refleksyjny klimat podtrzymał utwór Prisoner of the Road, gdzie Sivert jak zwykle wypada bardzo korzystnie. Jest to jeden z nielicznych kawałków, którego nie zabrakło na żadnym z trzech gigów, na których miałem przyjemność być. Ja akurat mógłbym się bez niego obejść, ale zdaje się, że był to spory hit Siverta w Norwegii, a także sam muzyk uwielbia go wykonywać. Podobnie jak Prisoner, na żadnym koncercie nie zabrakło także Into the Sea - jedynego w secie reprezentanta albumu Exiles. To jeden z tych ciepłych utworów, które działają bardzo relaksująco.

Kolejny segment setlisty niestety był jej najsłabszym elementem. Kolejno zagrano bowiem dwie kompozycje z najnowszego albumu: V-O-I-D, The Boss Bossa-Nova i Görlitzer Park z Endless Love. Wszystkie te kawałki mają ze sobą sporo wspólnego: są powolne, bardzo powtarzalne i nieco ślamazarne. Kreatywność Siverta w zakresie aranżowania piosenek nie wzbiła się tu na wyżyny. Utwory te potrafią się nieco dłużyć podczas odsłuchiwania albumów, a na koncercie wrażenie to atakuje ze zdwojoną mocą. Absolutny prym wiedzie tutaj kompozycja z poprzedniej płyty, gdzie Sivert powtarza tę samą frazę: "I was alone, I was a rolling stone" jakieś 124 razy. A przynajmniej takie się ma wrażenie podczas odsłuchu. I na nic zdaje się tu efektowna, majestatyczna, minimalistyczna i w jakimś sensie brutalna instrumentalizacja. Rozumiem, że to miało służyć podkreśleniu treści utworu, ale wypadałoby to bardziej wymieszać, żeby uzyskać na koncercie większą dynamikę i różnorodność muzyczną.

Na szczęście dalej było już tylko dobrze. Give It a Whirl to jeden z faworytów z niezwykle udanego albumu Long Slow Distance. Zabrakło go w repertuarze w 2014, ale oczywiście miałem okazję go usłyszeć, gdy Sivcio promował tamten album. Następnym utworem był kolejny klasyk Madrugady, bez którego nie może obejść się żaden gig Høyema - Majesty. Tutaj już pojawiła się wyraźna euforia wśród publiczności i sporo fanów wtórowało wokaliście w śpiewaniu słów. Wielkimi krokami zbliżaliśmy się do zakończenia głównego setu, a ostatnią piosenką było Sleepwalking Man, czyli utwór otwierający album Lioness. Kawałek wypadł poprawnie, ale wiadomo, że to jeszcze nie koniec - szykuje się naprawdę mocna dawka bisów!

Sivert przed każdą większą trasą robi sondę na Facebooku, pytając jakie utwory fani mają ochotę usłyszeć na najbliższych gigach. Pamiętam, jak w 2011 roku zarzekał się, że chociaż ma olbrzymi sentyment do najstarszych piosenek Madrugady, takich jak Vocal czy Electric, to nie chce wracać do tamtych czasów i grać ich na żywo. Bardzo mnie to wówczas zmartwiło, bo Vocal to mój ulubiony utwór w całym repertuarze Madrugady/Siverta. Jak wspaniałym zatem zaskoczeniem w 2016 roku okazało się uwzględnienie Electric w setliście! Ten wspaniały, poruszający klasyk otworzył trzyutworowy, przepotężny segment bisowy. Byłem tym momentem szczerze wzruszony i moja wiara w usłyszenie jeszcze kiedyś na żywo Vocal została pokrzepiona.

Dwa ostatnie utwory to zaś potężna dawka największych hitów godna zakończenia rockowego koncertu na stadionie. Najpierw The Kids Are on High Street, czyli prawdopodobnie największy przebój Madrugady. Co tu dużo mówić. Każde słowo wyśpiewane z Sivertem i wielki entuzjazm na sali. A na sam koniec moje ulubione Moon Landing - utwór, którego zabrakło na koncercie w Londynie. Najbardziej dynamiczny i świetnie sprawdzający się na żywo kawałek, nie do pomyślenia jest to, że mogłoby go zabraknąć na liście. Oczywiście napięcie sięgnęło sufitu i cały klub entuzjastycznie pożegnał Siverta i muzyków, którzy całkiem długo i serdecznie żegnali się z pełną wdzięczności publicznością.

W ogóle tego wieczoru Sivert był w znakomitym humorze. Sypał żartami jak z rękawa praktycznie po każdej piosence. Wielokrotnie zaprzeczył stereotypowi jakoby Norwedzy byli smutni, poważni, chłodni i drętwi. Wiadomo, nie jest to artysta, który podczas piosenek masuje się po kroczu i pluje na swoich fanów, ale absolutnie nie zarzuciłbym mu braku dobrego kontaktu z publicznością. Stworzył znakomitą, luźną atmosferę miłego wieczoru przy piwku i dobrej muzyce na żywo.

Ten koncert zatarł nienajlepsze wspomnienie po surowym przyjęciu Siverta przez kapryśnych Londyńczyków. Nic dziwnego, że muzyk jak dotąd nie zawitał z kolejną trasą na wyspy. Jednak Europejczycy z kontynentu potrafią bardziej docenić artystów z Półwyspu Skandynawskiego i ich specyficzną liryczność. Sivert gra nadal prawdziwego, klasycznego rocka, wystrzega się wszelkich przejawów inwazyjnej nowoczesności, stroni od elektroniki, nie boi się klasycznego grania, dłużyzn, psychodelii, mrocznych dźwięków, trudnych tekstów. Można powiedzieć, że nie przystaje do współczesnych trendów. A ja się właśnie bardzo cieszę, że są nadal artyści, którzy nie boją się tworzyć według "starej szkoły rock 'n' rolla". I chociaż przyznaję, że dwa ostatnie albumy Siverta sprawiły, że doszedłem do wniosku, że najlepsze lata jako twórca piosenek ma on już za sobą, nie zamierzam przestawać go wspierać i dalej będę jeździł na jego koncerty. Artysta taki jak on nigdy nie spada poniżej pewnego poziomu i z utęsknieniem wyczekuję kolejnych jego muzycznych wyczynów.

 

blog comments powered by Disqus