HEY
02.04.2016
Stary Klasztor
Wrocław
____________________

GALERIA

SETLISTA
____________________

POWRÓT

GUESTBOOK

 

RELACJA

Kot
07.04.2016

Nieco zdziwiło mnie, gdy zorientowałem się, że ostatni raz na pełnoprawnym koncercie Hey byłem blisko 5 lat temu. W ubiegłej dekadzie był to jedyny polski zespół, za którym jeździłem po całej Polsce. W 2011 roku grupa promowała świeżo wydane reedycje swoich pierwszych płyt, co zaowocowała wspaniałą, pełną niespodzianek setlistą będącą spełnieniem marzeń kogoś, kto zainteresował się nimi zbyt późno, by usłyszeć większość z nich na żywo w latach 90-tych.

Potem nasze drogi nieco się rozeszły. Po udanym, acz kontrowersyjnym i skrajnie odmiennym od dotychczasowych dokonań zespołu albumie MURP ukazał się kolejny, utrzymany w podobnym stylu, jednak nie dorastający poprzednikowi do pięt. Następnie były odgrzewane kotlety w postaci kolejnego albumu koncertowego w konwencji unplugged i serii gigów, na które składał się głównie materiał z dwóch ostatnich płyt i jakoś nie miałem motywacji, by zawitać na jednym z nich. Potrzebna mi była przerwa, aby po prawie 30 koncertach trochę odetchnąć i zatęsknić.

Okazja nadarzyła się teraz, kiedy to zespół promuje swoje jeszcze nienarodzone dziecko. Nowy album Błysk ukaże się w drugiej połowie miesiąca, tymczasem na kilku kameralnych koncertach w cyklu przedBłysk można wysłuchać całości nowego materiału na żywo. To oznaczało co najmniej 10 nowych utworów, których ciekawość podsyciła we mnie zarówno lektura wywiadu z Pawłem Krawczykiem, jak i premiera singla, z których wynikało, że skrajne eksperymenty z MURP i Do Rycerzy, do Szlachty, doo Mieszczan odeszły w niepamięć, a do łask powracają gitary.

Naiwnością byłoby się łudzić, że zespół wróci do stylistyki i wspaniałej kreatywnej formy z lat 90-tych, mimo to naszła mnie specyficzna ekscytacja, bo muzycy nigdy nie mieli problemów z pisaniem po prostu dobrych piosenek. Wybrałem się więc na swój pierwszy od lat koncert z wielką ciekawością i nadzieją, że pozostałe sloty setu wypełnione zostaną materiałem możliwie przekrojowym, tak aby wilk był syty i kot cały.

Koncert odbył się w Sali Gotyckiej w Starym Klasztorze, które to venue obchodziło akurat swoje II. urodziny. Z tej okazji przed występem Hey zamiast supportu na scenę wyskoczył stary, dobrze znany wrocławski wodzirej, który rozdawał bilety na nadchodzące koncerty (w tym Hey na majówce dokładnie za miesiąc). Był też darmowy poczęstunek szampanem, ale entuzjazm zgromadzonych ludzisk był raczej umiarkowany. Co to za czasy, że ludzie się porobili tacy leniwi, że nawet za darmo na dobre koncerty nie chcą chodzić...

Mimo że ponoć organizuje się tam bardzo dużo koncertów, była to moja pierwsza wizyta w Starym Klasztorze. Pomyślałem, że skoro stało się to tak popularne venue, to musi być dobre. Po zawitaniu na miejsce, nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia - nie zaskoczyło ani wymiarami, ani wystrojem. Plusem jest bar na tyłach, w którym można wyposażyć się w piwo za 8 zł i do którego z całej sali jest blisko. Taka jest mała.

Na początek Hey zaserwował nam w całości nową płytę. Na Błysk składa się 10 utworów, w tym jeden pełniący rolę intro, podczas którego na scenie obecny był jedynie zespół, przygrywający spokojną melodyjkę, a z "offu" leciał głos Kasi monorecytujący otwierający tekst. Nie umiem powiedzieć, czy głoś leciał z nagrania, czy to Kasia deklamowała go zza kulis, gdyż nie miałem okazji wysłuchać jeszcze albumowej wersji utworu.

Po każdym nowym utworze Kasia bardzo długo przemawiała, z charakterystyczną dla siebie, infantylną, acz uroczą kokieterią podkreślała, jak to bardzo cały zespół zdenerwowany jest premierując nowy materiał na żywo i jak to straszliwie publiczność musi się zapewne męczyć, słuchając tylu utworów, których jeszcze nie zna. Koledzy z zespołu nie szczędzili złośliwości: całymi minutami stali na scenie obwieszeni instrumentami, z pełną gotowością do grania dalej, lecz musieli czekać na zakończenie kolejnej długiej anegdotki. W krytycznych momentach Żaba siadał sobie na podeście, a Bob prowokował oklaski, by ukrócić gadulstwo Kasi. W pewnym momencie nie wytrzymał Macuk, który głośno skomentował w jego opinii najwyraźniej nietrafione techniki sprzedaży nowego albumu stosowane przez Nosowską.

Liczyłem na to, że wysłuchując uważnie nowego materiału, będę sobie w stanie wyrobić jako-taką opinię na jego temat. Niestety, tak się nie stało i nie jest to wina zespołu, który świetnie się przygotował i wykonał 10 piosenek w sposób brawurowy i bezbłędny. Cały efekt położyło fatalne nagłośnienie kompletnie nieprzystosowane do fatalnych warunków akustycznych Starego Klasztoru. Niskie tony rezonowały na tych najmniej pożądanych częstotliwościach, powodując "buczenie" i zagłuszając tony średnie. Gitara Marcina Żabiełowicza, w wielu nowych utworach prowadząca niczym za starych dobrych czasów, tonęła w odmętach skrajnie nieselektywnego miksu, zyskując na czytelności dopiero, gdy reszta kolegów milkła. Bas był kompletnie nieczytelny i trzeba było ratować się obserwowaniem pracy palców Jacka Chrzanowskiego, a te jak zawsze pracowały intensywnie i ciekawie. Marcin Macuk i Paweł Krawczyk uzupełniali całość klawiszami i różnymi dodatkowymi efektami, ale ciężko było wyłapać cokolwiek konkretnego. Głos Kasi, chociaż na pierwszym planie, często był tak nieczytelny, że nie sposób było poprawnie dekodować wyśpiewywanych przez nią słów.

Był to chyba najgorzej nagłośniony koncert tego zespołu na jakim byłem, a bywałem w różnych dziwnych miejscach i okolicznościach przyrody. Było to największe rozczarowanie tego wieczoru, gdyż po tak rzekomo popularnym miejscu, które gości największe sławy nie tylko polskiej sceny muzycznej, spodziewałem się dużo więcej. Jak to możliwe, że muzykom jazzowym takie warunki nie przeszkadzają? Ciężko mi uwierzyć, że zawinili technicy Hey, zespół zawsze brzmiał na żywo światowo.

Co do samych zaś kompozycji, pod względem formy zespół faktycznie wrócił do klasycznego grania piosenek gitarowych opartych na akordach i różnych ich progresjach. Bywa, że któryś z instrumentów ma swój moment, jednak porywająca, "old-skulowa" solówka Marcina w Prędko, prędzej to rzecz, która się więcej nie powtarza, a szkoda. Moim zdaniem takiego grania Hey teraz potrzebuje, można by skorzystać z tego, że ma znakomitych instrumentalistów w składzie. Jednak prostota i przystępność biorą górę.

Podobnie jest w warstwie aranżacyjnej. Po usłyszeniu singlowej wersji Prędko, prędzej przekonany byłem, że to tylko niefortunnie ścięty radio edit, bo to niemożliwe, aby tak obiecująca piosenka kończyła się w połowie drugiego refrenu. A gdzie twist instrumentalny poprzedzający ostatni, wybuchowy refren? Nie ma. Na koncercie okazało się, że to już cała piosenka. Rozumiem, że to takie zamierzenie, żeby nie trzymać się sztywno reguł rządzących muzyką popularną, ale przejście w skrajny minimalizm to niekoniecznie najlepsze wyjście.

Na drugą połowę setu złożyły się oczywiście kompozycje starsze, ale nie tak stare, jakbym chciał. Odniosłem wrażenie, że zespół zapomniał, że ma na koncie jedne z największych przebojów polskiej sceny muzycznej lat 90-tych. Ja rozumiem, że to nie taka okazja, że trzeba iść do przodu i były już co najmniej trzy trasy jubileuszowe, na których odgrzewano stare kotlety. Nie mówię, że na każdym koncercie ma być Moja i Twoja Nadzieja i Teksan (chociaż to tak jakby Metallica nie zagrała Seek and Destroy). Ale najstarszą piosenką w segmencie bisów była Cudzoziemka w Raju Kobiet z 2001 roku. Z kolei nieprzerwanie silnie reprezentowany na koncertach od premiery w 2009 roku MURP obecny był w aż pięciu odsłonach, i to wcale nie tych najciekawszych.

Dobrze chociaż, że nieudany w mojej opinii Do Rycerzy reprezentowany był jedynie przez najciekawszy utwór tytułowy. Fajnie było usłyszeć poczciwą Mukę, do której jak zwykle ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że pamiętam calutki tekst. Fajnie też było usłyszeć Luli Lali z ostatniego gitarowego albumu Hey, Echosystem, od premiery którego mija już nota bene 11 lat. Chociaż tutaj znów można pogrymasić, bo jeśli zespół już gra coś z tej płyty, to jest to Luli Lali, a przecież na tym albumie roiło się od udanych kompozycji idealnie sprawdzających się w warunkach koncertowych...

No, trochę pomarudziłem, można by wręcz pomyśleć, że koncert ten był nieudanym doświadczeniem. Ale tu nie o to chodzi. Każdy koncert Hey to jak miłe spotkanie przy piwie z dawnym przyjacielem. Czy wręcz z ciocią i wujkami przy stole z herbatą i dobrym ciasteczkiem. Kasia posiada unikalny dar stworzenia domowej atmosfery na koncertach i jest w tym nieprzerwanie skuteczna i w 100% urocza. Chodzi tylko o to, że wobec zespołu, na punkcie którego kiedyś miało się totalnego jak to się drzewiej mawiało "fioła", można oczekiwać czegoś więcej, bo doskonale wie się, na co go stać. Gdy ma się w dyskografii tyle różnorodnych i udanych albumów, odbiorcy siłą rzeczy ulegają fragmentacji i tu zawsze najlepiej sprawdza się podejście "dla każdego coś miłego". Mam jednak wrażenie, że MURP tak silnie podzielił publiczność i zapewnił zespołowi tak liczne grono nowych zwolenników, że muzycy poczuli, że nie muszą już sięgać po "starocie", jeśli nie mają na to ochoty. Stoję sobie tak pod sceną na tych koncertach i rozglądam się na boki i widzę zupełnie inną publiczność, niż tą, którą pamiętam z dzikich koncertów sprzed dekady. Kiedyś pod sceną zawsze spotykała się ta sama młoda i szalona ekipa, która utrzymywała kontakt na oficjalnym forum zespołu. Teraz to spokojne grono dwudziesto- i trzydziesto-paro-latków, które przychodzi posłuchać muzyczki w parach. A może to są ci sami ludzie, tylko starsi? Mi też już się nie spieszy, by łamać żebra na barierce lub rozpętać dzikie pogo na Schizophrenic Family. Dorosłość jak początek umierania?

 

blog comments powered by Disqus