AL DI MEOLA
19.03.2016
Uffo
Trutnov
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
25.05.2016

Niemal dwa lata minęły od mojego ostatniego koncertu Ala Di Meoli, który to odbył się w legendarnym i nieco przereklamowanym Ronnie Scott's Jazz Club. Korzystając z pobytu na kontynencie, postanowiłem więc wybrać się na koncert Ala w klasycznej otoczce i stosownym venue - czyli na festiwalu jazzowym Jazziniec w czeskim Trutnovie.

Wizyty w Czechach na ogół są bardzo udane i nie inaczej było tym razem. Po zawitaniu w venue, wkrótce ja i mój jazzowy koncertowy kompan-weteran, zostaliśmy oddelegowani na nasze VIPowskie miejsca. Stamtąd mieliśmy całkiem przyjemny widok na to co się działo, a ponadto nie było problemu by wyjść z sali w razie potrzeby bez dezorganizowania całego eventu.

A event był dość spory. Na finałowy wieczór, którego gwiazdą był Al Di Meola, zaplanowano aż cztery koncerty i atrakcje dodatkowe. Te ostatnie wprowadziły nas w nie lada konsternację - nigdy w żadnej koncertowej sytuacji nie pasowało bardziej określenie "czeski film". Pomiędzy setami, o ile dobrze zrozumieliśmy (a niełatwo było zrozumieć cokolwiek z wypowiedzi w lokalnym języku), wręczono nagrody dla koncertowych fotografów. Pod sceną nagle jak grzyby po deszczu wyrosło mnóstwo dziadków z aparatami, po venue jak szalone biegały dziewczynki z kwiatami, była też uhahana od ucha do ucha stara baba i wielki tort.

Znacznie lepiej było już z samymi koncertami. Festiwal jazzowy, to i zadbano o odpowiednio dywersyfikację muzycznych doznań. Wieczór otworzyli lokalni artyści - Miroslav Vitouš i Jiří Stivín. Był to jazzowy duet wykonujący klasyczny jazz w nie do końca klasycznej kombinacji instrumentalnej - na kontrabas i flet. Bywało naprawdę ciekawie i z humorem. Niestety cały set w takiej instrumentalizacji potrafił nieco znużyć, jednak w muzyce ważne są nie tylko nuty, ale i brzmienie.

Drugi występ był zupełnie inny. Zza wielkiej wody przybył do czeskiego miasteczka Billy Martin i jego formacja Wicked Knee. Interesujące połączenie perkusji (jako instrumentu wiodącego) z trzyosobową sekcją dętą. Kompozycje były stosunkowo proste i ocierały się o pop. Często nieco zbyt prostym jak na jazzowe standardy groove'om perkusyjnym towarzyszyły głównie podkreślające akcentami i prostymi progresjami akordów dęciaki. Taki koncert był dla mnie zdecydowanie czymś nowym, jednak jego treść muzyczna nie porwała mnie niczym szczególnym.

Chociaż Al był gwiazdą wieczoru, wystąpił jako przedostatni artysta. W efekcie zagrał nieco krótszy set niż standardowo, ale wiadomo że na festiwalach różnie to bywa. Tym razem nasz dzielny gitarzysta wystąpił jedynie w towarzystwie drugiego wioślarza, dobrze nam znanego Peo Alfonsi (z Sardynii). Koncert w formacie duetu oglądaliśmy nie pierwszy raz - podobnie było w austriackim Gmunden, gdzie wybraliśmy się w 2010 roku. Tam jednak Alowi towarzyszył Kevin Seddiki.

W krótkim secie zaprezentowano szybki przekrój przez ostatnie projekty Ala. Dominujące były oczywiście utwory z najnowszego albumu, Elysium - w tym otwierający set Adour i Stephanie's Theme. Nie mogło obyć się bez coveru Beatlesów, którymi wypełniony był przedostatni studyjny album Ala, All Your Life. Padło na Because, które dobrze sprawdziło się w aranżacji na dwie gitary. Znalazł się także reprezentant bardzo udanej, wydanej w 2011 roku płyty Pursuit of Radical Rhapsody, a była to miniatura Mawazine Part 1.

Nie mogło oczywiście zabraknąć bardziej klasycznych utworów, w tym Piazzolli - padło na obowiązkowe Café 1930. Ten utwór chyba nie ominął żadnej Alowej setlisty w ciągu ostatnich paru lat i muzykowi znakomicie wychodzi "dostosowywanie" go do różnych konfiguracji instrumentalnych. Było też rewelacyjne Turquoise ("which one?"), które zawsze sprawia ogromną przyjemność, chociaż tym razem zabrakło mojej ulubionej kody, która nadaje utworowi niebywałego dramatyzmu i napięcia.

Publiczność bardzo życzliwie zareagowała na ten niesamowity spektakl muzyczny, który jak zwykle przedstawił Ala Czechom jako muzyka przerastającego poprzedzających go występujących na festiwalu artystów o kilka poziomów. Owacjami na stojąco został więc wywołany na bis, podczas którego wykonany został oczywiście klasyk - Mediterranean Sundance/Rio Ancho z uwzględnieniem cytatów z Rhapsody of Fire. Podczas tego utworu, na scenę zaproszony został perkusjonalista ze Słowacji - Eddie Portela, który zagrał na cajonie. Oczywiście, była to bardzo skromna namiastka Gumbiego i mimo, iż muzycy jak na prawie pełną improwizację rozumieli się na scenie przyzwoicie, nic nie jest w stanie przebić majestatu Gumbiego.

Po Alu zaś na sam koniec wystąpił brytyjski saksofonista Ian Ritchie ze swoim Soho Project. Był to po raz kolejny klasyczny jazz w knajpianej formie, tym razem w pełnym instrumentarium: saksofoniście towarzyszyli czescy muzycy na perkusji, kontrabasie i pianinie. Chwilę posłuchaliśmy i poszliśmy na pierwsze od lat M&G z Alem, które oczywiście przebiegło w przesympatycznej atmosferze.

Miło było znów wybrać się na koncert Ala. Swojego czasu z różnych względów jeździliśmy na nie po kilka razy do roku do najróżniejszych krajów i wówczas trochę się chyba przejedliśmy. Teraz, po latach, posiłek ten znów smakował tak, jak za pierwszym razem. Mimo tym razem skromnego instrumentarium, Al jak zwykle potrafi skrajnie zaczarować tak treścią, jak i formą swojej muzyki. To doskonały balans między lirycznością melodii, a techniczną wirtuozerią. Równie szybko można się zachwycić grą na instrumencie, co wzruszyć piękną melodią. Teraz tylko pozostaje mieć nadzieję, że chłopakom uda się sprowadzić do Europy projekt Elegant Gypsy & More.

 

blog comments powered by Disqus